Wpisy użytkownika

piotrnp

 
 
4 sierpnia 2011

Odzyskiwanie kontroli nad materią

    Jutro jadę na kolejny krótki spływ kajakowy. To będzie pierwszy raz w tym stuleciu, gdy popłynę rzeczką, którą już płynąłem. Mianowicie płynąłem już Czarną Hańczą w 2005. Z Włodkiem płynąłem we dwójkę. Było fajnie, choć byłem wtedy jeszcze mocno zakręcony w schizofrenii i nie miałem o tej chorobie tak naprawdę zielonego pojęcia. Teraz już więcej wiem o mojej schizofrenii, a nawet śmiem powiedzieć, że w ogóle o schizofrenii, która dotyka wszystkich tych biedaków na świecie.
    Więc dziś powoli staję na nogi i zaczynam zdobywać panowanie nad swym życiem. Tak, panowanie nad materią – oto podstawowe zadanie dla człowieka jako gatunku. Zauważcie, że tylko panowanie nad materią daje człowiekowi spokój, ukojenie i poczucie bezpieczeństwa.
    Poczucie sensu życia to jest to, co nie daje mi spokoju od dawna.  Już wiem, że ludzkość jest potwornie zawirusowana, jeśli chodzi o umysł, i mimo to, że ja już wiem, jak osobiście się odwirusować, i rzeczywiście to czynię, powoli, acz z powodzeniem i zadowalającymi rezultatami i efektem, to ciągle brakuje mi motywacji do aktywnego życia. Gdyż bez przerwy dręczy mnie pytanie przed zaczęciem czegokolwiek, po co ja właściwie mam to robić.
    Ale o tym potem, jeszcze do tego wrócę.
    Tymczasem jadę na spływ Czarną Hańczą. Ruszamy z Baltazarem pociągiem w piątek rano o 8.30 z Gdańska do Ełku, stamtąd do Suwałk autokarem, następnie autobusem podmiejskim do Starego Folwarku, który leży nad jeziorem Wigry. Tam spotkamy się z Włodkiem, jego żoną Emilką, jego 12-letnim synem Michałem, i z Romanem – naszym kolegą z matematycznych studiów w Warszawie. Oni przyjadą do Starego Folwarku samochodem z Warszawy, i spędzimy noc na kempingu, by rano w sobotę ruszyć w nasz trzydniowy spływ kajakowy.
    Jestem już spakowany od wczoraj, bo mieliśmy już dziś wyjechać, ale Romanowi coś wypadło, i opóźnił wyjazd o jeden dzień. On podobno ma dużo kasy (podobno handluje starociami), i żona mu kazała wyłożyć podwórko przed domem jakimiś ozdobnymi kamieniami. Musi chłopak jeszcze dzisiaj doglądać roboty, i dopiero jutro żona go puści. Ta jego żona jest dentystką, i chyba trzyma Romana dosyć krótko. Biedny chłopak. Tak to jest, jak się człowiek zwiąże z dominującą kobietą. Ja się kiedyś związałem z kolei z całkowicie podległą kobietą, to znaczy ja byłem dominujący. Strasznie się na niej wyżywałem. Ona była moją pierwszą dziewczyną, ale ja nie byłem jej pierwszym chłopakiem. Nie mogłem jej tego darować. Przez to nijak nie mogłem jej pokochać. Cały czas czułem na jej ciele tego jej pierwszego gościa. Brrr, to było straszne. Do dziś czasem mi się śni, co wtedy przeżywałem. Więc nie mogłem jej pokochać, ale też nie mogłem od niej odejść, bo… się bałem zostać sam. Więc byliśmy tak razem 8 lat. Aż wreszcie się wkurzyła, że się z nią nie ożeniłem, i mnie zostawiła. Odeszła do… tego jej pierwszego faceta. Potem on do mnie dzwonił pijany w pewnej sprawie, ale tak naprawdę to czułem, że chciał usłyszeć mój głos jako pokonanego, bo chyba bardzo przeżył, gdy ja mu ją odbiłem wcześniej. I on mi tego nie mógł wtedy przed laty wybaczyć. A głupi nie wiedział, że to do niej powinien mieć pretensje, że go wtedy zostawiła, bo mnie też zrobiła w konia, bo ja o nim nic nie wiedziałem, jak ją podrywałem. Ukrywała przede mną wtedy, że z kimś właśnie jest. I zachowywała się tak, jakby nie miała wcześniej żadnych doświadczeń męsko-damskich. I tego też później nigdy nie potrafiłem zaakceptować – że zawsze kręciła i bała się mówić prawdę. To bardzo niedobra cecha. Ludzie, którzy kluczą, nie wiedzą, że tak naprawdę sobie najbardziej szkodzą. Ale to temat na inną rozmowę.
    Chcę być naukowcem z prawdziwego zdarzenia. Uważam, że podstawowym celem gatunku ludzkiego jest zdobywać i porządkować wiedzę o otaczającej go przyrodzie. Mamy to w genach. Tylko wirusy w naszych głowach to zaburzają, i dlatego jesteśmy chciwi na forsę, zawistni, zazdrośni, skorzy do wojen i utarczek. Nie współdziałamy w dochodzeniu do prawdy, zachłannie strzegąc prywatnych skarbów przed wzrokiem innych ludzi. Paskudni jesteśmy, czas zadać sobie z tego w pełni sprawę.
    Chcę się zainteresować kilkoma różnymi dziedzinami. Między innymi komputerami kwantowymi, biocybernetyką i sieciami neuronowymi. Moim marzeniem jest wykazać, że w sieciach neuronowych może rozwinąć się wirus, który ma zdolność do rozmnażania się i przetrwania. Bo nikt mi nie chce wierzyć (na razie), że modląc się wyhodowujemy w naszej głowie najzwyklejszego wirusa neuronowego, jak ja to nazywam.
    Ponieważ zaczyna mi się układać w głowie to i tamto, więc znów czuję chęć pisania bloga. Tyle tylko, że blog powinien mieć czytelników. Tutaj nie ma tej pewności. Dlatego chcę pisać tego samego bloga w dwóch miejscach. Muszę znaleźć taką drugą stronę internetową, na której będzie widać, że ktoś czyta nasze wypociny. No ale o tym pomyślę po spływie.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
27 kwietnia 2011

Znienawidzony abonament telewizyjny

    W końcu założyłem sobie internet w kablówce na początku grudnia ubiegłego roku. Dziś trudno mi uwierzyć, że korzystałem z odległej nieco czytelni, by tam zaglądać do poczty czy fejsa czy innych możliwości sieciowych. Dziś wracam do domu około 22-giej i siedzę w sieci do późnych godzin nocnych. Dużo oglądam telewizji. Nie mam telewizora już od dawna, więc gdy odkryłem w sieci internetowej możliwość słuchania radia i oglądania tv, bardzo się ucieszyłem.
    Dawno temu pisałem, że mam coś na sumieniu. Teraz się przyznam, o co wtedy chodziło. Otóż nie płaciłem abonamentu telewizyjnego. Był to dla mnie nie lada kłopot. Z jednej strony nie mogłem pogodzić się z tym idiotycznym wydatkiem (bardzo krzywo patrzyłem na abonament jako na złe rozwiązanie), którego unika pewnie z połowa gospodarstw domowych posiadających telewizor. Z drugiej strony gnębiły mnie wyrzuty sumienia, bo od jakichś pięciu lat staram się żyć super uczciwie, co wynika z moich przemyśleń dotyczących mej choroby schizofrenicznej. Ale z tym abonamentem nie mogłem jakoś w środku dojść do ładu ze sobą, i go nie płaciłem. Najgorsze było to, że jak oglądałem Szymona Majewskiego czy Kubę Wojewódzkiego, to aż bolały mnie kości stopy z dyskomfortu, jakiego doznawałem oglądając nieuczciwie nieopłaconą telewizję. Wręcz czułem, że coś złego się we mnie dzieje podczas tego oglądania, ale ciągle wynajdywałem powody, by powstrzymywać się od zapłacenia tego znienawidzonego podatku.
    W końcu w zeszłym roku zepsuł mi się drugi telewizor (pierwszy zalegał w korytarzu pod ścianą) i siłą rzeczy przestałem oglądać telewizję. Ale widok dwóch odbiorników (za posiadanie odbiornika się przecież płaci) ciągle kłuł mnie w oczy. Więc gdy tylko nadarzyła się okazja w postaci wizyty Alberta (to mój najstarszy brat) u mnie, który przyjechał swym przestronnym samochodem, zapakowaliśmy oba pudła do bagażnika i na tylne siedzenie i wywieźliśmy je do specjalnego punktu w Sopocie, gdzie przyjmują zużyte już sprzęty elektryczne.
    Od tej pory poczułem wyraźną ulgę, choć nie do końca, gdyż ciągle w domu posiadam radio. Jednak postanowiłem radia wcale nie słuchać, co jednak w myśl przepisów nie jest wystarczającym rozwiązaniem. Ale przecież nie będę wyrzucał dobrego jeszcze radia!! Więc jakoś sumienie mnie przestało uwierać, gdyż całe te przepisy są idiotyczne, bo przecież mogę mieć radio w domu i go wcale nie słuchać.
    Ostatnio postanowiłem kupić sobie nowego laptopa, który wyposażony jest w tuner tv. Wówczas mógłbym oglądać telewizję. Wysłałem więc maila do KRRiT z zapytaniem, czy jeśli będę oglądał telewizję na komputerze, to ciąży nade mną obowiązek płacenia abonamentu. Zrazu odpowiedzieli mi, że oczywiście muszę płacić, ale ja znalazłem w necie przepis, że komputer nie jest odbiornikiem telewizyjnym, nawet jeśli posiada wbudowany tuner. W końcu ci ludzie w KRRiT doszperali się przepisów, które im wskazałem, i przyznali mi rację, że w sytuacji komputera z tunerem tv abonament się nie należy. No to się ucieszyłem, i pewnie już niedługo kupię sobie tego laptopa, bo jednak oglądanie w internecie TVN-u nie jest wygodne (znalazłem stronę itelewizja.com, na której jest TVN, ale często przerywa i nie da się tego oglądać na full screen, tylko w takim małym okienku), a przez tuner byłoby już okey. Poza tym chcę sobie pograć w gry komputerowe, które już sobie upatrzyłem. Będzie to między innymi „Settlers 7 – Droga do Królestwa”, „Sims Średniowiecze” oraz „Cities XL 2011”. Na moim dotychczasowym laptopie, którego dostałem używanego od Kleofasa (mojego bratanka) ponad rok temu, nie da rady zagrać w te gry, gdyż jest on za słabiutki, jeśli chodzi o RAM, procesor i kartę graficzną.
    Gry komputerowe to dla mnie bardzo dobre rozwiązanie, gdyż ciągle czuję opory przed rozpoczęciem jakichś poważnych zajęć, a granie bardzo angażuje szare komórki, w dodatku robiłbym to z ochotą, bo w jakiś tajemniczy sposób wirtualne granie w prowadzenie na przykład średniowiecznego królestwa nie powoduje natrętnych myśli o sens robienia tego, tylko po prostu ma się na to ochotę.
    Napiszę więcej, czym się ostatnio zajmowałem, ale nie dzisiaj, bo już się zmęczyłem, a Tolek z Ameryki doradził mi, bym pisał krótsze odcinki, bo wtedy lepiej się czyta. Te moje relacje zza granicy w zeszłym roku podobno były za długie. No cóż, pewnie tak było.

    W radio Zet właśnie zaczęli nadawać „Teraz płynę” Beaty Kozidrak, moją ulubioną piosenkę. Jest w niej mowa o tym, że można znowu nauczyć się kochać świat. Piękne słowa, niezwykle pasujące do sytuacji osób chorych na schizofrenię. Chorzy na schizofrenię kochają życie, ale jest to miłość nieodwzajemniona. Warto wierzyć (a ja to wiem, bez wierzenia, mogę Was zapewnić), że ta choroba jest w 100% uleczalna, i nasza miłość do życia znów może stać się zdrowa i odwzajemniona.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
25 kwietnia 2011

Nasz komfort i potrzeby życiowe

    A może naszym celem głównym jest zapewnianie sobie komfortu życiowego, spełnianie swoich potrzeb życiowych, nie szkodząc przy tym innym? Może ta kwestia jest w nas przekłamywana przez różnej maści indoktrynacje?

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
23 kwietnia 2011

Dzisiejszy wpis na fejsbuku

    Człowiek zamiast błąkać się po świecie wszędzie i nigdzie, powinien raczej tworzyć swoje własne królestwo, na którego terenie czuje się pewnie i bezpiecznie. I może wtedy do niego zapraszać innych ludzi. Mam tu na myśli na przykład wiedzę, której do tej pory nie potrafiłem gromadzić. Na przykład swoje własne tzw. mapy myślowe. Nie wiem, czy wyraziłem się jasno, ale dla mnie to bardzo istotne odkrycie.

    Powyższe słowa umieściłem dziś na fejsbuku. Założyłem sobie tam konto w ubiegłym roku we wrześniu, o ile dobrze pamiętam. Z wyjątkiem pewnej przykrej, wręcz subiektywnie przerażającej przygody, której tam doświadczyłem jakieś dwa miesiące temu, oceniam ten mój wybór jako dobry. Uważam fejsbuk za rzecz potrzebną i pożądaną, przynajmniej dla osób, które tam regularnie zaglądają i to lubią.
    Mam w tej chwili na fejsie 51 znajomych, czyli nie za dużo, ale sam raczej nie proponuję znajomości, tylko ewentualnie akceptuję propozycje innych. I tak jest dobrze, bo przerażałaby mnie liczba na przykład 700 znajomych, co się niektórym zdarza. Nie, ja wolę mieć na fejsbuku jako znajomych tylko te osoby, które znam w realu. I to mi wystarcza.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
4 września 2010

London Eye

    Tak to jest, gdy się wciąż nie ma stałego łącza internetowego. Powstają przerwy w relacjach, i potem mi się wszystko w głowie miesza. Mam jeszcze jakieś notatki z mojej zagranicznej wycieczki, ale już dokładnie nie pamiętam, co gdzie i którego dnia.
    Tego dnia, gdy odwiedziliśmy Agnieszkę w jej mieszkaniu w Basildon i wywiązała się między nami ta dyskusja z Matysem o Jezusie, do pracy wychodziła właśnie Ania - współlokatorka Agnieszki. Ania była ubrana w błękitny fartuszek pielęgniarki i szła do szpitala, gdzie czekała na nią praca pielęgniarki właśnie. Widać było, że dba o swój wizerunek, a gdy odebrała swoją dotykową, elegancką komórkę, usłyszeliśmy nienaganną angielszczyznę wypowiadaną w taki delikatny, acz stanowczy sposób, że ciarki mnie przechodziły. Od razu zauważyłem, że Ania jest typem "żyletki", z którą na przykład trudno byłoby się spoufalić, albo na przykład poderwać w kawiarni. Wiecie, są takie niewiasty bardzo nieprzystępne, które z jednej strony wydają się bardzo pociągające, z drugiej, jeśli już facetowi się spodobają, to facetowi trudno się odważyć do nich podejść i zagadać. A nawet jeśli facet odważy się i zagada, to odpowiedź jest tak lodowata, że facetowi wszystkie członki drętwieją z przerażenia, i po chwili ochłonięcia facet oddala się pośpiesznie, by uniknąć dalszego zamrażania.
    Tym razem jednak żaden facet nie podrywał Ani, więc Ania była pokojowo nastawiona do świata, i postanowiła przed wyjściem do pracy uświadomić Adriannę o blaskach i cieniach studiowania w Anglii. Adrianna bowiem wyraziła zainteresowanie przeniesienia się na dalszy ciąg studiowania za granicę po trzech latach licencjatu na polonistyce w Gdańsku.
    Okazało się, że Ania jest już w Anglii kilka lat, i zdążyła się w tym czasie prawie zupełnie usamodzielnić. Opowiedziała nam, że wyjechała z Polski właśnie po to, by uwolnić się spod kurateli rodziców, ale że tutaj na miejscu okazało się, że nie jest tak łatwo. Mianowicie studia tutaj bardzo drogo kosztują, i trzeba nieźle zapieprzać, by się utrzymać, a co dopiero pokryć koszt swoich studiów. Co innego, gdyby mieć na miejscu zarabiających rodziców. Jeszcze parę lat temu tata Adrianny pracował w Londynie, ale niestety wrócił do Polski, by wybudować swojej rodzinie dom za zarobione pieniądze. Więc Adrianna zaczęła głośno myśleć, czy by się taty nie udało znów namówić do przeniesienia się do Anglii.
    Ja nieśmiało się wypowiedziałem, że może Adrianna się postara o jakieś stypendium dobrymi wynikami w nauce, zabłyśnie jako studentka i w ten sposób zdobędzie środki na studiowanie za granicą, ale Ania pokiwała z dezaprobatą głową, że to jest bardzo trudne, i raczej trzeba tu liczyć na własne siły. Czyli po prostu harować od rana do wieczora przez pół tygodnia, a studiować przez drugie pół tygodnia. "No chyba, że się ma chłopaka" - dodała - "tak jak ja. Mój chłopak pracuje i pomaga mi się utrzymać, ale to ma tę złą stronę, że jestem z kolei uzależniona od mojego chłopaka poniekąd, a przecież nie po to wyjeżdżałam z kraju, by ponownie dać się uniezależniać od nowych osób". Tutaj zrobiła taką kwaśną minę, gdyż niewątpliwie nie od dziś zauważała, że w jej życiu istnieją różne niekonsekwencje i sprzeczności. Tak przynajmniej wynikało z jej zafrasowanego w tym momencie czoła.
    No cóż, coś za coś. Albo jest się niezależną osobą, albo traci się tę niezależność za jakieś życiowe profity. Ja właśnie w ubiegłą środę byłem w ZUS-ie na spotkaniu z lekarzem orzecznikiem, który szczęśliwie przyznał mi przedłużenie renty na kolejne dwa lata. Jestem więc szczęśliwy, że mam kolejne dwa lata spokoju na poszukiwanie swego sensu życia, by rozpocząć wreszcie nowe życie, które nie będzie mnie tak męczyło, jak niegdyś przed chorobą, tylko będzie gładkie i satysfakcjonujące. Jestem pewien, że to jest możliwe.
    Środki z renty plus coroczny zastrzyk pieniędzy z grantu od mojego profesora Tarzana z Poznania pozwala mi swobodnie żyć nie pracując, trochę tylko pieniędzy zużywam z moich oszczędności, które jakoś zapobiegliwie i intuicyjnie uczyniłem przed erupcją psychozy w dwutysięcznym roku, i mogę obecnie nawet czasem sobie pójść do kina czy na kawę do miasta. Albo nawet wyjechać na trzy tygodnie za granicę, jak się okazuje.
    Wracając do Ani, to byłem na nią trochę zły, że takie czarne barwy maluje przed Adrianną w sprawie studiowania za granicą, bo naprawdę wierzę, że jeśli ktoś jest w czymś dobry, to nie musi zasuwać na zmywaku w restauracji, by móc studiować, tylko znajduje sprytniejsze sposoby. Na przykład ten lubieżny Roman Polański (zazdroszczę mu - kto by nie miał ochoty na seks z trzynastolatką?!) jakoś wyjechał za granicę swego czasu i tak się przebił bez żadnego mycia naczyń w knajpach, że został reżyserem światowej klasy. Adrianna ma dosyć talentów, by wybić się tutaj w Polsce w czasie studiów, i by móc za kilka lat pracować za granicą w swoim swieżo zdobytym zawodzie, który będzie ją intelektualnie satysfakcjonował. Adrianna jest inteligentna, potrafi pisać, zna się na filmach, i marzy, by zostać recenzentem filmowym i teatralnym. A więc świat do niej należy! Trzeba tylko jeszcze w czasie studiów zacząć to robić, o czym się marzy w dorosłości! Czyli powinna zacząć już teraz pisać recenzje i wysyłać je gdzie się da, do swoich profesorów i innych redakcji, by świat zauważył, jaka jest dobra.
    A jest dobra, bo ma nad wyraz dojrzałe obserwacje, jak zauważyłem, a poza tym fajnie pisze wiersze. A pewnie i prozę, bo od czasu do czasu opowiadała mi o swojej ni-to-powieści, którą pisze wspólnie z jakimś kolegą z Krakowa. No proszę, tylko przyklasnąć. A ta cała wysublimowana Ania ją tu zniechęca jakimiś straszliwymi wizjami uzależniania się od facetów i ciężkiej pracy fizycznej, bo inaczej to według niej nie można! Oczywiście, że można, tylko trzeba mieć choć trochę sprytu i pomyślunku. No i prawdziwej godności, jak by zauważył mój nieżyjący dziadek, którego nigdy na oczy nie widziałem.

    Środa 11-go sierpnia była ostatnim dniem przeznaczonym przez nas na zwiedzanie Londynu. Najpierw pojechaliśmy kupić sobie bilety na piątkowy autokar do Paryża, które kosztowały 35 funtów od osoby, co nas mile zaskoczyło, gdyż spodziewaliśmy się więszej ceny. Na przykład wcześniej sprawdziliśmy, że bilet na tę szybką kolej TGV kosztuje ponad 80 funtów, co jest kwotą zawrotną.
    Ze stacji Victoria, gdzie kupiliśmy bilety, pojechaliśmy do zachodniej części Londynu, gdzie znajduje się Pałac Buckingham. Przed wspaniałymi bramami znajduje się pomnik jakiejś chyba skrzydlatej postaci, a wokół tego pomnika na trawnikach zalegają turyści, którzy odpoczywają albo jedzą kanapki. Ja w każdym razie wykorzystałem tę chwilę, gdy siedliśmy na jednym z tych trawników i wyciągnąłem sobie kanapkę, którą wraz z innymi kanapkami przygotowałem przed wyjściem z domu.
    Zauważyliśmy, że w parku przylegającym do królewskiego pałacu nie ma wcale śmietników. Adrianna wyraziła przypuszczenie, że to pewnie dlatego, że boją się podłożonych bomb. Może i słusznie. W każdym razie przez pół godziny łaziłem z dwiema skórkami od banana i papierem w ręce, bo nie miałem gdzie ich wyrzucić. Mogłem je wyrzucić pod ławkę w parku, ale bałem się, że z okna pałacu patrzyłaby właśnie Królowa, a pamiętacie, co kazała zrobić Królowa Kier z Alicją w Krainie Czarów, gdy się na nią zezłościła. Już wolałem trzymać te skórki od banana, niż pożegnać się z moją biedną głową.

    Prosto spod Pałacu Buckingham pojechaliśmy jedną albo dwie stacje metra do dwóch muzeów, które są usytuowane obok siebie: Muzeum Historii Naturalnej (Muzeum Darwina) i Muzeum Nauki. W tym pierwszym można było oglądać różne skamieniałości, przekroje gleb, skały, jak powstają różne bogactwa naturalne czy zjawiska w skorupie ziemskiej typu trzęsienia ziemi czy tsunami. Poza tym zrobiłem kilka zdjęć szkieletom prehistorycznych gadów i ptaków oraz ryb. Średnio mnie to interesowało, gdyż nie było tego wielkiego szkieletu dinozaura, którego widziałem w telewizji i tutaj się spodziewałem zobaczyć. Albo coś pomyliłem, albo musieli wynieść ten szkielet w celu renowacji czy czegoś takiego.
    W Muzeum Nauki były różne środki lokomocji sprzed i z początku dwudziestego wieku: samochody, samoloty, modele statków, naturalnej wielkości figury nurków, rakiety, a nawet kapsuła statku kosmicznego, w której powrócili astronauci z Księżyca. Bardzo ciekawe. Tylko znowu średnio byłem zainteresowany, bo jakieś zmęczenie i ospałość mi się włączyły. Był też taki wysoki do samego sufitu słup metalowy z napisem "Do not touch", który oczywiście wszyscy namiętnie dotykali. No i wtedy on kopał takim lekkim prądem, ale w taki dziwny sposób, że ze strachem wszyscy cofali swe dłonie. Chyba z powodu głośnego dźwięku, który towarzyszył kopnięciu. Ten dźwięk był taki, jakby zaraz miało człowiekowi urwać rękę.
Było masę takich obiektów do oglądania, ale niewiele pamiętam, z wyjątkiem wstęgi Augusta Mobiusa, która ma tylko jedną stronę, to znaczy jak pojechać po niej palcem nie odrywając go od powierzchni, to dojedzie się w każde miejsce wstęgi, nawet to po drugiej stronie. Były też modele innych powierzchni, które ten Mobius wymyślił, fajnie się to oglądało w postaci dużych, kartonowych modeli.
    Moją uwagę przykuła maszyna licząca, którą wymyślił bodaj w XIX wieku Charles Babbage. Jak chcecie zobaczyć tę maszynę, to wyguglujcie to nazwisko. Ten facet zaprojektował tę ogromną machinę i dokładnie opisał na wielu stronicach, ale wtedy nie było środków technicznych, by to zbudować. Zbudowano więc ją dopiero w XX wieku, a zasada jej działania posłużyła matematykowi amerykańskiemu von Neumannowi (nie pamiętam imienia, ani nawet nie wiem, czy dobrze napisałem to nazwisko) do teoretycznego rozważania konstrukcji przyszłych nowoczesnych komputerów.
    Pamiętam jeszcze ekrany, z którymi można było zabawiać się w zgadywankę. Na przykład padało z ekranu pytanie, ile kromek chleba można by upiec za pomocą energii jednego pioruna czy błyskawicy. Jedna z odpowiedzi brzmiała 160 tysięcy, i ona była prawidłowa. Albo co daje więcej energii na Ziemi: Słońce, wnętrze Ziemi czy Mars. Odpowiedź Mars jest oczywiście bez sensu, ale okazuje się, że choć Słońce daje najwięcej ciepła na naszej planecie, to wnętrze Ziemi też daje go sporo.
    Inne pytanie brzmiało, co ma więcej energii (kurcze, co ta energia tak się do mnie przyczepiła!): huragan, wszystkie fale morskie na morzach i oceanach czy bomba nuklearna. Okazuje się, że wszystkie fale morskie (mój faworyt) to pikuś z jedną bombą nuklearną, ale jeden huragan ma energię wielu (setek, tysięcy?) bomb nuklearnych.

    Generalnie byłem tym wszystkim okropnie znudzony, ale nie dlatego, że to było nudne, tylko ja w środku jakoś tak się załamałem tym wszystkim. Stanowczo za dużo wrażeń. Chciałem po prostu już do domu, i to do tego mojego domu w Sopocie.
    Tymczasem czekała nas jeszcze jazda nad Tamizę, przed którą uraczyłem się w kawiarni krzepiącą czekoladą (była najgęstsza, jaką piłem w życiu - jak lawa z wulkanu), a Adrianna wypiła herbatę. No i pojechaliśmy pod London Eye, czyli londyńskie oko.
    To oko to jest takie wielkie diabelskie koło, tylko zamiast bujających się koszy są takie ogromne kapsuły w kształcie jaja na kilkanaście osób każda. Bardzo duże to koło. Najpierw wysiedliśmy przy Big Benie i tych budynkach rządowych, na tyłach których znajduje się słynna ulica Downing Street 10, pod którym to numerem mieszka premier Wielkiej Brytanii. Obcykałem to wszystko aparatem (wszyscy ludzie dookoła mnie mieli aparaty i cykali zdjęcia, więc nie wyróżniałem się), i poszliśmy przez most do London Eye. Z tego koła widać wspaniałą panoramę Londynu, ale ja jej niestety nie zobaczyłem, gdyż bilet na to kosztuje 17 funtów, co mnie po prostu oburzyło, jak można tak z ludzi zdzierać skórę za głupie przejechanie się na głupim kole. Więc opuściłem kolejkę do kasy wystawszy w niej pół godziny i udałem się do wyjścia, gdy nagle złapał mnie jakiś człowiek i spytał, czy chcę obejrzeć film. Z daleka kiwnąłem na czekającą na zewnątrz Adriannę i weszliśmy do znajdującej się za sąsiednią ścianą sali kinowej, gdzie gromadzili się inni ludzie. Po kilku minutach, gdy nagonili wystarczającą ilość ludzi, zamknięto drzwi i rozpoczął się seans. Coś wspaniałego! Był to film trójwymiarowy pokazujący London Eye z punktu widzenia wciąż przelatującej przed naszym nosem mewy. Wspaniały widok na cały Londyn, a gdyby tego było mało, gdy na ekranie leciał deszcz, śnieg lub pojawiała się mgła, w sali kinowej z sufitu zaczynał lecieć PRAWDZIWY deszcz, śnieg, a spod naszych nóg spod podłogi wydobywała się PRAWDZIWA mgła. Coś wspaniałego! Świetnie to ktoś wymyślił. Myślę, że w przyszłości na filmach trójwymiarowych można by serwować widzom inne podobne wrażenia dodatkowe, jak na przykład zapachy czy fale zimna i gorąca. A może już ktoś coś takiego zrobił gdzieś na świecie?
    Po wyjściu z kina minęliśmy dwa wielkie pojemniki z napisami: "Please return your 3D glasses in the bin provided". Piszę o tym dlatego, gdyż chcę oddać radość, jaka towarzyszyła mi w tych chwilach, gdy udało mi się cokolwiek zrozumieć w języku angielskim. Ach, jak ja bym chciał być choć dwujęzyczny! Z tym moim jedynym tak naprawdę językiem polskim czuję się zawsze za granicą jak jakiś debil.
    Innym takim zdaniem, które zapamiętało mi się z ulicy, to w metrze, zawsze gdy otwierały się drzwi pociągu: "Mind the gap between the train and the platform", co oznacza, żeby nie wpaść pod pociąg, jak się z niego wychodzi. Bardzo użyteczna wskazówka, jednak z czasem trochę przestaje być zabawne słuchać tego w kółko.
    Zauważyłem w metrze jeszcze jedną prawidłowość. Otóż na mapce każda linia metra ma swój kolor. Adrianna zauważyła, że w pociągach każda linia ma swój indywidualny kolor rurek, za które trzymają się pasażerowie. Otóż wyobraźcie sobie, że kolor rurek-poręczy zgadza się z kolorem danej linii metra na mapce. Niesamowite odkrycie!

    Ogólnie cały ten wyjazd był dla mnie bardzo motywujący. W kółko myślałem, czy to w Paryżu, czy w Londynie, jak by tu sprawić, by móc kiedyś choć na rok wyjechać za granicę i tam sobie pobyć. Nauczyłbym się języka porządnie, a poza tym uwielbiam obserwować nowe zwyczaje i nieznane mi dotąd szczegóły życia obcokrajowców. I przypominały mi się słowa Alberta, który lubił mnie pouczać w dawnych czasach jako starszy brat: "Jeśli nie wiesz, po co miałbyś zarabiać pieniądze, to pomyśl sobie, że za zarobione pieniądze mógłbyś pojechać na narty w Alpy albo zwiedzić całą Amerykę. Jeśli nie chce ci się zarabiać pieniędzy, motywuj się tym, co za nie mógłbyś zobaczyć na własne oczy na świecie". Tak mnie motywował mój najstarszy brat, z którym mam ostatnio dość ograniczony kontakt. Czasem się zastanawiam, z czego ten ograniczony kontakt wynika, i podejrzewam, że dlatego, że on lubi tego przedziwnego Jarosława Kaczyńskiego, który moim zdaniem cierpi na notoryczną psychozę (tak, tak, mówię poważnie, bez żartów, w odróżnieniu od nas, którzy przechodziliśmy tylko przez sporadyczne epizody), za to do Donalda Tuska mamy również przeciwny stosunek, tyle że na odwrót.
    Cóż, żyjemy w czasach, gdy poglądy polityczne dzielą nie tylko znajomych, ale i spokrewnionych. W mojej rodzinie ludzie dzielą się na platformersów i pisarowców, i niestety podział ten odcisnął swoje piętno na wzajemnych stosunkach poszczególnych członków mojej rodziny.
    Ja zresztą nie uważam się za platformersa, ostatnio na przykład podoba mi się to, co mówi SLD o żłobkach, szkołach, i o tym, że instytucje państwowe powinny być oczyszczone ze WSZELKICH symboli religijnych, a zamiast lekcji religii uczeń mógłby mieć do wyboru filozofię bądź etykę. Jak będę miał własne dzieci, a te dzieci będą w wieku szkolnym, będę walczył jak lew, by ich nie straszył żaden symbol ze ściany w czasie lekcji! Z pisaniem listów do Trybunału w Strasburgu włącznie!

    Jeśli chodzi o mojego drugiego brata Zygfryda, który jest ode mnie starszy o dziesięć lat, a o dwa młodszy od Alberta, to w czasie mojej wycieczki mieliśmy cały czas kontakt. Mianowicie dzwoniliśmy do siebie komórkami, ale nie odbierając, by nie tracić niepotrzebnie pieniędzy (rozmowa zza granicy jest o wiele droższa niż w kraju: jak odbieram, to ja płacę 80gr za minutę, jak ja dzwonię, to płacę 1,80 za minutę). Po prostu taki sygnał oznaczał, że wszystko gra i Zygfryd nie musi się o mnie martwić. Taki sygnał od czasu do czasu to bardzo miła rzecz, zacieśniająca więź między dzwoniącymi.

    Mam jeszcze wiele do nadrobieniu w moim blogu. Dziś Bartłomiej mi mówił, że odbywa się właśnie jakiś konkurs między blogami. Kiedyś może mój blog, jeśli wytrwam, weźmie udział w takim konkursie. Bardzo bym chciał. Na razie nawet nie wiem, czy czyta go więcej niż 10 osób.
    Więc postaram się, może jutro, opowiedzieć parę szczegółów o Francji, o powitaniu Krzysia w ostatni poniedziałek, i o wielu innych sprawach, które mi chodzą po głowie. A chodzi mi tych spraw po głowie coraz więcej.
    Aha, według Bartłomieja podobno ma być taki zwyczaj, że każdy blogger powinien zarekomendować kilka innych blogów. Otóż ja czytywałem bloga pewnej nieznajomej Ani. Ten blog jest całkiem fajny, za jakiś czas, jak znajdę jego adres, bo gdzieś mi się zapodział, Wam go podam. Z czystym sumieniem Wam go polecę.
    Ale dzisiaj i tak pewno już za dużo napisałem. Jestem zmęczony. Za chwilę wsiądę w kolejkę w Sopocie i pojadę do Gdańska, gdzie mam karnet w kafejce internetowej. Tam nadam dzisiejszy odcinek. Potem wrócę do domu, zrobi się północ, i położę się spać. I jak co noc będę miał straszliwe koszmary, między innymi o mojej byłej dziewczynie, z którą spędziłem 8 lat w latach dziewięćdziesiątych. Potem się obudzę z podkrążonymi oczami, wezmę kąpiel, ubiorę się i spakuję, i o 8.30 przyjedzie po mnie dwudziestoparolatek ze swoją ekipą filmową. Pojedziemy mianowicie kręcić jego film o 10-letnim chłopcu, a ja będę ojcem tego chłopca. Będą sceny na plaży i w lodziarni, mam więc zabrać ze sobą kąpielówki i garnitur z krawatem.
    Mam nadzieję, że mi dobrze pójdzie moja rola. Tymczasem pa.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
29 sierpnia 2010

Faza przejściowa

    Wróciłem do kraju we wtorek pięć dni temu bez jakichkolwiek niespodzianek. Dojechaliśmy na lotnisko Paris Bovais w niecałe półtorej godziny autokarem za 15 euro od osoby, a stamtąd już bez żadnych obaw i strachów przelecieliśmy samolotem te ponad tysiąc kilometrów w linii prostej do Gdańska. Tym razem się bałem tylko w małym stopniu, może troszkę przy starcie, a tak w ogóle to o tym nie myślałem ani przez cały dzień przed lotem, ani w trakcie. Zresztą w trakcie lotu w sposób bardzo zajmujący rozmawialiśmy, gdyż widać było, że oboje jesteśmy w doskonałych nastrojach i swobodne radosne słowa same nam się cisnęły na usta. Nic dziwnego - chyba się już stęskniliśmy - Adrianna za swoją rodzinką i przyjaciółmi, ja... no cóż, nie mam w domu nawet psa ani kota, jedynie kilka pająków, które, muszę to przyznać uczciwie, całkiem polubiłem. Ale tak poza pająkami to ja nikogo nie mam tak naprawdę bliskiego, i jeśli się za czymś stęskniłem, to za moim mieszkankiem, kanapą, na której czuję się całkiem bezpiecznie, lampą, która oświetla mój centralny pokój z ulubioną kanapą na żółto, starą wanną, w której uwielbiam się kąpać w dobrze ciepłej wodzie, moim laptopem, na którym  właśnie to piszę co piszę, i niczym więcej. Trochę to smutne, gdyż człowiek potrzebuje bliskiej mu osoby, żywej z krwi i kości, i jak jest sam, to odczuwa dyskomfort i uwieranie w piersiach. Może nie przez cały czas, ale od czasu do czasu, w chwilach refleksyjnych mu się to zdarza.

    Więc trochę już zmęczony tą całą eskapadą dotarłem do Hilarego we Wrzeszczu, gdzie odwiózł mnie Tomek, ojciec Adrianny, swoim samochodem. Ze swoją szwagierką przyjechali po nas na lotnisko w Rębiechowie, i potem wszyscyśmy poszli na górę do Hilarego i Józefiny trochę razem poopowiadać. A potem oni pojechali, a ja postanowiłem zostać u Hilarego, by tak znienacka od razu nie znaleźć się samotnie w mym mieszkaniu w Sopocie.
    Byłem tam dwie noce, gdyż w środę odwiedziłem Antonia, któremu kilka miesięcy temu urodziło się drugie dziecko - Jan - i teraz mają oni z Alicją już trójkę dzieci: dwudziestokilkulatka, którego blogowego imienia na razie zapomniałem, pięcioletnią Marysię, i pięciomiesięcznego Jana, którego właśnie w tę środę po raz pierwszy zobaczyłem na własne oczy.
    Dwudziestokilkulatek, którego bardzo lubię, nakręcił ostatnio amatorski film pt. "Egzamin", który teraz zobaczyłem i który bardzo mi się podobał. Może miał wiele braków natury prowadzenia historii i aktorstwa, ale technicznie naprawdę mnie zaskoczył. Montaż, zdjęcia, dźwięk, światło - naprawdę profesjonalnie wykonane. Film chyba 15-minutowy. Teraz dwudziestokilkulatek zabiera się za nowy film o 10-letnim chłopcu, który po wakacjach po przeprowadzce rodziny idzie do nowej szkoły, więc musi pożegnać się ze starymi kolegami ze szkoły. No i syn Antonia (cholera, jak ja go wtedy nazwałem???) zaproponował mi rolę ojca tego chłopca. Super, bardzo się ucieszyłem i przyjąłem propozycję, niedługo zaczynamy zdjęcia. Jak to wypali, dam znać, może uda mi się jakoś zamieścić ten film w niecie, byście i Wy mogli go zobaczyć. O ile w ogóle powstanie. Na razie ekipa została odwołana wczoraj z powodu złej pogody, bo zdjęcia miały być kręcone na plaży w pełnym słońcu.

    Ale tak ogólnie to średnio się czuję. Na mojej zagranicznej wycieczce trzytygodniowej czułem się zupełnie inaczej. Po pierwsze poczułem się potrzebny. Po drugie - niesłychanie zajęty. Po trzecie miałem fajne towarzystwo Adrianny, do której, nie mogę zaprzeczyć, zdążyłem się nieco przywiązać. Po czwarte - widziałem kupę ciekawych rzeczy, więc moja uwaga była w sposób bardzo zajmujący wspaniale zajęta.
    Tymczasem po powrocie znów zawisnąłem w powietrzu. Telewizja w ogóle mnie nie pociąga, moi dwaj koledzy matematycy, z którymi współpracuję, odezwą się dopiero we wrześniu, nie mam też nic do czytania. Właściwie to pozostały mi tylko moje refleksje, którym do tej pory głównie się oddawałem, będąc na miejscu. Wycieczka to zmieniła, spowodowała, że poczułem przez moment, jakbym był zupełnie zdrów.
    A tak przecież nie jest!

    No nic. Nie jest tak źle, pewne kolejne klapki w mózgu pootwierały się. Wiem już na pewno, że chcę robić jakieś interesujące rzeczy, które będą też interesujące w swym efekcie dla innych. Z synem Antonia planuję nawiązać ściślejszą współpracę w dziedzinie pisania scenariuszy i robienia filmów. Czuję, że on to chce robić na serio i moglibyśmy razem coś fajnego zrobić. Z Gotfrydem i Bartłomiejem chciałbym popracować nad jakimiś nowymi, ciekawymi problemami matematycznymi, które będą miały szansę okazać się w przyszłości przydatne innym ludziom. Może pomyślę o pisaniu z tą ideą, by rozjaśniając sobie w głowie rozjaśniać w głowie również innym. Opowiadania, może jakaś powieść? Zobaczymy. No i te sieci neuronowe. Chciałbym się też tym zająć. Wydaje mi się, że wykorzystując sztuczne sieci neuronowe, które można przecież zaimplementować w komputerze, można by udowodnić możliwość zaistnienia w nich wirusów, gdyż jestem przekonany, że w mózgach ludzkich takie wirusy umysłu istnieją od stuleci, ale jakoś to trzeba by przekonująco udowodnić, gdyż niewiele osób chce mi na razie wierzyć w taką ewentualność. Zresztą będę chyba jeszcze o tym pisał na blogu, ma to ścisły związek z naszą schizofrenią. Z pewnością każdy z Was się zastanawiał, dlaczego to akurat jego zaatakowała ta choroba, jak do tego mogło dojść, jakie są tego przyczyny. Mnie się wydaje, że nie genetyczne. Przynajmniej nie bezpośrednio.
    Więc planów jest dość, gorzej z realizacją. Ale motywacja rośnie, wydaje mi się, że na to wszystko przyjdzie czas. Tylko te komóreczki w głowie muszą się właściwie poukładać. No i trzeba jakoś przetrwać tę dołującą samotność. Ale jak człowiek czymś się na serio potrafi zająć i z pasją, to i samotność niestraszna. Chyba się zgodzicie.

    Jutro po dwumiesięcznej przerwie idę na godzinne spotkanie z moją psycholożką panią Edytą. To o 12-tej. Potem około 14-tej wskakuję do autobusu i jadę do Ostrzyc, by tam z całą ferajną Alinki przywitać Krzysia, który zupełnie bez sensu trafił do więzienia na pół roku, i właśnie jutro wychodzi. Szykuje się niezła balanga na działce Alinki, która ma tam domek, ale większość z nas będzie spała w namiotach. Ja też swój biorę.
    Wracam we wtorek, to wszystko Wam opowiem. Tymczasem pozdrawiam serdecznie, życzę miłych snów, i wielu, wielu refleksji.
    Nad czym? Nad życiem oczywiście!

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 sierpnia 2010

Moje zszargane nerwy

    Chcialem Wam na biezaco opisywac swoje poczynania, ale z powodu braku czasu i ograniczonego dostepu do internetu nie da sie tego na razie zrobic do konca. Jutro jedziemy do EuroDisneylandu na caly dzien (40 km na zachod od Paryza), a pojutrze wracamy do kraju, wiec tam juz u siebie w domu bede mogl uzupelnic material pozostajacy na razie tylko w odrecznych notatkach.
    Tymczasem moj dzisiejszy ostatni przed powrotem wpis poswiece moim zszarganym nerwom.
 
    Otoz dwa dni temu, w piatek, pozegnalem sie z Wami i pojechalem pod Centrum Pompidou spotkac sie z Adrianna. Mogla byc wtedy godzina 18-sta.
    Gdy wyszedlem z metra i wstapilem na srodek placyku przed Centrum, pojawila sie Adrianna. Byla usmiechnieta od ucha do ucha i lekko podniecona, kiwnela na mnie, bysmy szybko udali sie do metra i by mi cos opowiedziec, co ja tak poruszylo.
    Po kilku chwilach szybkiego marszu dowiedzialem sie, ze poznala niedaleko rysownika karykatur, ktory ma ciemna karnacje a la Brazylijczyk albo Hindus, zaprosil ja do zrobienia jej karykatury, byl bardzo mily, milo rozmawial i potem nie chcial za swoje dzielo ani centa. Adrianna jednak sie uparla i zaplacila mu na sile 4 euro, co jest smieszna kwota za taka usluge. Rzeczywiscie zaraz tez zobaczylem rozwinieta z rulonu karykature dziewczyny, ktora byla calkiem wg mej oceny udana.
    Ale, na nieszczescie, nie koniec na tym historii. Jak wspomnialem, ciemnoskory rysownik bym baaardzo mily, rozmawiali dluzszy czas, powiedzial, ze ma 28 lat i wyraznie panna Ada mu sie spodobala. Zaproponowal wiec jej spotkanie nastepnego dnia, ona mu odpowiedziala, ze sie zastanowi, i wymienili sie numerami telefonow.
    Takie to rewelacje mi opowiedziala moja towarzyszka podrozy, a ja… struchlalem. Wyraznie widzialem, ze ona oczekuje, co ja na to, i domyslalem sie, ze ona ma wielka ochote na to spotkanie pojsc. W glowie tymczasem, gdy juz zmierzalismy metrem na cmentarz Pere Lachaise, zaczely mi sie mnozyc najrozniejsze scenariusze. Oczywiscie nie chcialem wyjsc na stara ciotke przyzwoitke i zabraniac jej tego spotkania, wszak wzialem za nia odpowiedzialnosc przed cala rodzina, wiec cos tam wymamrotalem, ze ok, niech sie ona mna nie przejmuje, jakos sie umowimy, niech idzie na to spotkanie. I zamilklem jak grob, gdyz strach mnie zdjal przerazliwy, nerwy odmowily mi posluszenstwa, a nie chcialem sie do tego przed nia przyznac, gdyz do tej pory przekonywalem ja caly czas w rozmowach do swoich libertynskich pogladow.
    Tymczasem przez moj biedny umysl zaczely przemykac setki mysli o tym, jak grupa latynosow zaprosi Adrianne do samochodu, wywioza ja daleko do swojego mieszkania, tam oczywiscie zgwalca wielokrotnie jeden po drugim, a potem, ze strachu przed policja i surowa kara zamorduja ja bestialsko, cialo pocwiartuja, po czym w plastikowych torebkach wrzuca noca do Sekwany albo ktoregos stawu w Lasku Bulonskim, i tyle bede Adrianne widzial. Ja przyjade do Polski, a jej rodzice i babcia beda na mnie sie przez cale dnie wydzierac, jak moglem ja poscic na spotkanie z przygodnym czarnoskorym mlodziencem nieznanego pochodzenia w Paryzu, na dwa dni przed bezpiecznym powrotem do Polski.
    Krecilismy sie pod cmentarzem Pere Lachaise jak glupki nie mogac znalezc otwartej bramy, rozmowa sie nie kleila, a napiecie w powietrzu roslo i roslo. Bylo mi jej szkoda (i siebie!), gdyz wiedzialem, ze cokolwiek ja postanowie, bedzie dla niej albo bolesne i niesprawiedliwe, albo niebezpieczne.
    Nic nam z tego cmentarza nie wyszlo, nie odzywajac sie do siebie pojechalismy do domu, az w koncu Adrianna zaczela wyczuwac moje coraz bardziej zszargane nerwy, i cos zaczela przebakiwac, ze przeciez ona jest juz dorosla, ale jesli tak sie boje, to ona moze zrezygnowac.
    Zrobilo mi sie niezwykle jej zal, gule mialem w gardle, wiec sie zdenerwowalem, i powiedzialem, ze dobrze, pojdzie na to spotkanie, ale ja ja odprowadze, by zobaczyc tego podejrzanego goscia, i zeby on zobaczyl, ze ja go zobaczylem, to przynajmniej bedzie sie troche hamowal, jak mu przyjdzie do glowy zamordowac Adrianne.
    Na to Adrianna zaczela mi tlumaczyc, ze to bedzie glupio wygladalo, jak ja ja odprowadze jak jakis tatus mala dziewczynke, i temu chlopakowi bedzie tez na pewno glupio przede mna, wiec powiedzialem w koncu po polgodzinnym nabzdyczeniu sie i nieodzywaniu, ze ok, moze sobie isc, ale ma punktualnie wrocic o 21.30 na umowione miejsce pod Centrum Pompidou, bo o tej porze zwykle wracamy kolejka do swego Bagneux.
    Oczywiscie poznym wieczorem, gdy juz bylismy w domu, ciemnoskory ledwo poznany kolega zadzwonil, i Adrianna umowila sie z nim na dzien nastepny, czyli na wczoraj.
    Uleglem, przez caly czas pozniej sie trzeslem ze strachu (nie umililo mi to wszystko zycia), ale jak to sie skonczylo, opowiem Wam dopiero po powrocie do kraju, gdyz za 27 minut konczy mi sie drugi i ostatni karnet na internet, i juz sie stad nie odezwe na moim blogu.
    To trzymajcie sie, i pamietajcie, ze jesli jedziecie na jakas daleka wyprawe, to nie zabierajcie ze soba podrastajacych malolatow.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
20 sierpnia 2010

Ca marche!

    Przed chwila udalo mi sie wydrukowac z internetu karty pokladowe na nasz lot powrotny do Polski, co sprawilo mi duza ulge, gdyz stresuje sie ciagle bardzo podczas takich dzialan, gdzie trzeba wpisywac jakies dokladne dane i uwazac, by sie nie pomylic, i w ogole cos nagle moze sie zawiesic, a ja moge popelnic 100 innych bledow. Dlatego, jak cos mi zadziala, to czuje duza ulge I satysfakcje. Stad tytul dzisiejszego odcinka “ca marche”, co po francusku znaczy “to dziala”, tak jak “it works” po angielsku.
    Podobnie dzisiaj rano uruchomilem nieznany mi wylaczony piecyk gazowy, by sie umyc w cieplej wodzie, a zostalismy sami, i nigdzie nie bylo zapalek ani nie rozumialem zrazu mechanizmu piecyka. Ale dalem sobie rade, i tez moglem wykrzyknac z radoscia: “Ca marche!” I zdalem sobie wtedy sprawe, ze czlowiek czuje najwieksza satysfakcje, jak uda mu sie cos uruchomic, jak uda mu sie sprawic, ze cos zaczyna sprawnie funkcjonowac. To wtedy jest najwieksza ulga i przyjemnosc, nieprawdaz?
    Jesli wroce do Gdanska i uda mi sie zalozyc sprawnie dzialajacy teatr (hipotetycznie), ktory zdobedzie swoja wierna i zadowolona publicznosc, a jednoczesnie bedzie sprawiac satysfakcje jego tworcom (czyli mnie i moim kompanom), to znow bedzie radosc – “Ca marche!” No tak, ale zeby cos sprawnie uruchomic, potrzebna jest wiedza i inteligencja, by moc, potrafic to poprawnie zrobic czy wykonac. Stad wniosek, ze wiedza i umiejetnosc kojarzenia poplaca, o ile potrafimy z nich skorzystac wprawiajac cos w dzialanie. A wlasnie dzialanie daje nam najwiecej radosci.
    To sa moje dzisiejsze refleksje. Teraz rozumiem, dlaczego bylem pograzony przez tak dlugi okres w depresji, gdy zazywalem leki po niedawnych wtedy psychozach. Po prostu czulem, ze moj umysl jest tak ociezaly I pozbawiony poweru, ze nie jestem w stanie nic zdzialac. Nic nie wiem, nic nie umiem, nic nie potrafie. Kompletne dno, kompletna niemoc.
    Teraz wiem, po co mi wiedza, i jakiej wiedzy mam poszukiwac. Chce dzialac, chce byc moze uruchomic sklep spozywczy, ktory bedzie sprawnie dzialac i przyniesie mi staly, niezly dochod. Potrzebna jest tylko wiedza, jak takie cos dziala, i troche zdrowego rozsadku.
   Chcialem podzielic sie z Wami tymi refleksjami, poniewaz czuje, ze tak patrzac na sprawy moge wreszcie wziac te sprawy w swoje rece i poczuc wreszcie sens swego istnienia. Zgadzacie sie? No tak, i tak nikt nie zamiesci swego komentarza, jak znam zycie. Wiec o moim blogu na razie nie moge powiedziec, ze sprawnie dziala. “Ca ne marche pas bien.”
 
    Oto co przeczytalem pare dni temu w moim przewodniku, a obiecalem tu zamiescic:
“Po bitwie pod Austerlitz, swym najwiekszym zwyciestwie, odniesionym w 1805 roku, Napoleon obiecal zolnierzom: “Wrocicie do domu pod lukami triumfalnymi”. W roku nastepnym polozono pierwszy kamien pod budowe najslynniejszego na swiecie luku trimfalnego. Ale zniszczenie planow architekta Jeana Chalgrina i upadek Napoleona sprawily, ze budowa tego monumentu zostala ukonczona dopiero w 1836 roku. Tu tradycyjnie rozpoczynaja sie wszystkie defilady wojskowe i pochody w dni waznych rocznic historycznych.”
 
    W poniedzialek pojechalismy na Place de La Concorde (po polsku Plac Zgody). Tam obok jest ogrod Tuileries, ktorym sie kawalek przeszlismy (Adrianna zrobila mi zdjecie kolo fontanny, i wyglada tak smiesznie, jakbym to ja do tej fontanny sikal), i doszlismy do kosciola polskiego na Saint-Honore. Bardzo ladny, kwadratowy, o malej podstawie, ale wielkiej kopule. Przed wejsciem, miedzy kolumnami, z boku, na kamieniu siedzialo trzech Polakow i popijalo piwko z puszek zywo rozmawiajac o poszukiwaniu pracy i innych sprawach bytowych (gdyby ich zobaczyl przechodzacy w poblizu Jezus, z pewnoscia mieliby sie z pyszna). Weszlismy do srodka. Kilka rozproszonych osob, dalo sie slyszec polskie szepty. Usiadlem na laweczce. Gdybym byl wierzacy, pewnie bym sie pomodlil, ale ja wole sobie “pomedytowac”. Odwrocilem sie i  zobaczylem  tabliczke. Podszedlem i przeczytalem:
 
        Polsko ty moja! Gdy juz nieprzytomni
        Bedziemy – wspomnij ty o nas! O! Wspomnij!
        Wszak mysmy z twego zrobili nazwiska
        Pacierz, co placze, piorun, co blyska.

             Poecie Juliuszowi Slowackiemu
                  1809 Krzemieniec
                  1849 Paryz
                              Rodacy
 
    Z kosciola poszlismy piechota do Centrum Pompidou. To jest kawalek drogi, wiec po drodze usiedlismy w kafejce, by napic sie herbaty. Nie jest to tania przyjemnosc – herbata, podobnie jak i kawa, w takiej kafejce kosztuje okolo 4 euro. Ale raz zaszalec przeciez mozna, no nie?
    Pod Centrum Pompidou, ktory jest takim smiesznym budynkiem wygladajacym jak jakies wodno-elektryczne urzadzenie, zawsze mozna spotkac roznych dziwakow i artystow popisujacych sie przed zebranym wokol tlumkiem. Tym razem byla to para: on Japonczyk grajacy na gitarze, ona Japonka spiewajaca przez wzmacniacz. Nawet ladnie. Nigdy jeszcze nie widzialem Japonczykow spiewajacych w europejskim stylu.
 
    Za chwile jade wlasnie pod Centrum Pompidou, by tam spotkac sie z Adrianna, ktora wlasnie zwiedza to Centrum, i zabrac ja na cmentarz Père Lachaise. Tam spoczywa mnostwo znanych ludzi z przeszlosci. Bardzo ciekawe miejsce dla kogos, kto interesuje sie historia.
    Do uslyszenia.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
18 sierpnia 2010

Niebezpiecznie drapiace gardlo

    Wczoraj jakies takie duze litery “I” w miejsce malego “i” mi sie porobily, i tego nie zauwazylem w pore. Sorry za te niedogodnosc, mam nadzieje, ze dalo sie przeczytac.
    Tak w ogole chcialem to poprawic, ale jak sie wcisnie przycisk “Edytuj tekst”, to wyskakuje ramka na tytul i zdjecie, ale juz w miejscu tekstu jest biala przestrzen tylko, i nie da sie juz edytowac i poprawic tekstu. Nie wiem, czy to tylko tutaj jest ten problem, w Anglii bylo podobnie. Moze w Polsce tak nie bedzie, a moze to blad na naszej stronie internetowej.
 
    Gdy w sobote bylismy przy szkole wojskowej, to tam jest stacja metra Ecole Militaire, a przy stacji duzy sklep spozywczy w stylu sieci Monoprix. Zapamietalismy sobie to miejsce na pozniej, i pojechalismy do pani Basi do dzielnicy Neuilly. Niedaleko. Zastalismy ich przy pracy, troche nie w pore przyszlismy, ale pani Basia schowala deske do prasowania, pana Zdzislawa skierowala do przebrania sie, i zrobila nam herbaty. Opowiedzielismy im, jak sobie poradzilismy z nieznana dla nas okolica w Bagneux, odpoczelismy troche i pozegnalismy ich. Wrocilismy do tego sklepu, o ktorym wspomnialem, zrobilismy zakupy, zeby miec cos do zjedzenia w domu, i ruszylismy metrem, a potem RER-em do domu. I tak sie skonczyl nasz pierwszy dzien w Paryzu.
 
    Nastepnego dnia lalo, a ja juz w nocy zaczalem pokaslywac i poczulem drapanie w gardle. Przestraszylem sie, ze zachoruje, wiec zazylem polopiryne i rutinoscorbin, ale moj stan sie nie poprawial przez caly dzien.
    A dzien wygladal nastepujaco. Pojechalismy na stacje Rome, gdzie znalezlismy Internet Café Rome. Adrianna szybko sprawdzila swoja poczte, poszla na spacer, a ja zabralem sie do pisania bloga. Potem pojechalismy pod Luk Triumfalny (Arc de Triomphe). Rzeczywiscie jest to budowla godna podziwu, jesli chodzi o wielkosc i ozdabiajace ja plaskorzezby. Wlasnie sie odbywala jakas uroczystosc panstwowa, kombatanci obwieszeni orderami I dzierzacy sztandary paradowali pod Lukiem przy grobie nieznanego zolnierza francuskiego. Byl tez zolnierz-emeryt polski z polskim sztandarem w kolorach bialo-czerwonych. Zrobilem pare zdjec. Napisze jeszcze kilka slow o Luku Triumfalnym jutro albo pojutrze, zrobilem sobie notatke z przewodnika, ale niestety nie mam jej przy sobie chwilowo.
    Od tego Luku Triumfalnego dokladnie na wprost w linii prostej jakies dwa-trzy kilometry stoi widoczna naprzeciw La Grand Arche de la Defense (“la” we francuskim to przedimek zenski), wielki budynek nowoczesny w ksztalcie rowniez luku, ktory kroluje posrod innych nowoczesnych budynkow, ktore tworza super-nowoczesna dzielnice La Defense. Od Luku Triumfalnego jedzie sie tam chyba ze trzy stacje metra. Gdy juz tam sie czlowiek znajdzie posrod tych wysokich wiezowcow, to czuje sie on tak jakos dziwnie, jak samotna, malutka mrowka. Niezbyt przyjemne uczucie. Bylem tam juz kilka razy, ale chyba teraz po raz ostatni. Trzeba skonczyc z tym masochizmem.
    Akurat gdy tam bylismy, dostalem sms-a od Penelopy, ktora wlasnie przyjechala autokarem z Polski do swojej mamy. Chciala, bysmy do niej przyjechali, wiec zaraz tam sie udalismy.
    Ja mialem kompletnie przemoczone buty i ostro pociagalem nosem. Wiec gdy u pani Basi i Penelopy dostalem cieplutki obiadek (ziemniaczki, miesko w sosiku I buraczki), od razu sie lepiej poczulem. Jakbym dostal mocny, energetyczny zastrzyk. A cieple jedzonko rozgrzalo me obolale, drapiace gardlo. Do tego sciagnalem przemoczone buty i mokre doszczetnie skarpetki. Wszystko poszlo do suszenia, a mysmy zabrali sie do jedzenia obiadku, a potem do picia goracej herbatki przegryzanej andrutem przekladanym kawowa masa.
    I tak sie skonczyl nasz drugi dzien w stolicy Francji. Nastepnego dnia rano (poniedzialek) poznalismy pierwszego Polaka wynajmujacego pokoj od pani Basi, 60-letniego Andrzeja. Ot, spokojny emigrant, w dzien pracujacy, a wieczorami ogladajacy polska telewizje. Co innego Marek, drugi lokator, ktorego poznalem dopiero wczoraj rano, ale o nim Wam opowiem pozniej.
    Tymczasem w poniedzialek rano kupilismy sobie tygodniowy bilet na RER i metro, kosztuje 28,85 euro. Nazwe europejskiej waluty Euro wymawia sie w Wielkiej Brytanii “jurou”, we Francji “ero”, a w Niemczech “ojro”. Mysle, ze ta informacja moze sie Wam przydac, bo ja dlugo mialem z tym klopot.
 
    No, koncze, bo umowilem sie z Adrianna pod Luwrem, ktory ona wlasnie zwiedza w pojedynke. Spotkamy sie pod pomnikiem Ludwika XIV na koniu, ktory stoi przy tej szklanej piramidzie na dziedzincu Luwru. O Krolu Sloncu postaram sie jeszcze opowiedziec, a ze zwiedzania Luwru zrezygnowalem, bo ja w ogole za muzeami nie przepadam, za to pisanie bloga, jak na razie, czasem mnie podnieca.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
17 sierpnia 2010

Paris mon amour

    Mam pare slow jeszcze do powiedzenia o poprzedniej czesci mojej zagranicznej wycieczki, ale czas goni, i wydarzenia w zwiazku z tym tez, wiec nawiaze do terazniejszosci.

    Wiec w piatek nasz autokar zyskal dwie godziny spoznienia, bo kierowca nie zdazyl na poprzedni prom. Mielismy byc na miejscu o 19-tej czasu kontynentalnego, a wyladowalismy na stacji Gallieni (wschodni Paryz) o 21-wszej. Wiec do mamy Penelopy (Penelopa to zona Zygfryda) – pani Basi dojechalismy metrem na drugi, zachodni koniec Paryza dopiero o 22.30. Towarzysz pani Basi (nie wiem, czy wzieli slub) pan Zdzislaw okazywal niezadowolenie, ale na szczescie on bardzo malo mowi, wiec jego niezadowolenie bylo tylko niewerbalne. Po prostu z mina obrazonego bobasa ogladal polska telewizje, a pani Basia, ktora bardzo mnie lubi (zawsze przywozi mi butelke wina, jak odwiedza Polske), ugoscila nas po krolewsku. Ja zjadlem zapiekanke, a Adrianna, ktora jest wegetarianka, podziobala troche w pomidorkach zagryzajac bagietka.
    Zrobilo sie pozno, i ruszylismy ich samochodem do mieszkania pani Basi, w ktorym ona teraz nie mieszka, tylko wynajmuje dwom pracujacym tu Polakom. Mieszkanie to znajduje sie w Bagneux (czyt. banje), tj. dzielnicy daleko na przedmiesciach Paryza na poludniu. Najpierw jechalismy tzw. Peripheric (albo Peripherique), tj. taka obwodowa droga bardzo szybkiego ruchu, ktora okraza cale wlasciwe miasto. Potem zjechalismy z tej szybkiej drogi i pojechalismy hen na zewnatrz Paryza, chyba tak z 20 minut. Gdy dojechalismy na miejsce, pani Basia pokazala nam, jak sie otwiera mieszkanie i nasz pokoj. Tam sa cztery pokoje, a za naszym pokojem mieszka chwilowo jeszcze wnuk pani Basi Darek ze swoja dziewczyna. Darek jest kuzynem Kleofasa (syna Zygfryda i Penelopy), bo jest synem siostry Penelopy. Sa prawie w jednym wieku, ok. 25 lat na lebka.
    Zostalismy sami na wlasnej lasce i nielasce, a rano bardzo sie balem oddalic od domu. Nie chcialem na wariata jechac do Paryza, a potem bym nie wiedzial, jak wrocic (Bagneux jest daleko poza moja mapa). Zastosowalem wiec metode nici Ariadny, czyli zapisywalem co chwile charakterystyczne znaki stopniowo oddalajac sie od domu: przystanek autobusowy, apteke, kosciolek, ladny domek z kamienia, itd. Po pol godzinie marszu I poszukiwan doszlismy do kolejki RER, ktora laczy Paryz z jego dalekimi przedmiesciami. Tam kupilismy bilet dwudniowy na dojazd do miasta I dowolna ilosc przejazdow metrem oraz powrot do Bagneux RER-em.
    Najpierw dojechalismy do ogrodu Luxemburg, ktory jest chyba niedaleko Sorbony, o ile pamietam, prawie centrum. Tam jest bardzo ladnie, jest sadzawka, po ktorej kiedys puszczano modele statkow (nie wiem, jak teraz) I mnostwo alejek, po ktorych biegaja joggerzy. Wszystkie ogrody w Paryzu sa bardzo zadbane I czyste, I czesto sa tam sadzawki z luzno porozstawionymi metalowymi zielonymi krzeslami, duzo iloscia, na ktorych mozna wygodnie wypoczywac. Zaczal padac deszcz, wiec schowalem sie w kawiarence, a Adrianna z parasolka w rece poszla ogladac figury roznych postaci stojacych przy alejkach, np. Swietej Genevieve – patronki Paryza.
    Wiem, ze kazdy, kto przyjedzie pierwszy raz do Paryza, to chce jak najszybciej zobaczyc z bliska Wieze Eiffla. Wiec poniewaz Adrianna jeszcze nigdy nie byla tutaj, wsiedlismy do metra I pojechalismy na plac Trocadero, z ktorego swietnie widac Wieze.
    Tlumy ludzi robily zdjecia, my tez, I przeszlismy pod sama Wieza, gdzie bylo kilka kolejek do wind na gore. Ja nigdy jeszcze nigdy nie wjechalem na gore, I mialem teraz na to ochote, ale zezygnowalismy, gdyz kolejki byly ogromne. Wiec poszlismy dalej przez takie zielone trawniki, na ktorych siedzi mnostwo ludzi, w kierunku Ecole Militaire. Siedlismy na laweczce (uwielbiam co chwila siadac na laweczce, bo szybko sie mecze, no I uwielbiam odpoczywac, tak w ogole), I podeszla do nas mloda Hinduska pokazujac jakas kartke. To jest taki nowy chwyt, od razu go wyczulem, ale Adrianna lyknela haczyk I zaczela czytac tekst Hinduski. Oczywiscie o tym, ze Hinduska potrzebuje pieniadzy na zycie I bardzo prosi o wsparcie.
    Ja osobiscie nie lubie dawac pieniedzy zebrzacym I patrzylem, jak zachowa sie Adrianna. Ale ona, jak juz przeczytala kartke, to glupio bylo jej nie dac, I dala kobiecie pol euro.
 
    Musze konczyc. Odezwe sie stad jeszcze, jak los pozwoli.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
15 sierpnia 2010

Jezus tez czlowiek

    Mam zla wiadomosc: wlasnie siedze sobie w internetowej kafejce w Paryzu i pisze dla Was kolejny odcinek. No i klopsik z literkami – niet polskich literek znow. Do tego ta pokrecona klawiatura, bo oczywiscie ci oryginalni Francuzi musza miec gdzie indziej niektore literki na klawiaturze, niz reszta swiata. Skaranie boskie. Ale coz – trzeba sie przyzwyczaic. Chorela? _ ne yest to takje latfre!
    Chcialbym jescze kilka spraw dopowiedziec z Anglii, bo zapomnialem poprzednio o nich, ale sobie wynotowalem na karteczce, wiec je dodam. Oto one.
    Ten lokal z szachowymi odniesieniami w Goldhanger nazywal sie Chequers Inn. Inn to chyba po angielsku gospoda, zajazd.
    Gdy przyjechalismy do Basildon w poniedzialek, to poszlismy z Agnieszka, Adrianna i Matysem na miasto, a potem wracajac zahaczylismy o mieszkanie Agnieszki, bo ona nie mieszka z Pela wcale. No i tam sie wywiazala fajna rozmowa miedzy Agnieszka a Matysem. Mianowicie dziewiecioletni Matys zarzucil Agnieszce, ze ta za duzo grzeszy (Matys jest ministrantem w Polsce). Chodzilo o to, ze Agnieszka za bardzo sie obzera ciasteczkami, i ze strasznie przeklina, jak na dziewczyne. Agnieszka odpowiedziala, ze bedzie grzeszyc, ile jej sie podoba (grzeczne dziewczynki ida do nieba, a niegrzeczne podrozuja po swiecie, jak przeczytalem na t-shircie w Londynie), a ja Agnieszke wzialem w obrone, mowiac Matysowi, ze to grzech wcale nie grzeszyc. Jesli ktos wcale nie grzeszy, to chyba po prostu jest z nim cos nie tak.
    Na to Matys sie zamyslil, po czym spytal mnie: czy to znaczy, ze z Jezusem bylo cos nie tak?
    Na to mu odrzeklem, ze tak, jesli Jezus byl bez grzechu, to bylo z nim cos nie tak. Matys sie skrzywil, wiec pocieszylem go, ze jednak wedlug mnie z Jezusem bylo wszystko w porzadku. I on grzeszyl. Na przyklad jest taka scena w jednej z ewangelii, ze kiedys Jezus sie bardzo rozzloscil na kupcow, ktorzy handlowali w swiatyni. Jezus czul sie Synem Bozym, czyli uwazal, ze ci ludzie kupcza w domu jego Ojca. No to sie wkurzyl i powywracal wszystkie stoly z towarem biednych kupcow. Matys pyta, czy to byl grzech. Oczywiscie, odpowiadam, przeciez mogl im grzecznie wytlumaczyc, spokojnie, bez takiej awantury i rozwalania ich mienia. Pewnie by zrozumieli i spokojnie sobie poszli. Ale nie, on wpadl w furie. Rozzloscil sie nie na zarty. Czyli jest to grzech gniewania sie na drugiego czlowieka.
    Matys zatopil sie w rozmyslaniach, a ja nalalem sobie wody do szklaneczki i popilem krakersa.

    Wiecie co, musze juz konczyc, a chcialem opisac moja jazde autokarem z Londynu (jednak plynelismy promem – fajna sprawa!), no i wczorajszy pierwszy dzien zwiedzania Paryza. Ale umowilem sie z Adrianna, ze za chwile idziemy dalej zwiedzac, wiec dokoncze pozniej. Kupilem sobie karnet pieciogodzinny za 10 euro, wiec jeszcze troche czasu zostalo.
    Niestety nie mam tutaj tak dobrze jak w Anglii, gdzie mialem internet bez ograniczen w domu. Znalazlem kafejke wiec niedaleko stacji metra Rome (polnocny Paryz) i tu bede jeszcze przychodzil popisac.
    Mam przed soba jeszcze 9 dni w tym podobno najpiekniejszym miescie swiata. Potem znow trzeba sie bedzie spakowac, i wracac do kraju. Ach, jak fajnie jest sie zdystansowac do tego swojego grajdolka. Dochodza mnie sluchy o jakichs awanturach pod Palacem Prezydenckim, jak dobrze byc z dala od tego wszystkiego. Przynajmniej od czasu do czasu.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
13 sierpnia 2010

Poszerzanie świadomości

(poniższy tekst pisałem wczoraj, 12-go sierpnia, w czwartek)
    Ostatnio przeczytałem gdzieś w internecie takie motto: „Wiedza jest drugim słońcem dla tych, którzy ją posiadają”. Autorem tych słów jest Heraklit z Efezu. Coś w tym jest. Już od dłuższego czasu zastanawiam się nad tym, co jest najlepszym lekiem na schizofrenię i inne problemy psychiczne. I ciągle tak krążę wokół tego słowa: „wiedza”. Informacje, dane, fakty. Gdy dowiaduję się czegoś, w moim mózgu zmienia się coś naprawdę. Czym silniejsza informacja, tym silniejszy wpływa może ona na mnie wywrzeć. Często zdarza się, że ktoś mówi: „Spotkanie z tym człowiekiem odmieniło moje życie”, albo „Ta książka zmieniła moje myślenie o tych sprawach”. Albo „Ona powiedziała mi coś, co dało mi do myślenia na całe godziny”. Poza tym sama wiedza nie tylko zmienia nas, ale i może być użyteczna. Dzięki  konkretnej wiedzy często możemy coś konkretnego zrobić. Taaak... Tak sobie myślę, że zdobywanie informacji to jedna z ważniejszych naszych czynności życiowych.
     No, ale zaraz się pojawia pytanie „Jakich informacji szukać?” Przecież wybór jest ogromny, nie możemy mieć wszystkiego, nie możemy też wiedzieć wszystkiego. Trzeba wybierać, trzeba się na coś zdecydować, a z czegoś zrezygnować.
    To jest moim zdaniem ważny temat, ale na razie chciałem go tylko zasygnalizować. Kiedyś Baltazar, który ma kłopoty ze swoim życiem, który ciągle poszukuje jego sensu, powiedział mi: „Ja się interesuję wszystkim”. Zapadła cisza, dość długa, po której powoli dodał: „I niczym”. Jakimś takim smutnym, cichym tonem.
    Nie wystarczy się interesować, czym popadnie. Trzeba mieć jakiś klucz, według którego decydujemy, czym się interesujemy w danym momencie. Ba, ale skąd ten klucz dostać?!
 
    Jeśli wpisać w Google’u frazy z moich odcinków sprzed dwóch lat, to strona z moim blogiem wyskakuje. Z czego się wtedy bardzo cieszyłem. Ale jeśli wpisać frazę z moich trzech ostatnich, świeżych odcinków, to nic nie wyskakuje. Wyskakuje tylko strona poprzednia ze wszystkim blogami, jeśli wpisze się frazę początkową z ostatniego wpisu, która na tej stronie widnieje. Z tego wynika, że obecnie Google nie schodzi tak głęboko do naszych indywidualnych blogów na stronie „Łatwiej”. Tylko przeszukuje jedynie stronę wcześniejszą z wszystkimi naszymi blogami razem. Ciekawe, z czego to wynika. Czy ze zmienionych założeń samego Google’a? Byłaby to szkoda, bo tak istniała szansa, że ktoś przypadkowy szukając jakiejś frazy, która pojawiła się na przykład w moim blogu – znalazłby go, natrafiłby na niego. A tak szansa, że ktoś niezainteresowany schizofrenią znajdzie mojego bloga, jest arcymała. Szkoda, bo mnie, jak i zapewne każdemu blogersowi, zależy na dużej rzeszy czytelników.
    Poza tym nie mam pojęcia, ile osób może czytać, co napiszę. Niestety nie ma u nas na razie licznika gości. Może byłoby możliwe zainstalowanie takich liczników?
 
    Gdy wracaliśmy z Adrianną z Londynu w zeszłym tygodniu, byłem tak podniecony ilością wrażeń, że zadałem w pociągu Adriannie pytanie: „Wiesz, co jest najważniejsze?” Nie wiedziała. No to jej powiedziałem, że poszerzanie świadomości. Czułem się tak świetnie z głową pełną najróżniejszych kolorowych obrazów, że musiałem to wyrazić. Co prawda Adrianna się ze mną nie zgodziła. Powiedziała, że dla niej równie ważne jest też to, że może ona przytulić swojego kochanego kota, który został w jej domu, że ważne są chwile radości i przyjemności wypełniające jej życie. Ale ja się mocno upierałem, że skuteczność działania w życiu (a to jest najważniejsze, gdyż od tego zależy na przykład, czy w ogóle stać nas na kota do przytulania) zależy od tego, jak mamy poszerzoną świadomość. Czyli poszerzanie świadomości jest najważniejsze.
    Oczywiście zaraz pojawia się pytanie, czym tę świadomość poszerzać, jakim obrazami i doznaniami, ale na razie to pytanie pozostawię bez odpowiedzi.
 
    Teraz przejdę do naszych wycieczek, na które nas zabrał Robert w sobotę i w niedzielę. Mianowicie zabrał on nas swoim samochodem w sobotę do Colchester, a w niedzielę do Maldon (czyt. moldon). Są to miejscowości położone na północny wschód od Londynu, jakieś 70 kilometrów, z tym, że Maldon jest nieco bliżej.
    Colchester do miasto założone przez Rzymian, którzy zawojowali Brytyjską Wyspę w wieku poprzedzającym Chrystusa, a ich panowanie tam trwało około czterech wieków.
    Miasto jest urocze. Centrum jest okolone historycznym murem, a właściwie jego pozostałością. Mur ten jest zbudowany z takiej cienkiej ciemnoczerownej cegłówki. W samym mieście jest sporo ruin, które często stanowią atrakcję w utworzonych wokół nich przytulnych parkach.
    Zaczęliśmy zwiedzanie od spacerku wąskimi uliczkami, w których jest mnóstwo kolorowych sklepów i punktów usługowych. Moją uwagę przykuł sklep z figurkami i różnymi materiałami potrzebnymi do tworzenia gier Role-Playing, na przykład znanego Warhammera. W środku sklepu stoją dwie wielkie makiety starożytnych miast z domostwami, roślinnością i figurkami bohaterów, ale niestety nie odważyłem się zrobić tam zdjęcia. Mianowicie wokół niskiego stołu na małych krzesełkach siedziało kilku chłopców (z tym, że chłopcy ci byli w wieku od 10 do 35 lat) i pracowało nad figiurkami z gier. Mieli pędzle w ręku na przykład i coś malowali, ale coś sklejali czy przycinali. Chciałem im zrobić zdjęcie, ale nie chciałem, żeby się poczuli jak małpy w cyrku, więc zrezygnowałem. Niepotrzebnie, bo gdybym się spytał, czy można, to na pewno by się zgodzili. Naprawdę fajny widok.
    Chętnie bym niektóre zdjęcia umieścił w blogu, ale nie ma takiej możliwości na razie. Najfajniej by było, gdyby zdjęcia można było umieszczać w tekście, między akapitami. Tymczasem dzisiaj spróbuję umieścić jedno, które można zamieścić na początku. Moje zdjęcia mają około 2 mega, więc będę musiał zmniejszyć rozmiar jednego z nich, a zrobię to przy pomocy Painta. Tam można zmniejszyć ilość pixeli przy okzaji zmniejszając elektroniczny rozmiar obrazka.
 
    Wreszcie dotarliśmy do takiego dużego parku na skraju miasta. Przed bramą pod pomnikiem stali za przykrytym białym obrusem stołem dwaj chłopacy, którzy zachęcali do poczęstowania się darmową zupą. Pod stołem na ziemi stał napis: „Food, not war”. Poparłbym ich, ale nie byliśmy głodni, więc nie skosztowaliśmy zupy. Natomiast w parku były dwa budynki. Jeden może stuletni, w którym było muzeum. Było tam urządzenie do rysowania profili. Osoba siadała profilem na tle podświetlonej białej tablicy, a przed nią stało takie drewniane pudełko podobne do starego aparatu fotograficznego. Pod tym urządzeniem był stolik z kartką papieru. Chodziło o to, że rysownik na krzesełku patrzył przez dziurkę w tym aparacie i dzięki systemowi luster wewnątrz widział nałożone na siebie dwa obrazy: tej osoby i tego papieru. Teraz wystarczyło tylko ołówkiem obrysować profil siedzącej na białym tle osoby, i profil na kartce gotowy!
    Były tam też różne starodawne stroje z XIX wieku i masa przedmiotów pochodzących z tamtej epoki.
    Park był naprawdę ładny, pełen kwiatów i sadzawek ze złotymi pływającymi rybkami. Była też altana podobna do tej w oliwskim parku, a w niej orkiestra przygotowująca się do koncertu. Wokół ludzie siedzieli na ławkach i trawie oczekując na muzykę. Jednak nas interesował zamek, który pozostał po Rzymianach. Jako bezrobotny dostałem zniżkę i zapłaciłem za bilet nieco ponad 3 funty. Bardzo było tam ciekawie. Z filmu dowiedzieliśmy się, jak wybuchło powstanie i oblegający zamek powstańcy wecięli tam w pień 30 tysięcy mieszkańców, chyba w większości pochodzenia rzymskiego. Muzea w Anglii są pomysłowo zorganizowane w ten sposób, by zwiedzający mogli spróbować różnych rzeczy w interaktywny sposób. Ja na przykład założyłem sobie rzymski hełm, który był zabezpieczony długim łańcuchem, by ktoś go nie wyniósł, i poprosiłem Adriannę o cyknięcie mi zdjęcia obok dwóch figur pradawnych żołnierzy. Mam nadzieję, że uda mi się to właśnie zdjęcie zamieścić powyżej, byście i Wy je sobie zobaczyli.
    Wracając z Colchester zahaczyliśmy w połowie drogi o typowy pub przydrożny, w którym Adrianna z Robertem wypiła dobre piwko, a ja, ponieważ nie mogę pić alkoholu biorąc leki, zamówiłem sobie herbatkę. Do stolika podała nam to śliczna kelnerka, której oczy tak mi się podobały, że zapragnąłem jej zrobić zdjęcie, ale obawiam się, że zdziwiłby ją ten pomysł, więc dałem sobie z tym spokój.
 
    Na drugi dzień, w niedzielę, Robert zabrał nas do Maldon. Jest to mniejsza miejscowość położona na końcu paska wody biegnącego od morza. Tam poszliśmy nad tę wodę, gdzie cumowały różne łodzie, były tawerny pełne posilających się ludzi, a dookoła różne sadzawki, wokół których przechadzali się spacerowicze. My byliśmy wśród nich, a przechadzaliśmy się z lodami w dłoniach, które fundnął nam Robert. Były tam łabędzie, kaczki i mnóstwo innego niezidentyfikowanego przeze mnie ptactwa, głównie wodnego. Przechadzający się ludzie karmili to całe ptasie towarzystwo, a ja oczywiście cyknąłem z bliska fotkę czwórce małych kaczątek, bo zabawnie wyglądały. Potem też cyknąłem fotkę krabowi o średnicy 5cm, którą wyłowiła z wody i trzymała w dłoni mała dziewczynka. Poprosiłem ją, by wyjęła go ze swego wiaderka, co uczyniła. Była tam też wielka zjeżdżalnia wodna i takie zagłębione pole pomalowane na niebiesko polewane z przyszniców wodą, by dzieci mogły się w tym pluskać. Też cyknąłem temu zdjęcie, które być może kiedyś zamieszczę, być może w galerii na niniejszej stronie „Łatwiej”. Muszę się tylko zorientować, jak tę galerię się obsługuje i co tam można zamieszczać.
    Potem Robert zabrał nas w drodze powrotnej do Goldhanger, jego rodzinnej wsi, gdzie spędził dzieciństwo. Nazwa Goldhanger wzięła się stąd, że tam była wielka łąka z żółtymi kwiatami, gold to złoty, a hanger to stare słowo oznaczające dzisiejsze meadow, czyli łąkę. Śliczna miejscowość. Niezwykle spokojna, uwierzcie mi, zakochalibyście się w tym zakątku od pierwszego wejrzenia. Może ze trzystu mieszkańców. Pośrodku stoi plac, przy którym znajduje się studnia. Głównym obiektem koło placu jest gospoda o nazwie Chequers’ coś tam, bo tam chyba grają w szachy. Przed drzwiami wisi taka wielka szachownica ozdobna.
    Poszliśmy z Robertem cichą alejką w stronę wału nad zalewem, z którego właśnie odpłynęła woda. To był bardzo dziwny, niemal smutny widok po odpływie: na suchym, zielonym dnie spoczęły wszystkie jachty, które stały wcześniej zapewne na wodzie. Jachty te nie były przycumowane do żadnych pomostów, tylko w oddali w głębi, z dala od brzegu. Teraz leżały przewrócone na bok na zielonkawym, suchym dnie. W oddali widać było wyspę, która na czas odpływu przestała być wyspą. Po suchym dnie jechał hen daleko jeep na wyspę. Dla nas był bardzo malutki, sunął w połowie swej drogi. Gdyby się teraz zepsuł, to pewnie byłoby po samochodzie – nadchodzący przypływ zalałby go niechybnie.
    Zrobiłem artystyczne zdjęcie żółtego kwiatu i pokazałem Adriannie. Pochwaliła. Ale zaraz potem zobaczyłem małe zwinięte psie gówienko. Postanowiłem zrobić żart, i również gówienku zrobiłem artystyczne zbliżenie. Oczywiście po chwili dogoniłem oddalających się Adriannę i Roberta i pochwaliłem się im mym nowym dokonaniem artystycznym. Pozwólcie jednak, że Wam się nim na tej stronie nie pochwalę, gdyż byłoby to (niestety) przegięcie.
    Do domu wróciliśmy niezwykle zmęczeni. Ale wysiadając z samochodu pod domem spytałem Roberta, jak nazwać tę naszą wyprawę – journey, travel? – Anglicy mają wiele słów na wyprawę. Powiedział, że „trip”. Odpowiedziałem mu więc: „Thank you for our today’s trip”. Widziałem, że było mu miło.
 
    W czasie całego u nich pobytu zagrałem dwa razy z Mieszkiem w szachy. Ta gra mnie okropnie stresuje. Zawsze strasznie się boję, że właśnie robię zły ruch i zaraz przegram. Ale tym razem podszedłem do tego na luzie. Zwłaszcza, że jedenastoletni Mieszko, choć bystry chłopak, jeszcze nie jest lepszy ode mnie, jak się okazało. Wygrałem z nim dwa razy dość gładko. Za drugim razem zastanawiałem się, czy z nim celowo nie przegrać, by podbudować jego świeżo powstające męskie ego wojownika, ale jak doszło co do czego, to mój wewnętrzny wojownik mi na to nie pozwolił. Myślę też, że choć moje intencje byłyby dobre, to jednak takie specjalne podłożenie się nie jest uczciwe, i nie powinno tak się z dziećmi robić. Są inne sposoby, by dać im większe szanse – na przykład odjęcie sobie jakiejś figury na początku partii. W każdym razie nie oszukujmy się, że oszukiwanie kogokolwiek w tzw. dobrej wierze jest pożytecznym zachowaniem. Na każdym kroku przekonuję się, że istotne kłamstwo, nawet najmniejsze, często bywa szkoldliwe w efekcie końcowym, a jest zawsze do uniknięcia, jeśli ruszyć głową.
 
    W poniedziałek, jak wiecie, zjechaliśmy do robotniczego Basildon. Po zostawieniu rzeczy u Peli poszliśmy z Agnieszką (siostrą Peli), Adrianną i Matysem na miasto. Pokazała nam Agnieszka supersam z żywnością, gdzie kupiłem sobie kanapki na noc, by nie umrzeć z głodu, oraz pub dla gejów z taką tęczową flagą przy drzwiach. Tam podobno przychodzą nie tylko geje, ale wszyscy chętni, by poznać sobie kogoś do pary. Dziś bycie gejem nie jest już niczym wyjątkowym, i mam nadzieję, że tzw. normalni dadzą im wreszcie spokój.
    Choć muszę przyznać, że nie podoba mi się pomysł, by dwójka ludzi tej samej płci wychowywała dziecko jako mamusia i tatuś. Mam wrażenie, że byłoby to ze szkodą dla dziecka. Ale może się mylę. Może jestem zbyt konserwatywny. Nie jestem pewien.
 
    We wtorek przedwczoraj zrobiliśmy sobie wolne, a wczoraj znów po raz trzeci pojechaliśmy do Londynu. Kupiliśmy sobie bilet autokarowy do Paryża na piątek 11-tą rano. Kosztował nas mniej, niż oczekiwaliśmy – 35 funtów od osoby. Będziemy jechać 7 godzin, krócej trochę niż promem, bo nasz autokar skorzysta z tunelu pod Kanałem La Manche. Start spod dworca Victoria, gdzie znajduje się obok Coach Station, czyli stacja dla autokarów.
    Po kupieniu biletów pojechaliśmy pod Pałac Buckingham, gdzie jest dużo zieloności, mnóstwo ludzi, i można zjeść kanapki na trawie. Następnie poszliśmy do niedaleko usytuowanych Muzem Historii Naturalnej i Muzeum Nauki. Rozczarowały mnie te muzea, ale może dlatego, że byłem już trochę tym wszystkim zmęczony. Więc udaliśmy się do kawiarni, gdzie wypiłem dużą gorącą czekoladę. Na cenniku były napisane dwie ceny: t/a oraz e/i. Ta druga cena jest nieco wyższa. Spytałem kelnerkę i dowiedziałem się, że ten pierwszy skrót to „take away”, a ten drugi to „eat in”. Wszystkiego człowiek się w końcu nauczy.
    W Londynie fajne jest to, że publiczne toalety są za darmo. A całkiem zadbane. Uważam, że to dobrze. U nas nie dość, że się płaci, to jeszcze są różne ceny: za głupie siku trzeba czasem zapłacić 2.50zł. Na pewno też Was czasem to irytuje, co?
    Natomiast umywalki w Anglii są dziwne, bo zamiast jednego mają zwykle dwa kurki. Z lewego leci gorąca woda, z prawego zimna. Służy to chyba oszczędności: zamiast regulować strumień należy nabrać wody do zatkanej umywalki i w tak zebranej wodzie należy umyć ręce. Trudno się do tego przyzwyczaić.
    Dziś kompletna laba, posypiałem prawie przez cały dzień. Zaraz idę spać, a jutro rano o 6-tej trzeba wstać, bo trzeba się spakować, zjeść śniadanie, przygotować kanapki, dojechać do Londynu, potem do tej Victorii, i przejść odprawę, która ma miejsce na godzinę przed odjazdem.
 
    Muszę Wam się przyznać, że cały czas bardzo dużo myślę. Ciągle nie wiem, jaki życie ma sens. Już wiem, że na pewno się opłaca dużo wiedzieć, dużo poznać, bo wtedy jest większa szansa, że pozna się i sens życia. Że się lepiej zrozumie, jak wieść satysfakcjonujące życie.
    Myślę tymczasem, że to życie jest jedyne, jakie jest nam dane. Podejrzewam, że warto tak żyć, by mieć z tego życia jak najwięcej satysfakcji. Na nic innego chyba nie warto liczyć. Tak myślę. Wszystko inne to gruszki na wierzbie.
    Ale na razie bardzo mało wiem. Wiem, że nic nie wiem! – jak by powiedział Sokrates. Jedyne, co napawa mnie optymizmem, to to, że życie staje się dla mnie coraz bardziej znośne (jest to zauważalne nawet z dnia na dzień!), że jestem coraz bardziej skuteczny w swych działaniach, i że coraz więcej rozumiem z tego, co mnie spotyka i otacza.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
11 sierpnia 2010

Londyn

    Dziś już mogę użyć dowolnych polskich literek, gdyż Achna (zwana też przez bliskich Pelą) posiada takowe w swych obu komputerach. Być może jest to kwestia edytora Word w polskiej wersji, albo ustawienia klawiatury. Na razie się na tym nie znam, jedynie stwierdzam z zadowoleniem, że klawiszem Alt prawym mogę wydobywać polskie literki.
 
    Do rzeczy. Wczoraj Robert z Zosią przewieźli nas do Peli. Po drodze zgarnęliśmy też Agnieszkę, która również mieszka w Basildon, ale w innym miejscu. I tak z Adrianną znaleźliśmy się u Peli, która wynajmuje typowy domek szeregowy w robotniczym miasteczku Basildon wraz z Wiktorią z Białorusi oraz inną dziewczyną o nieznanym mi imieniu, która gdzieś wyjechała ze swoim synkiem, i dzięki temu mam dla siebie ich pokój na piętrze. Adrianna śpi w pokoju Peli wraz z Pelą i Matysem – chłopcem z Polski dziewięcioletnim, którego Pela zabiera z Polski co roku z Grudziądza do siebie na miesięczny pobyt wakacyjny. Matys to bardzo rezolutny łobuziak, który ma tu bardzo dobrze, gdyż Pela i Zosia go rozpieszczają, jak jest on u jednej z nich, a do tego ma do zabawy Mieszka – syna Zosi, który jest prawie w tym samym wieku, bo ma 11 lat. Obaj się świetnie bawią razem, bo mają podobną wysoką inteligencję i podobne poczucie humoru, a do tego obaj uwielbiają grać na komputerze, i razem zgłębiają właśnie tajniki jakiejś kolorowej gry sieciowej o pingwinie, który ma do wykonania różne zadania, i za te zadania dostaje kasę, za którą może sobie urządzić wirtualne igloo wg własnego gustu.
    Ale wracając do czasu, gdy przylecieliśmy tydzień temu na Wyspy Brytyjskie i dojechaliśmy do Billericay, to ja leciałem na nos i podpierałem się rzęsami. Zosia dała nam wtedy obiad, potem gadaliśmy i oglądaliśmy tv, a Zosia cały czas narzekała, że jej mąż Robert nas unika¸ bo jest z natury nieśmiały, i jak kogoś nie zna, to woli mu schodzić z drogi. Potem, jak Robert wreszcie do nas przyszedł, to mówił tylko do Adrianny, a w moją stronę w ogóle nie chciał spojrzeć. Pewnie bał się drugiego samca. Ale ja znam takie zagrania, i już wcale się na to nie obrażam, tylko dla odmiany słuchałem go uważnie, i ile mogłem, wtrącałem się do rozmowy, chcąc udowdnić mu, że naprawdę nie mam najmniejszego zamiaru go pożreć ani wyrządzić innej krzywdy. I w ten sposób wreszcie się do mnie przekonał, i chyba mnie nawet polubił, zwłaszcza jak dowiedział się, że jestem ateistą, który nikomu nie chce zrobić krzywdy, bo po prostu kocha ludzi i otaczający go świat.
    Przypomnę, że Robert jest 60-letnim szczupłym, szpakowatym Anglikiem o poważnym wyrazie twarzy, który to wyraz czasem zostaje przerwany raptownym i nerwowym wybuchem śmiechu, jeśli Roberta coś rozbawi. Roberta najczęściej bawią kwestie wypowiedziane przez niego samego, które chwilkę wcześniej on wypowiada ze śmiertelną powagą. Więc byłem często zmuszony do odpowiadania mu sztucznym i wymuszonym śmiechem, gdyż nie zawsze rozumiałem, o co mu chodzi i co takiego powiedział śmiesznego.
    Ale pierwszego dnia głównie gadała z nami Zosia, która jest niezwykle serdeczna i gościnna, ale jednocześnie wymagająca. Dużo wymaga od Mieszka, ale i nam zwróciła uwagę na wiele spraw, co wolno, a czego nie wolno nam robić u niej w domu. Bardzo mi się to podobało, gdyż wszystko było jasne i nie było żadnej krępacji. Nikt nikogo nie zaskakiwał swoim zachowaniem i oczekiwaniami przez cały nasz tam pobyt.
    Wieczorem Robert wziął nas na spacer na stację kolejową w Billericay (wymawia się bilariki), gdzie dowiedzieliśmy się, że najlepiej nam będzie kupić travel card za prawie 16 funtów, z nią dojedziemy do Londynu, możemy poruszać się przez cały dzień metrem we wszystkich sześciu strefach i jeszcze wieczorem wrócić do Billericay z powrotem.
    Gdy wróciliśmy z tego spaceru do domu około 9pm (21.00) tutejszego czasu (trzeba zegarek przesunąć o godzinę do tyłu), położyłem się spać, uprzednio zażywszy moją połóweczkę Solianu (100mg). Tak, zmieniłem lekarstwo rok temu, gdy się okazało, że mam wysoki poziom cukru (125) i gdy skojarzyłem to z informacją, że Zolafren może źle działać na trzustkę zwiększając ryzyko cukrzycy. Wtedy zacząłem się rozglądać za innym lekiem, no i wpadł mi w łapy ten Solian, francuski lek przeciwpsychotyczny i przeciwdepresyjny. Oczywiście Solian ma też skutki uboczne, ale chyba poziom cukru mi się uspokoił i przestałem tak tyć, choć apetyt nadal mi dopisuje chorobliwy, zwłaszcza w nocy, co jest bardzo niezdrowe, bo nie mogę się wtedy powstrzymać przed zjedzeniem co najmniej dwóch kanapek.
 
    Pierwszej nocy Zosia przydzieliła nam z Adrianną jeden pokój, ale rano cały dom był zaalarmowany moim chrapaniem (chłopcy twierdzili rano, że ich budziłem kilka razy nawet tam na dole piętro niżej), i Adrianna się przeniosła na następne noce do chłopaków spać, bo mówiła, że nie idzie po prostu spać w jednym pokoju ze mną. Zresztą rzeczywiście musiała mnie kilka razy budzić pierwszej nocy, co chyba niewiele dawało, bo ja podnosiłem głowę mamrocząc „co, co, co?”, po czym kładłem głowę z powrotem na poduszkę, i zasypiałem znów pochrapując w najlepsze.

    Tak, podobno to moje chrapanie jest bardzo głośne, mówili mi koledzy na spływach w poprzednich latach. Włodek początkowo nie chciał spać ze mną w jednym namiocie, ale gdy nie pomogło przeniesienie się do drugiego namiotu obok, chłopcy poprosili mnie, bym rozbijał swój namiot gdzieś z dala na uboczu, a oni rozbijali swoje namioty na drugim końcu pola namiatowego. Tylko gruboskórny Baltazar (syn Józefiny) decydował się ze mną spać w namiocie, gdyż jego to nie obudziłby nawet czołg Rudy 102.
 
    No więc w środę zjedliśmy sami śniedanko (Zosia i Robert wyszli wcześniej do pracy), zrobiliśmy kanapki na drogę, i... w drogę! Poszliśmy z Adrianną na stację kolejową.
 
    Kurcze, jakaś zrobiła się u mnie pamięć nie tylko fotograficzna, ale i filmowa. Pamiętam wszystko jak na taśmie filmowej, i co ja mam Wam teraz opowiadać? Mam opisywać stację z kasą, ubikacją, reklamami, czekającymi na pociąg Anglikami? Mam opisywać widoki za oknem pociągu, który niewiele się różni od naszej SKM-ki, tylko jest bardziej elegancki? Mam pisać o tym, że nagle sobie zdałem sprawę, że zapomniałem swoich kanapek, co mnie bardzo przygnębiło, gdyż nie chciałem wydawać pieniędzy w Londynie na jedzenie podczas całego dnia, bo tam jest o wiele drożej, niż w Polsce?
    Przynajmniej jedzenie jest tam drogie. Bo ubrania całkiem czasem opłacałoby się kupić.
 
    Dojechaliśmy tą ich kolejką w pół godziny do Liverpool Street Station. Olbrzymie ilości ludzi. Przeszliśmy przez automatyczne bramki otwierane naszymi magnetycznymi biletami i znaleźliśmy się w wielkiej dworcowej hali, w której roiło się od różnych kas, biur podróży, sklepów i świetlistych reklam. Jest tam mnówstwo korytarzy, które prowadzą na zewnątrz do miasta, jak i do metra i na perony dalekobieżne.
    Takich wielkich dworców w Londynie jest kilka: Liverpool, Fenchurch, King’s Cross (gdzie Harry Potter wszedł na swój czarodziejski peron 9 i ¾), Victoria, i jeszcze pewnie ze dwa inne. One są bardzo do siebie podobne: tysiące ludzi, pociągi, metro, sklepy, kasy, sklepy, reklamy,ruchome schody i ruchome chodniki.
    Pierwsze, co zrobiliśmy z Adrianną, to zapamiętaliśmy miejsce – peron 13 – na który przyjechaliśmy, by wiedzieć, jak wrócić wieczorem do naszego Billericay. Następnie rzuciliśmy się w ten wielki wir ludzki, by odnaleźć odpowiednią linię metra. Tych linii metra jest wiele i wzajemnie się one ze sobą przecinają. Wybraliśmy chyba Circle Line, i już mknęliśmy metrem na Victoria Station. Tam chciałem poszukać możliwości dostania się do Paryża, gdyż za kilka dni jedziemy z Adrianną do tej drugiej wielkiej stolicy europejskiej.
    Na Victorii znów to samo: tłumy, tłumy, hale i korytarze. Adrianna miała jeden banknot 20-funtowy nieaktualny, więc w punkcie wymiany pieniędzy za 50p (pół funta) wymieniliśmy go na nowy, aktualny banknot. Wyszliśmy na ulicę, na której pierwszy raz zobaczyliśmy prawdziwe miasto: piętrowe czerwone autobusy, stylizowane na retro czarne duże jednakowe taksówki, no i oczywiście ludzie z parasolami, bo a jakże, jak to w Londynie, musiał nas przywitać siąpiący kapuśniaczek.
    Zaczęliśmy szukać dworca autokarowego. Zygfryd mi mówił w Polsce, że do Paryża możemy się dostać albo tanim samolotem (zrezygnowałem, bo samoloty chcę ograniczyć do minimum), albo szybkim pociągiem TGV (bardzo drogi, ponad 80 funtów zazwyczaj, zależy od dnia i godziny), albo autokarem. Wymieniona przez Zygfryda firma autokarowa nazywa się Euroline, i Adrianna zaraz wypatrzyła biuro tej firmy. Tam dowiedziałem się od antypatycznej Murzynki, która udawała, że nie rozumie mojego angielskiego (może i dukam, ale tylko głupi by mnie nie zrozumiał), że jeśli kupimy bilety dwa dni przed wyjazdem, to cena za jeden wyniesie tylko 55 funtów, zamiast 65.
    Przypomnę, że 1 funt to około 4.80zł. Czyli trochę to kosztuje, jak widać. Odnaleźliśmy Coach Station, gdzie wszystko obczailiśmy, jak będziemy wsiadać, by potem na ostatnią chwilę nie szukać autokaru, punktu odprawy itp.
 
    Nie będę już dzisiaj Wam opisywał, co zwiedziliśmy w Londynie ze szczegółami, choć wszystko to mam w głowie. Po prostu spać mi się już chce (o, minęła północ, czyli w Polsce pierwsza w nocy), i będę powoli kończył na dzisiaj. Powiem tak: pierwszego dnia w środę jeździliśmy dużo metrem, raz przejechaliśmy się piętrusem, by z góry pooglądać ulice, zrobiliśmy spacer wzdłuż Tamizy aż do Tower Bridge (to ten słynny most zwodzony z widokówek), który stoi nieopodal London Tower, czyli takiej twierdzy, która kiedyś byla więzieniem i był w niej więziony Oscar Wilde za homoseksualne uwiedzenie syna jakiegoś wysoko postawionego gościa. Oscar Wilde napisał wtedy w tym więzieniu „Balladę o więzieniu w Reading”, o ile dobrze pamiętam. Myśmy z Adrianną drugi raz pojechali do Londynu w piątek, w czwartek robiąc sobie odpoczynek, i w piątek zwiedziliśmy to zamczysko, i dużo by opowiadać.
    Wróćmy do środy. Więc na zakończenie naszego długiego spaceru po Londynie poszliśmy do Harrodsa, gdzie jest niesamowicie elegancko, ale ceny tam mają bajońskie. Na przykład sukienki, komody i wielkie łóżka są po kilka tysięcy funtów sztuka. A zwykła stojąca lampa do salonu za swój niepowtarzalny styl i charakter – 400 funtów. Ale naprawdę warto tam pójść, gdyż ma się wrażenie, że się jest na planie serialu „Dynastia”. Jak człowiek pobędzie trochę w takim otoczeniu, to zaczyna się zastanawiać, czy to aby normalne tak żyć w swoim szarym, zwyczajnym, przeciętnym mieszkaniu. Może to Was zdziwi, ale wydaje mi się, że mnie to odświeżyło. Pomyślałem sobie, że może mógłbym trochę pogłówkować, jak uczynić moje mieszkanie bardziej eleganckim i reprezentacyjnym. Tak, bardzo popieram chodzenie po drogich i eleganckich sklepach, nawet jeśli samemu nie jest się zbyt bogatym.
    W Tower jest kilka muzeów z filmami o Królowej, wystawami insygniów królewskich, militariów, narzędzi tortur, i mnóstwa innych historycznych gadżetów. Można nawet na urządzeniach interaktywnych poćwiczyć walkę mieczem czy dzierżenie ciężkiej tarczy. Zwiedzenie tego wszystkiego zajęło nam kilka godzin. Potem pod wieczór złapaliśmy autobus 15 (oczywiście piętrus, a my na górze!), który obwiózł nas po znanych miejscach: Trafalgar Square z kolumną Nelsona, i Piccadilly Circus, by dojechać do Hyde Parku, gdzie zjadłem sobie na trawie na zakończenie dnia tym razem zabraną kanapkę. W Hyde Parku jest takie miejsce w jego rogu, gdzie przychodzą różni nawiedzeni ludzie podbno i gadają do przechodniów wszelkie głupoty, jakie im przyjdą do głowy. Mogą ponoć powiedzieć wszystko, byleby nie obrazić Królowej.
    No cóż, teraz to nie jest już takie niezwykłe. Ja na przykład też mogę w swoim blogu napisać wszystko, co mi się podoba, byleby nie być zbyt wulgarnym czy niesmacznym dla otoczenia. Czasy się zmieniają. Nadchodzi era wolności słowa. Nie omieszkałem zresztą z tego ostatnio skorzystać. Otóż pojawił się w necie na kilku stronach ostatnio taki artykuł „Myślenie o Bogu zmniejsza stres”. Między innymi na Wirtualnej Polsce. Zabrałem na forum pod tym artykułem głos, po raz drugi w życiu się odważyłem. Ponieważ dostałem odpowiedzi, więc zapraszam Was do odwiedzenia tej strony: http://www.kobieta.wp.pl/kat,49400,title,Myslenie-o-Bogu-zmniejsza-stres,wid,12548718,wiadomosc.html
    Zatytułowałem swoją opinię o powyższym artykule tak: „Czy słyszeliście o wirusach umysłu?” Łatwo znajdziecie, zajrzyjcie do środka, trochę się tam powymądrzałem jako „Racjonalista”, trochę mi tam poodpowiadali. Muszę powiedzieć, że coraz większą mi frajdę sprawia zabieranie głosu na forum publicznym. Coraz mniejszego mam stracha z tym związanego.
 
    Fajnie, że i na naszej stronie pojawiła się możliwość dawania komentarzy. Na razie mogą komentarze dawać tylko zarajestrowani użytkownicy strony, ale dobre i to. Już się nie mogę doczekać pierwszego komentarza do mojego bloga. Nie obawiam się go, choćby miano mnie w nim zwymyślać i obrazić. Z jednej strony jestem łasy na opinie innych osób, z drugiej wydaje mi się, że jestem już na nie odporny. To też jest chyba oznaka zdrowienia, nie sądzicie?
    A jakby ktoś mi napisał, że ględzę, to bym się nie zdziwił. Wiecie, ja się teraz specjalnie nie zastanawiam, ani sobie nie planuję, co napisać. Po prostu mam zamiar siadać na tyłku i pisać, co mi do łba samo przyjdzie. Mam po takiej sesji takie samo uczucie przyjemnego wypłukania się, jak po wizytach u mojej pani psycholog, do której od dwóch lat chodzę co tydzień na godzinkę, i jestem z niej bardzo zadowolony. Ona świetnie umie słuchać, ta pani Edyta, jak mało kto.
 
    No to dobranocka. Życzę Wam przyjemnych snów, i do usłyszenia niebawem.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
9 sierpnia 2010

Obywatel Swiata

    Od wtorku (tydzien temu) jestem juz w Anglii. U moich gospodarzy mam do dyspozycji internet, niestety jednak nie ma tutaj poskich liter prócz o kreskowane, czyli „ó”. Wybaczcie zatem, ze niektóre literki beda pozbawione swoich akcentów i ogonków.
    Moga sie tez zdarzyc bledy ortograficzne, gdyz nie mam tutaj slownika polskiego, ktory by podkreslal na czerowno moje byki. Ale nie sadze, by bylo ich zbyt duzo.
 
    W piatek ponad tydzien temu bylem, jak juz wspomnialem, na imprezie w Dworku Sierakowskich z okazji 5-lecia teatru Lustra Strona Druga. Wzialem ze soba Marusie.
    Impreza bardzo sie udala. Szczególna przyjemnosc sprawilo mi to, ze bardzo wiele osob mnie poznalo i sie ze mna przywitalo. Chyba ze 25 osob. Nawet nie zdawalem sobie sprawy, ze tyle osob przewinelo sie przez moje zycie podczas tej krotkiej, trwajacej rok przygody z LSD.
    Bylo wiele atrakcji: koncert didgeridoo (to taka tuba wystrugana z drewna, na której sie buczy na dwóch, trzech niskich tonach), na jakims innym indyjskim instrumencie strunowym, ktory tak pobrzekuje przeciagle, byl tez pokaz slajdow z naszej dzialalnosci, ktory mozna bylo sobie w dowolnym momencie poogladac w zaciemnionej sali (ja tez bylem na paru slajdach – musze sobie skombinowac te zdjecia do mego archiwum). Alicja Mojko opowiadala przy swoim pokazie slajdów o swych dalekich wschodnich podrozach i o wielu spotkanych osobach, zazwyczaj byli to guru roznego typu medytacji. Ja osobiscie jestem przeciwnikiem medytacji, goraco Was przed tym przestrzegam, nawet jesli wmawiaja Wam, ze to uspokaja itd. To pozornie uspokaja, bo jest to de facto karmienie swojego wirusa mentalnego (jesli sie go ma), o czym jeszcze opowiem w przyszlosci dokladniej.
    Byl tez spektakl w obecnym skladzie LSD (ze znanych mi osob – Pawel, Bujka, Adelojda i Adam, rezyseria – Maciej Gorczynski, moj imiennik). Spotkalem m.in. Basie, na ktorej warsztaty literackie chodzilem ponad rok temu i które sobie wtedy bardzo chwalilem, ale juz chyba wyroslem z warsztatów, bo nie czuje obecnie na to zadnej ochoty, choc Basia daje czasem znac o kolejnych spotkaniach. Poza tym jest to dla mnie troche za drogie. Poczatkowo placilem za 5-godzinne warsztaty 40zl, ale teraz podrozalo to u Basi dwukrotnie. Musze oszczedzac, bo zyje obecnie tylko z renty 650zl (po powrocie z wakacji musze isc na komisje ja odnowic – bardzo sie boje lekarza orzecznika) i z oszczednosci, ktore ubywaja, nie da sie ukryc, i musze zaczac powoli myslec o podjeciu jakiejs pracy zarobkowej, ale mam jeszcze ze dwa-trzy lata luzu na podreperowanie zdrówka. Mam tu na mysli te cholerna schizofernie, ktora zagniezdzila sie w moim umysle przez glupote moich rodziców, no ale skad oni mieli wiedziec, by mnie nie wysylac do tego zwariowanego katolickiego przedszkola, gdy mialem 3 latka i bardzo cieply i mieciutki mozdzek, w sam raz na taka religijna indoktrynacje.
    Spotkalem tez na rzeczonej imprezie Alinke, ktora wystepowale tez ze swoim zespolem z piosenkami ukrainskimi. Marusia wysluchala tego koncertu, ale potem orzekla, ze te piesni nie byly ukrainskie, bo ona nic nie zrozumiala, tylko chyba to bylo po rosyjsku. Potem, jak Alinka dowiedziala sie, ze Marusia jest z Ukrainy, to zapalala wielka checia spotkania sie z Marusia w celu przeprowadzenia konsultacji, ale jakos do tego spotkania potem nie doszlo. W kazdym razie ja bardzo lubie Alinke, bo ona jest wybuchowa jak bomba, to znaczy jest to dziewczyna (26 lat) z rozmachem, niemal zawsze podekscytowana tym co mówi, uzywa podniesionego glosu i zamaszystej gestykulacji.
    Postawilem Marusi kawe, a sam zamowilem tonic z lodem. Do tego byly roznoszone darmowe kanapki, które bardzo nam smakowaly.
    No, to tyle o tej imprezie. Marusia ogólnie byla bardzo zadowolona, a do tego kupila sobie potem w niedziele na rynku lampe naftowa i kilka talerzy na sciane. Mowila, ze umie sie targowac, bo zaplacila doslownie jakies grosze. Na przyklad lampe kupila za 5zl.
 
    Teraz juz przechodze do mojego wyjazdu, na którym obecnie jestem, i bardzo zaluje, ze nie pisalem na biezaco od wtorku, bo mialem taka mozliwosc, komputer caly czas byl dostepny, tylko mi sie jakos nie chcialo. Ale mam nadzieje, ze nadrobie straty.
    Tak naprawde to zaczalem sie na ostro przygotowywac dopiero w poniedzialek (tydzien temu), dzien przed wyjazdem. Zawsze wszystko, co nieprzyjemne, odwlekam ile sie da. A mialem duzo do roboty. Przede wszystkim trzeba bylo posprzatac chociaz troche chalupe, poniewaz poprosilem moja sasiadke z dolu, by co 6 dni przychodzila do mojego mieszkania i podlewala mi kwiatki. Uwierzcie mi, bez zrobienia troche ladu wstyd byloby wpuszczac w me progi kogokolwiek.
    Tak wiec odkurzaczem przejechalem po wszystkich katach zbierajac mnostwo walajacych sie „kotów” z kurzu, a nawet pajeczyny, ktore na dobre zadomowily sie prawie wszedzie pod sufitem. Zrobilem tez wczesniej pranie wszystkich moich rzeczy, by miec swobodny wybór tego, co zabiore ze soba w podróz. A wybór mialem bardzo ograniczony, gdyz do samolotu (jejku, jak ja sie go boje) mozna zabrac tylko taka mala walizeczke 55x40x20cm, do której za wiele nie wejdzie. Tylko to mozna przy sobie miec, zadnych dodatkowych siatek czy torebek. Bagazu dodatkowego, który zabieraja gdzies do luku bagazowego, nie chcialem miec, gdyz jest to bardzo drogie. A wyjazd tylko na trzy tygodnie, to da rade z tym, co wejdzie do tej walizeczki.
    Te walizeczke to pozyczylem od Zygfryda, który obiecal, ze jesli mi jej gdzies nie dostanie nowej (oni z zona czesto jezdza po tych wielkich supermarketach), to pozyczy wlasna. I tak sie wlasnie stalo. Bardzo fajna ta jego walizeczka, wszystko ladnie sie pomiescilo (trzy pary majtek i skarpetek, i koszulek pare z dlugimi i krótkim rekawkami, i inne drobiazgi). Jest dodatkowy warunek, ze wszystko to ma wazyc nie wiecej niz 10kg. Skad ja wezme wage? – zaczalem sie zastanawiac. Zygfryd mi podpowiedzial, ze maja odpowiednie wagi na poczcie. Po spakowaniu sie okolo 18-tej w poniedzialek poszedlem z moja walizeczka na kólkach na poczte, jakies 10 minut drogi od domu. Zaczal padac deszcz, wiec chowalem walizeczke pod parasolem, by nie namokla, bo wtedy waga przeciez bylaby wieksza od prawdziwej. Trudno tak bylo niesc walizeczke pod parasolem, tym gorzej, ze ma ona takie fajne kóleczka, na których fantastycznie sie to ciagnie po chodniku. Niestety przez ten deszcz musialem to niesc za raczke.
    Na szczescie na poczcie, gdy mila pani zwazyla mi uprzejmie moja walizeczke, okazalo sie, ze calosc wazy raptem 7,6kg. Czyli ponad dwa kilogramy moglem jeszcze do srodka wpakowac. Ucieszylem sie, bo zabralem jeszcze wiec kurtke przeciwdeszczowa, która w Anglii, bo tam sie wybralem, jest bardzo na miejscu. Do tego przewodnik turystyczny, który jest dosc obszerny, i przez to ciezkawy.
    Do godziny 23-ciej zdazylem wszystko posprzatac, kwiaty przeniesc do kuchni i przygotowac, ogólnie byc gotowym niemal do wyjscia. I polozylem sie spac. No i klops. Bylem tak podekscytowany, ze nie dalo rady zasnac. Nie spalem cala noc. Nic dziwnego – z wyjatkiem tego Drezna 2 miesiace temu nie bylem juz za granica wiele lat, chyba z trzynascie. Do tego dochodzil ten samolot, którego piekielnie sie balem. Dwa lata temu, gdy teatr LSD lecial do Liverpoolu na festiwal teatrów niezaleznych, nie polecialem z nimi miedzy innymi dlatego, ze sie okropnie balem fruwac. No ale troche mi teraz przeszlo, i juz sie zdecydowalem na obecny lot.
    Wiem jako matematyk, ze statystycznie prawdopodobienstwo wypadku lotniczego jest bardzo male, ale na moja wyobraznie bardzo dzialaja te wszystkie komunikaty o rozbitych samolotach, bo przeciez o tym, ze samolot dolecial na miejsce nikt nie mówi, natomiast o wypadku zawsze o tym slyszymy. Poza tym jak juz lece, to przeraza mnie to, ze pod moimi stopami jest tylko podloga samolotu, a pod ta podloga juz tylko kilka tysiecy metrów czystego powietrza.
    Tak wiec z przejecia nie moglem w ogóle zasnac, i wyobrazcie sobie, ze nie spalem ani chwileczki.
    Wiec o jakiejs czwartej nad ranem wstalem z lózka i zrobilem sobie goraca kapiel. Potem sniadanko, herbatka, i zaczalem sprawdzac liste wszystkich czynnosci, które sobie wczesniej wypisalem. Musicie wiedziec, ze cierpie ciagle na natrectwa, choc one sie zmniejszaja sukcesywnie, i mam sporo zachodu ze sprawdzaniem mieszkania, zanim w ogóle gdzies wyjde na miasto. A co dopiero przed takim wyjazdem trzytygodniowym. Lista spraw jest niezbedna, by wedlug niej wszystko zalatwic jak nalezy.
    Z walizeczka kolejka SKM pojechalem do Wrzeszcza, gdzie mieszka Hilary z Józefina, i gdzie spala Adrianna, z która ten wyjazd zaplanowalismy. Samolot mial startowac o 9.50, chcialem dojechac na lotnisko dwie godziny wczesniej, gdyz kupilem bilety przez internet w tanich liniach lotniczych Ryanair i dokonalem odprawy on-line przez internet. Przez to nie bylem pewny, czy wszystkie dane wpisalem prawidlowo i chcialem miec czas, gdyby byla konieczna odprawa zwyczajna, która kosztuje dodatko chyba okolo 10 euro.
    Pojechalismy autobusem o 7.38. Wszystko wedlug planu, mialem obmyslone jak w zegarku. Nie chcialem jechac taksówka, gdyz Adrianna slabo sie orientuje w terenie (kiedys zgubila sie w Sopocie), i postanowilem sobie uczyc ja na tej wycieczce, jak sobie ze wszystkim radzic, jesli chodzi o przemieszczanie sie i podróze. Ona nienawidzi studiowac mapy, co ja uwielbiam, i co jakis czas teraz zmuszam ja to podejmowania decyzji, jak jechac, a to wymaga przestudiowania przez nia mapy, która ja jej wreczam. Na przyklad poruszanie sie londynskim metro to dla niej wielka sztuka, staram sie jej w tym nie wyreczac, tylko podaje mapke metra, i masz – decyduj, babo. Ona tego bardzo nie lubi, ale to jej wyjdzie na zdrowie. Ona ma glowe do zawilosci literackich, konstrukcji dziela literackiego, sposobów narracji itd., ale w terenie staje sie bezbronna jak zajac na Antarktydzie.
    Gdy dojechalismy do lotniska w Rebiechowie i kupilismy sobie pól-litrowa butelke wody zrodlanej za 8zl w holu budynku lotniska, jacys uzbrojeni faceci zaczeli ustawiac kolo nas barierki. Ja chcialem spytac o cos pania za lada i przekroczylem barierke nie wiedzac, ze oni beda bardzo na mnie zli. No i mnie ze zlymi minami przegonili. Az sie przestraszylem, ze poprosza mnie o dokument czy cos, ale ja naprawde nic groznego nie widzialem, wiec zlekcewazylem barierke.
    Spojrzalem na wielka swietlna tablice nad odprawa, i tam bylo napisane „Odprawa”. Ale po chwili zapalil sie nowy napisa „Check-in”. Spójrz – zawolalem do Adrianny – musimy sie spieszyc, przed chwila byl napis „Odprawa”, a teraz jest juz faza „Check-in”. Wtedy Adrianna mnie uspkoila, ze check-in to po angielsku wlasnie znaczy odprawa, czego nie znalem, wiec sie uspokoilem.
    Stalismy sobie w kolejce, gdy po chwili sie okazalo, ze oglaszaja na calym lotnisku alarm bombowy. „Uwaga, ewakuacja, uwaga, ewuakuacja! Prosimy pasazerów o szybkie opuszczenie budynku i udanie sie na pobliski parking” – cos w tym rodzaju powiedzial meski glos z glosnika, a uzbrojeni mezczyzni i kobiety zaczeli nas kierowac na zewnatrz. Okazalo sie potem, ze jakas gapa zostawila swój bagaz bez opieki i dlugo sie nie zglaszala. W takich wypadkach jest alarm bombowy, bo sluzby obawiaja sie, ze w bagazu jest bomba, która zastawil jakis zamachowiec. Wiec pognali nas hen jakies 200 metrów od lotniska, a wlasnie zaczal padac deszcz, wiec okrylem moja walizeczke ta kurtka ortalionowa, zeby mi sie waga walizeczki nie zwiekszyla, bo Zygfryd mnie ostrzegal, ze nie tylko beda mierzyc wymiary walizeczki, ale tez i jej wage. A waga mojej walizeczki mogla juz dochodzic grubo ponad 9kg.
    Po jakiejs pól godzinie adwolali alarm. Nie wiem, czy sie znalazl wlasciciel pozostawionego bagazu, czy tez musieli to wysadzic gdzies w powietrze. W kazdym razie pozwolono nam znów stanac w kolejce do odprawy.
    Zaczalem sie bardzo denerwowac, gdy nadeszla nasza kolej. Pani z pistoletem przy spodniach i w moro kazala mi wszystko wyjac z kieszeni i polozyc na gumowej tasmie przesuwajacej sie w strone bramki. Wczesniej pojechala moja walizeczka, w której nie bylo zadnych plynów, ale byla pasta do zebów i jakies lecznicze masci, bo jakies swinstwo wyskoczylo mi na lewej stopie i musze to wyleczyc. Balem sie, ze zabiora mi te wszystkie tubki, bo myslalem, ze nie mozna tego tez zabierac, podobnie jak plynów. Ale okazalo sie,  ze tubki z masciami nie wzbudzily sprzeciwów kontrolerów sluzby granicznej.
    Wyjalem z kieszonki dlugopis i polozylem w pudelku na stojacej tasmie. „Czy ma pan cos jeszcze w kieszeniach?” – spytala pani z pistoletem. „A portfel tez?” – odpowiedzialem pytaniem na pytanie. „Prosze wyjac wszystko” – zaznaczyla celniczka. Polozylem portfel bardzo zdenerwowany. „Czy to wszystko?” – padlo kolejne pytanie. Zastanowilem sie. „A telefon komórkowy tez?” – spytalem z glupia frant. „Powiedzialam wszystko!” – chyba zaczalem ja wyprowadzac z równowagi. Wiec goraczkowo zaczalem badac zawartosc moich kieszeni, by juz skonczyc z nia ten dialog, który wynikal z ogromnej paniki, w która popadlem biedny.
    Potem ja sam musialem przejsc na bosaka przez taka duza bramke dla ludzi, a buty pojechaly na tym gumowym pasie. No i oczywiscie moja bramka zawyla piskiem. Tu juz czekal na mnie uzbrojony po zeby pan. „Ma pan cos metalowego przy sobie?” – spytal podejrzliwie. Nie! Nic nie mialem metalowego! „To moze nie zdjal pan paska?” – zasugerowal mezczyzna. Tak, okazalo sie, ze nie zdjalem z siebie paska, który mial metalowa sprzaczke. Pani z pistoletem zza moich pleców wykrzyknela: „A mówilam panu, by zdjal pan pasek, jesli pan ma”. Widocznie z przejecianie uslyszalem. Byla naprawde wkurzona na mnie, i musialem wzbudzic ich podejrzliwosc, gdyz uzbrojony pan zaczal mnie dokladnie obmacywac, a ja musialem podniesc rece do góry i rozstawic szeroko nogi, by jego dlonie dotarly wszedzie tam, gdzie móglbym ukryc sztylet albo jakas grozna palke.
    Uff, odprawa sie skonczyla, i szczesliwie z Adrianna znalezlismy sie w kolejce do sprawdzania biletow. To tez troche potrwalo, ale opóznienia mielismy tylko 20 minut, jak sie okazalo, wiec nie bylo zle.
    W samolocie byla z setka ludzi, bardzo ciasno towarzystwo bylo upakowane. Wyslalem jeszcze po zajeciu miejsca maila do Zygfryda, który pojechal do Zakopanego z zona i prosil mnie o czeste dawanie znaków zycia. Wylaczylem komórke i obserwowalem, co sie dzieje.
    Steward i stewardessa ladnie sie usmiechali pomagajac ludziom zapakowac nad siedzeniami wszystkie walizeczki, po czym samolot wycofal sie na wstecznym i ruszyl do przodu. Pamietam taka scene z filmu „Wniebowzieci”, jak Maklakiewicz mówi szeptem do Himilsbacha w rozpedzajacym sie samolocie: „Nie moze sie oderwac”. Nachylilem sie do Adrianny i wykrztusilem to samo, ale jednak samolot sie oderwal i pofrunelismy do Anglii.
    Adrianna zabawiala dwójke sasiednich malych dzieci niezbyt skomplikowana rozmowa, a ja patrzylem przez okienko, czy aby nie spadamy jeszcze. Jednak samolot sie caly czas podnosil wydajac niepokojace dzwieki, po czym sie ustabilizowal, a niepokojacy dzwiek ucichl, i tylko bylo slychac spokojny szmer równo pracujacych silników.
    Nad woda miedzy Anglia a Europa samolot znizyl lot i zobaczylem przez okienko wode. Cudowny widok. Od tej pory chmury pod nami byly rzadkie, i do ladowania moglem obserwowac, jak pojawiaja sie lasy, laki i zabudowania. Bylem wzruszony. A wiec po raz drugi znalazlem sie w Wielkiej Brytanii. Pierwszy raz bylem tu na studiach, w czasie wakacji po trzecim roku pojechalem zarobic troche kasy. Bylem wtedy trzy bite miesiace w samym Londynie. Tym razem czekal mnie 10-dniowy pobyt pod Londynem.
    Ladowanie samolotu odbylo sie spokojnie. Samolot zwolnil, wypuscil flapy i bardzo powoli osiadl na plycie lotniska. W momencie zetkniecia sie kól z podlozem dalo sie poczuc gwaltowne szarpniecie, i juz sunelismy coraz wolniej po pasie. Cudowne uczucie byc znowu na ziemi! Rozlegla sie w kabinie taka smieszna trabka jak wesole wezwanie kawalerii do boju, czulem sie tak, jakby pilot wykrzyknal „Bingo!”, i rozlegly sie oklaski pasazerów. Juz pare razy latalem, i nigdy nie rozumialem tych oklasków. Zupelnie, jakby wyladowanie bylo czyms nadzwyczajnym. No, ale moze to juz jest taki zwyczaj, bo moze podswiadomie wszyscy sie troche boja tego latania.
 
    Bardzo dlugo szlismy korytarzem, zanim doszlismy do wyjscia z budynku. Tu juz miala na nas czekac Achna, ale ona z kolei czekala na nasz telefon, na który ja nie wpadlem. Wiec tak czekalismy na siebie z pól godziny, az ona zadzwonila, dowiedziala sie, ze czekamy przy ulicy dojazdowej, i po nas podjechala, schowana wczesniej za rogiem. Szybko musielismy wsiadac, bo tam nie wolno sie zatrzymywac, wiec nawet sie nie przywitalismy, tylko wskoczylismy do jej Skody i juz mknelismy na spotkanie z Obczyzna.
 
    Pamietam, jak w liceum pierwszy raz uslyszalem slowo „kosmopolityzm” i „kosmopolita”. Strasznie mi sie spodobalo. Od razu uznalem, ze ja nie jestem zadnym patriota, tylko kosmopolita. Nigdy nie podobalo mi sie, ze na swiecie sa granice i ludzie sie od siebie separuja pod wzgledem swojej narodowsci. Te wszystkie wojny i konflikty z innymi krajami, to podsycanie nienawisci i fobii do ludzi z innych krajów zawsze wydawalo mi sie niedobre i nie dla mnie. Kosmopolita znaczy obywatel swiata. Uwielbiam sie tak czuc. Nigdy za wiele nie moglem podrózowac po swiecie z przyczyn ekonomicznych, ale zawsze to uwielbialem. Zamierzam w przyszlosci zwiedzic caly swiat. Moim marzeniem jest pomieszkac gdzies poza Polska przez dluzszy okres czasu, zeby naprawde poczuc klimat tego innego kraju i nauczyc sie perfect jakiegos obcego jezyka. Bo ja nie potrafie uczyc sie jezyka w Polsce. Idzie mi jak po grudzie. Najlepiej sie ucze na miejsce. Jestem juz tutaj raptem niecaly tydzien, a jak sie juz rozgadalem po angielsku z Robertem - mezem Zosi (imie zmienilem). Robert to rodowity 60-letni Anglik, a Zosia to Polka – siostra Achny. Jeszcze mieszka tutaj trzecia ich siostra – Agnieszka . Ale jej nie widzialem. Co prawda przyjechalismy tutaj do Achny, która mieszka w Basildon, ale ona na razie nie mogla nas przyjac, wiec odwiozla nas do Zosi, która mieszka z o wiele od siebie starszym Robertem w Billericay. Obie te miejscowosci sa polozone jakies 40 km na wschod od Londynu.
    Goscina u Zosi w Billericay byla bardzo przyjemna, moze jutro o niej opowiem, i o naszych wycieczkach dotychczasowych do Londynu. Ale to juz opisze na komputrze Achny w Basildon. Dzis sie tam przenosimy – Zosia z Robertem nas tam odwioza. Zabiora za to stamtad Mieszka – syna Zosi z poprzedniego zwiazku. Mieszko ma 11 lat, jest w Anglii od trzech lat i swietnie juz mówi po angielsku. Zazdroszcze mu. On juz jest dwujezyczny.  Ja ciagle jestem jednojezyczny, a po angielsku, francusku i rosyjsku umiem tylko szczatkowo, bardzo slabo. Jestem wiec Obywatelem Swiata, ale bardzo ulomnym. Jak na razie z niewielka czescia ludzkosci tak naprawde moge sobie swobodnie pogadac.
    Ale mam przed soba wlasnie kolorowa mape swiata nalezaca do Mieszka. Jest baaardzo kolorowa. Postanowilem, ze w ciagu calego zycia, które mi jeszcze pozostalo (a 1-go pazdziernika skoncze 45 lat), porzadnie zwiedze moja Planete. Bo z pewnoscia jest tego warta.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
30 lipca 2010

Młody Byron

    Jestem dosyć podekscytowany, bo oto przed chwilą, a jest w tej chwili godzina 3:08:47 dnia 30-go lipca Anno Domini 2010, czyli noc i ciemno, uświadomiłem sobie, czy też przyszło mi do głowy, jak może działać ta niesamowita świadomość wyprodukowana przez jakikolwiek mózg ludzkiego gatunku.
    Jestem w trakcie czytania artykułu o świadomości w czasopiśmie Świat Nauki, numer listopadowy 2007. Łatwo go znajdziecie, jeśli ruszycie swoje szanowne tyłeczki i udacie się do pobliskiej czytelni, gdzie jest niezerowe prawdopodobieństwo, iż czytelnia Wasza jest w posiadaniu archiwalnych numerów tegoż czasopisma.
    Ale jak już pewnie się kiedyś zwierzałem w moim biednym, zapuszczonym blogu, mam niejakie trudności z czytaniem nie swoich wypocin, więc artykuł powyższy jest tylko pretekstem do intensywniejszych z mojej strony wysiłków umysłowych na temat rzeczonej świadomości.
 
    Niestety Was rozczaruję, i w tym momencie nie zdradzę, co też mi przyszło do głowy na temat świadomości, gdyż noszę się właśnie z zamiarem wznowienia pisania mojego biednego i zapuszczonego bloga, i myśl wspomniana tylko dodała mi skrzydeł, usunęła co chwila pojawiające się wątpliwości, czy aby jestem już na siłach i w mocy znów podźwignąć trud spisywana swoich przeżyć i przemyśleń na bieżąco, co kilka dni raptem, a może i częściej.
    Tak więc proszę, obejdźcie się smakiem, na razie jednakże powiadam, gdyż temat ten jest niewiarygodnie ciekawy i wart omówienia, ale wybaczcie, nie dziś, nie teraz, kiedy będę usiłował jakoś zgrabnie nawiązać do przeszłości i teraźniejszości, by jakoś tak z wdziękiem i pod pozorem niezbyt długiej przerwy nawiązać wątek tego biednego bloga, by się wkręcić niepostrzeżenie i bez wszelakich podejrzeń uśpionych i lekko zdezorientowanych czytelników, wkręcić mianowicie w świadomości i umysły osób czytających te słowa.
 
    Nie, jednakowoż coś zdradzę. Otóż jestem gorącym orędownikiem determinizmu zdarzeń, przynajmniej determinizmu makroskopowego, jak bym go nazwał, to znaczy determinizmu na poziomie wymiarów bliskich ciału człowieka, a nie na poziomie cząstek elementarnych typu elektron (definicja cząstek elementarnych trochę się zmieniła, ale niegdyś elektron był za taką cząstkę uważany), gdzie być może ma miejsce determinizm kwantowy, ale który właściwie trudno w ogóle czystym determinizmem nazwać.
    Nie, chodzi mi o determinizm częściowy, to znaczy o pogląd, że my, ludzie, nie mieliśmy żadnego wpływu na to, co się wydarzyło w przeszłości, ani nie mamy wpływu na to, co ma się wydarzyć w przyszłości. "Co ma być, to będzie, co się stało, to się nie odstanie".
    Pogląd ten kłóci się z silnym odczuciem wielu ludzi, że oto ich decyzje, które mają oni w swoich świadomościach, zależą od ich, ludzkich widzimisie na przykład. Świadomość mojej wolnej woli jest tak silna, że doprawdy trudno mi uwierzyć w jakikolwiek determinizm, nawet makroskopowy. Moja samoświadomość pozwala mi ułożyć takie oto proste pytanie, że skoro wszystko jest zdeterminowane, to po co do cholery mi ta świadomość podejmowania decyzji. Czyżby było to oszustwo spłatane nam przez naszą mateczkę Ewolucję?
    Jaka jest rola świadomości, jeśli nie taka właśnie, by od naszych decyzji przyszłość zależała?
 
    Otóż zdradzę tymczasem, że myśl, która mnie oświeciła przed jakąś godziną, pozwoliła mi odetchnąć z ulgą. Wydaje mi się, że już potrafię określić z grubsza hipotetyczną rolę zjawiska zwanego świadomością, i pogodzić tę rolę z determinizmem, co do którego jestem chyba najbardziej przekonany, jeśli chodzi o mój zbiór wszystkich moich przekonań. I o tym postaram się w przyszłości opowiedzieć, podzielić się spostrzeżeniami. Ale nie dziś, ani jutro, tylko dopiero wtedy, gdy znów poczuję, że pisanie tego bloga jest moją naturalną czynnością życiową. Nie prędzej.
    Zresztą już dawno obiecałem, że się podzielę moimi rozważaniami dotyczącymi domniemanymi wirusami umysłu, jak one powstają w naszych głowach, i jaki jest ich związek z różnymi religiami panującymi nad różnymi częściami świata. Tak, to też trzeba będzie omówić, a wszystko to się ze sobą wiąże, więc warto to opowiadać w jakimś logicznym powiązaniu ze sobą, i w logicznej kolejności. Uff...
 
    Będzie to co musi być
    Wsłuchaj się w pierwotny rytm
    Zsynchronizuj z Ziemią puls
    Zdarzeń nie przyśpieszy nic
 
jak śpiewa właśnie u mnie w radio Marylka Rodowicz.
 
    Wybieram się, moi drodzy, w podróż niebawem. Już rok temu zaproponowałem mojej koleżance Adriannie, wnuczce mojej macochy Józefiny, by się wspólnie wybrać w zagraniczną podróż. Wtedy sobie pomyślałem, że ta podróż odbędzie się za rok od tamtego momentu, więc ten moment właśnie nadszedł, i zbieram się do mojej zaplanowanej wycieczki.
    Bardzo zdolna według mej oceny Adrianna jest po szczęśliwie ukończonym na dobrych ocenach pierwszym roku filologii polskiej na Uniwersytecie Gdańskim, ale teraz spędza swoje upragnione wakacje w Siodełku, które nie jest prawdziwą nazwą jej osiedla czy wsi niedaleko Kwidzyna, sam nie wiem jak nazwać tę osadę. Za kilka dni przyjedzie do Gdańska, by wyruszyć pod moją opieką na tę wakacyjną wycieczkę, na której pomysł wpadłem już rok temu, nie wiadomo skąd mi to wtedy przyszło do głowy. Teraz się trochę tego wypadu boję - duża odpowiedzialność nie tylko za siebie - ale myślę, że jakoś to będzie.
    Postanowiłem napisać Wam, jaki jest cel mojej podróży dopiero, jak tam dojadę. Na razie niech to będzie tajemnicza zagadka. Podpowiem tylko, że w tym kraju nie płaci się w Euro, kraj ten leży na wyspie, a samochody tam jeżdżące mają kierownicę po prawej stronie, a więc odwrotnie, niż u nas.
    Aby nasza wspólna gra miała sens, poproszę Was o napisanie nazwy typowanego przez Was kraju na karteczce, i to tylko jednego kraju, żeby potem nie było, że "a ja tak myślałem, a ja tak myślałam". Napiszmy nasz typ na karteczce, a potem będziemy sprawdzać, czy się zgadza. Taki nasz mały zakład.
 
    To nie będzie moja pierwsza zagraniczna podróż od chwili, gdy zachorowałem na schizofrenię. Wyobraźcie sobie, że w tym roku już byłem za granicą. Mianowicie pod koniec maja pojechałem do Drezna na konferencję matematyczną, na którą mnie namówił Gotfryd, wiecie, ten matematyk z Politechniki. Uparł się i mnie zmusił, wiecie, jak to on, tylko by zmuszał i zmuszał. Gdyby miał nieokiełznany popęd seksualny, to pewnie by został zwyczajnym gwałcicielem siejącym postrach w Trójmieście. Na szczęście Gotfryda nęka jedynie nieokiełznany popęd do zdobywania kolejnych tytułów naukowych, i muszę Wam zdradzić, że jakieś trzy miesiące temu Gotfryd został doktorem habilitowanym! Proszę, on się shabilitował, a ja wciąż tego doktoratu zrobić nie mogę. Ale nie szkodzi, jeszcze dogonię to uciekające towarzystwo. Bo na przykład taki Gienio, o którym już kiedyś pisałem, to on jest młodszy ode mnie i od Gotfryda, a już profesorem został. To znaczy chyba na razie uczelnianym, ale zawsze co profesor to profesor. Ja, magister, mogę mu co najwyżej buty szorować. Nie widuję go zbyt często, ale wyobrażam sobie, że chodzi z zadartym nosem, i powtarza: "Patrzcie, patrzcie, jestem profesorem, a wy? A wy co? Możecie mi co najwyżej buty szorować!" Tak, tak, na pewno tak by chodził i powtarzał. Na szczęście Gienio jest bardzo nieśmiałą osobą, i trochę skrytą, więc nie pozwoli sobie na takie zadzieranie nosa.
    Tak czy owak zazdroszczę Gieniowi i Gotfrydowi ich wytrwałości i skuteczności. W moim zasięgu jest tylko jeszcze Bartłomiej, ale i on wkrótce szykuje się do habilitacji. Pozostanie mi więc chyba pozostać Magistrem-Samotną-Wyspą. No chyba że i ja znajdę sposób, by wyjść z mojej niemocy, dokonam jakiegoś spektakularnego odkrycia, i szybko przeskoczę kilka stopni naukowych, by zostać upragnionym Profesorem. Wyobrażacie sobie, co to za szczęście móc odebrać ten tytuł z rąk samego Pana Komorowskiego?! Niedawno mi się śnił, że poszedł ze mną na spacer i wyjaśniał mi tajniki politycznego światka. A ja szedłem obok niego szczęśliwy i tylko słuchałem Jego słów. Tak, o ile Donalda Tuska to ja tylko lubię, to Bronka po prostu kocham. Denerwują mnie Ci wszyscy, którzy mówią, że na niego głosowali, bo woleli wybrać mniejsze zło. Jakie mniejsze zło?! Może Kaczyński jest prawdziwym, dużym złem, ale Komorowski to wcielone dobro! Przekonacie się! To będzie najlepszy Prezydent od 1990 roku, to już jest zdeterminowane. Jestem o tym radośnie przekonany.
 
    Wczoraj po trzech latach znów do Gdańska przyjechała Marusia ze Lwowa. Pisałem już o niej, jak to się z nią wybrałem na koncert symfoniczny chyba. Bardzo miła dziewczyna, moja kuzynka. Ona jest ode mnie 5 lat starsza i ma męża i córkę. Mąż gra na klarnecie, a córka Irena studiuje. Nic poza tym o nich nie wiem. Zabieram Marusię dzisiaj na pięciolecie teatru Lustra Strona Druga, w którym miałem przyjemność występować w 2008 roku. Być może wrócę do tych czasów, by coś niecoś o nich opowiedzieć. Będę się wracał w czasie, by nadrobić stracony w pisaniu bloga czas.
    Impreza z okazji pięciolecia LSD odbędzie się w Dworku Sierakowskich w Sopocie, który teraz przemianowano na Młodego Byrona. Tak się to miejsce teraz nazywa, bo zrobiono tam remont i będą się tam odbywać różne imprezy literackie. Jest już kilka takich miejsc, gdzie do niedawna chodziłem na imprezy literackie: Spółdzielnia Literacka w Sopocie, Józef K. też w Sopocie, Klubokawiarnia w Gdyni na Bema. Napisałem parę miesięcy temu kilka wierszy i chodziłem tam je czytać na różnych slamach poetyckich. Może i o tym opowiem. O, jeszcze jest Strych w Gdyni, bardzo fajna knajpka poetycka.
    A dziś w Młodym Byronie, gdzie serdecznie wszystkich chętnych zapraszam, będzie sporo atrakcji. Teatr nadal działa, i pod kierownictwem Maćka Gorczyńskiego wystawili spektakl "Misja: Wiosna" oparty na opowiadaniach Bruno Schulza. Był kiedyś taki film "Sanatorium pod Klepsydrą" z Janem Nowickim, to coś w tym stylu. Będzie można to dziś zobaczyć w Byronie. Występuje ze znanych mi osób Weronika Bujka, Paweł, Adelojda. Dwóch chłopaków doszło jeszcze z zewnątrz.
    Poza teatrem będzie Laboratorium Pieśni stworzone przez Alinkę, w którym śpiewa też moja znajoma Iwka, którą poznałem rok temu. To Iwka mnie wciągnęła w poezję. Też niezły z niej numerek. Fajna dziewczyna. I ładnie śpiewa. W grupie Alinki jest więcej osób, ale tylko jeszcze znam Adelojdę, która podobno ostatnio złamała nogę. Więc nie wiem, jak ona dziś wystąpi.
    Aha, impreza zaczyna się o 19-tej, a ten lokal jest niedaleko od Monciaka, tak na wysokości McDonalda. Trzeba zapytać o Dworek Sierakowskich. Chyba znajduje się on na ulicy Czyżewskiego.
    Będzie więcej atrakcji, ale pamiętam tylko jeszcze o tym, że założycielka teatru LSD Alicja Mojko będzie opowiadać o swoich podróżach po Dalekim Wschodzie. Będzie też chyba pokazywać slajdy ze swoich podróży - m.in. Tybet, Indie, Wietnam, Kambodża.
 
    Wracając do mojej podróży z Adrianną, to odbędę tę podróż środkiem lokomocji, którego bardzo się boję. Boję się, że ktoś go porwie, że ktoś podłoży bombę, że stanie się jeszcze coś nieprzewidzianego. Tak się go boję, że nawet nie chcę teraz mówić, jaki to środek lokomocji. Jak już się znajdę na miejscu, to może wtedy wreszcie wykrztuszę to słowo.
 
    A tymczasem zakończę dzisiejszy wywód wspomnieniem, że jak byłem drugi raz w szpitalu psychiatrycznym, to był tam taki gość w koszulce, na której widniał napis po angielsku: "Life is brutal and full of zasadzkas". Ten napis wyrażał strach przed życiem. Tak sobie pomyślałem, że gdyby modelowy pesymista i modelowy optymista mieli obaj napisy na swoich koszulkach, to ten pierwszy napis brzmiałby: "Life is brutal and full of zasadzkas", a ten drugi: "Life is exciting and full of niespodziankas".

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
14 lutego 2008

Kolekcjoner myśli

„Życie jest za krótkie,
    żeby pić marne wino.
Życie jest za krótkie,
    by miłości dać zginąć.
Życie jest za krótkie,
    żeby się nie śpieszyć.
Życie jest za krótkie,
    by się nim nie cieszyć.”

    Tak śpiewa Krzysztof Krawczyk, a robi to bardzo ładnie, więc z przyjemnością połykamy słowa tego refrenu.
    Jednak ja dostaję białej gorączki. Jest to kolejny przykład, gdy wśród kilku rozsądnie brzmiących zdań przemyca się wierutną bzdurę. Tak, tak, dobrze przeczytajcie powyższy refren. Mamy tam cztery zdania. Jak Wam się wydaje: które jest nieprawdziwe? Bo moim zdaniem trzy są całkiem mądre, ale to tylko po to, by uśpić naszą czujność, bo jedno jest beznadziejnie głupie. Przeczytajcie jeszcze raz, i zanim będziecie czytać dalej, zastanówcie się, z czym się zgodzicie, a z czym nie.

    No to teraz powiem, co ja sądzę. Otóż marnego wina pić rzeczywiście nie warto, miłości dać zginąć - to byłaby bardzo przykra sprawa, życiem się nie cieszyć – to rzeczywiście strata krótkiego życia. Ale czyżby życie było za krótkie, żeby się nie śpieszyć? Czyli że ja mam się niby śpieszyć, bo inaczej mi życie ucieknie? A kto się najbardziej cieszy, gdy się śpieszymy, Panie Krawczyk? Diabeł, Panie Krawczyk, diabeł! A konkretnie wirus mentalny, który w niektórych z nas tkwi, i nas drażni, ile ma swojej mocy elektrycznej, byśmy się śpieszyli, ile wlezie. A jak się śpieszymy, to już mu w ogóle łatwo jest nami sterować, i popełniamy mnóstwo gaf i błędów – i to dopiero jest marnowanie życia!!! O co wirusowi właśnie chodzi.
    A więc moim zdaniem, Panie Krawczyk, powinien Pan śpiewać: „Życie za krótkie jest, żeby się... tak śpieszyć”. Ma Pan natychmiast iść do studia i mi to zmienić, czyli nagrać nową wersję tej uwodzicielskiej piosenki. Bo inaczej nie będę Pana więcej słuchał!

    W ostatni piątek sześć dni temu pierwszy raz po mojej chorobie wystąpiłem w teatralnym przedstawieniu. Prawdziwym, z prawdziwą publicznością. Przedstawiliśmy nasz spektakl według zamysłu i reżyserii Alicji pod tytułem „Czaj starego samowaru”. Odbyło się to w Integracyjnym Klubie Winda we Wrzeszczu z okazji okrągłej rocznicy powstania tego Klubu, ale nie pamiętam, czy ta okrągła rocznica to dziesięć, czy piętnaście lat. Sprawdźcie w Internecie.
    Nie dałem znać wcześniej rozmyślnie. Nie miałem ochoty się denerwować dodatkowo, że ktoś z Was jeszcze by przyszedł i to oglądał. Chciałem mieć od tego głowę wolną. Ale postaram się dać Wam znać o następnym naszym przedstawieniu, wtedy trochę okrzepnę i zniosę każdą myśl.
    Tak czy owak opowiem Wam o tym przedstawieniu, jak i o okresie wstecz, bo to był okres dosyć gorący. Trzy i pół tygodnia temu, w niedzielę, była impreza u Alicji z okazji jej urodzin. To była też moja pierwsza impreza po chorobie (tak, tak, ja się już czuję po chorobie, choć jeszcze biorę to paskudztwo, i czasem mi głowę rozsadza od niechcianych myśli), było super, i choć czułem się trochę spięty i mało się odzywałem, to było super extra, a najbardziej podobała mi się Edyta, którą rozpierała energia i luz, czym zarażała dookoła wszystko, co się samo ruszało. Opowiem Wam o tym wszystko, ale w swoim czasie.
    Była to też impreza mająca uczcić zbliżający się wyjazd Alicji do Wietnamu, Kambodży i Tajlandii, który rychło nastąpi, i pewnie nasze zajęcia poprowadzi za jej nieobecności Veronique albo Olga Szymula, która już z nami poprowadziła zajęcia na początku grudnia, a zrobiła to wtedy bardzo profesjonalnie. Skupiła się wtedy na zajęciach ruchowych w połączeniu z dźwiękiem, który wydobywaliśmy z siebie, jak i z różnych naszych instrumentów. Bardzo bym się cieszył, gdyby Olga znów się u nas pojawiła.
    Napisałem Veronique, bo w naszej grupie poznałem nową Weronikę, która nosi pseudonim Bujka. Bujka jest dzieckiem w ciele dziewczyny (jak każdy z nas, tylko że ona bardzo), i wyczuwam w niej ogromne pokłady poczucia humoru. Ona zresztą cierpi na pewną chorobę, mianowicie czasami dostaje ataku spazmów śmiechu, i wtedy nie potrafi się przestać śmiać. Trzyma się za brzuch i się przeraźliwie śmieje, nawet z jakiejś małej głupoty, ale jak już zacznie, to nie umie przestać, choćby chciała, i wtedy nie należy jej przeszkadzać, tylko spokojnie dać jej się wyśmiać, aż jej przejdzie. Kilka razy zdarzyło jej się to przy mnie, na przykład jak jechaliśmy samochodem Aliny po zajęciach, więc wtedy wszyscy w samochodzie milczeli grobowo, a ona powoli, śmiejąc się spazmatycznie, dochodziła do siebie. To bardzo ciężka choroba, myślę, że ona nigdy z niej nie wyjdzie.
    Więc o tej pierwszej Weronice będę pisał Veronique, a o tej drugiej – Bujka. Zresztą możecie sobie je obie obejrzeć na YouTube. Wklepcie adres pl.youtube.com, a w wyszukiwarce tej strony hasło: „Lustra Strona Druga – zadania grudniowe”. Veronique gra ślepca, a Bujka chyba szewca, w każdym razie wali młoteczkiem w takie drewniane, i ja się od tego budzę. Bo ja gram wędkarza, i mam duży brzuch, ale tylko w tej prezentacji. Po prostu umiem doskonale zagrać duży brzuch. Za wędkę służy mi tzw. deszczowy kij – taki długi pałąk, w którym coś się przelewa, gdy się to obraca, i to daje taki odgłos rzęsistego deszczu.
    Tam jest też Kamil, który siedzi chwilowo w medytacji, jest Edyta, która płynie w swoim stateczku, jest Grażyna, która lubi się wczuwać w leśne stworki. A Paweł otwiera całość budząc nas dzwoneczkiem, i zamyka całość jako naziemny ptak. Bardzo mi się podoba, jak on gra tego ptaka, kojarzy mi się wtedy z takim chłopcem z filmu „Ptasiek”, który powstał na podstawie książki Williama Whartona o tym samym tytule.
    To nagranie to takie zadanie w ramach projektu „Contacting the World”, w którym to zadaniu mieliśmy, każdy z osobna, wczuć się w jedną z dziesięciu postaci, z których pięć zaproponowaliśmy my (np. tę dróżniczkę), a pięć nasi partnerzy z Zambii.
    Jak Krzysio umieści gdzieś zapis naszej impresji muzyczno-plastycznej o zapachu cynamonu pt. „Czaj starego samowaru” z piątku, to też dam Wam znać, co-jak-i-gdzie.

    W sobotę po spektaklu świetnie się poczułem. Obudziłem się jak zwykle około południa, i wybrałem się na spacer do Gdyni. Wzdłuż morza. Najpierw zahaczyłem o Kolibę. To taka stylizowana na góralską knajpa. Zjadłem pierogi ruskie odsmażane (strasznie twarde), i wypiłem dwie herbaty – jedna była malinowa, a druga była zwykła z cytryną. Miałem wspaniały widok na płonący kominek (siedziałem tuż przy barze), a na lewo od kominka była jakaś nasiadówa babska, z tym, że te baby były w różnym wieku. Jakaś taka zorganizowana grupa. Były młode przed trzydziestką, były też młode inaczej, tzn. bardziej w moim wieku, i były też młode duchem. Ja, nie wiedzieć czemu, zacząłem się gapić na te młode duchem. Zupełnie nie rozumiem, że te naprawdę młode w ogóle mnie nie interesowały, skupiłem się na tych młodych duchem. Przypatrywałem się ich rzadkim siwym włosom, ich gęstym zmarszczkom, ich grubym okularom, i delikatnym, nakrapianym wątrobowymi plamami dłoniom. Fascynowało mnie to, że one były spokojniejsze od tych naprawdę młodych, a jednocześnie ich stan emocjonalny emanował spokojnym szczęściem. Te młode naprawdę były jakieś takie zwariowane, śmiały się nerwowo i gadały jak drażnione prądem papugi, natomiast te młode duchem spokojnie, z namaszczeniem kosztowały swoje napoje, uśmiechały się do siebie kącikami oczu i... po prostu mnie magnetyzowały.
    Nagle poczułem, że jedna z naprawdę młodych zwróciła na mnie uwagę, coś zaczęły między sobą szeptać, i wszystkie młode naprawdę odwracały po kolei głowy, by spojrzeć w moim kierunku. Nie wiem, co one u mnie zauważyły, ale zaczęły bez sensu sobie między sobą chichotać, natomiast młode duchem w ogóle się nie odrywały od swojej rozmowy.
    Byłem wściekły. Pewnie te naprawdę młode myślały, że to na nie się gapię, i w ten sposób musiałem odwrócić wzrok od prawdziwego obiektu mojego zainteresowania – od tych młodych duchem. Byłem zły na te młode naprawdę, nie cierpię tego rodzaju żeńskiej głupoty, durnych chichotów i zadufania, że one to niby wszystko wiedzą. Tak naprawdę to one nic nie wiedzą, nawet jak upiec drożdżówkę one nie wiedzą. Ja też nie wiem, ale za to Zygfryd wie, i zawsze w święta piecze pyszną drożdżówkę wg przepisu mojej mamy, i nigdzie takiej pysznej, puszystej drożdżówki nie jadłem, jak ta.
    Odwróciłem więc skromnie wzrok od tej żeńskiej nasiadówy, dopiłem herbatę, i udałem się w dalszą część mojej wyprawy. Udałem się w kierunku Orłowa. Orłowskiego mola. Tam za molem jest taka fajna restauracja, którą minąłem, i doszedłem prawie do orłowskiego klifu, ale poczułem, że chce mi się załatwić, więc przystanąłem, by rozważyć, czy się cofnąć do restauracji, czy też iść dalej. Doszedłem w końcu do wniosku, że bez załatwienia to dalszy spacer nie będzie taki przyjemny, i w ogóle muszę Wam powiedzieć, że teraz strasznie dbam o siebie, by się zawsze dobrze czuć. Dbam, by jak najrzadziej odczuwać wszelki stres, i żeby było mi cały czas dobrze. Po prostu wiem, że najlepiej się zdrowieje z chorób psychicznych, gdy można swobodnie rozmyślać o niebieskich migdałach i rozkoszować się upływem czasu. Krawczyk by pewnie tego nie zrozumiał, ale to jego sprawa.
    Gdybym cały czas odczuwał potrzebę załatwienia się, to skacząc po kamieniach, które są usiane gęsto za klifem, za żadne skarby nie mógłbym sobie swobodnie rozmyślać. No bo jak!
    Więc wróciłem do tej fajnej restauracji, i załatwiłem się. Zapłaciłem całe dwa złote, ale znów poczułem się naprawdę szczęśliwy.
    Już załatwiony, pełen nowych pomysłów i rozpierającego mnie poczucia energii i wolności, pomaszerowałem dziarsko do Gdyni. Oczywiście poprzez nadmorskie kamienie. Musiałem też sforsować parę zawalających drogę pni zmurszałych drzew. Było to dziecinnie łatwe, mimo moich ulubionych, czarnych zamszowych butów, które niestety są niewiarygodnie śliskie, i niejeden raz w życiu się już na nich poślizgnąłem.
    Gdy doszedłem do gdyńskiego nadmorskiego deptaku, byłem nieźle zgrzany. Nic nie pomogło, że wcześniej zdjąłem sweter i przewiązałem się nim wzdłuż pasa, a kurtkę luźno zarzuciłem na ramiona. Powietrze było chłodne i mokre, ale ja za to zrobiłem się gorący i mokry od potu. Do tego ten czarny skórzany kaszkiet, spod którego wystawały długie kosmyki moich mokrych, pozlepianych włosów. Bo muszę się przyznać, że zapuściłem ostatnio długie włosy, na nagraniu tego nie widać, bo to było półtora miesiąca temu, a do tego długo się nie goliłem (chyba z miesiąc). Więc w tej czapce i mojej ogromnej kurtce wyglądałem jak skrzyżowanie malarza-artysty i marynarza. No i oczywiście na deptaku mijający mnie ludzie zerkali na mnie, ale w tym wzroku nie było ciepła i miłości, ale raczej przerażenie. Może na zewnątrz nic sobie z tego nie robiłem, ale w środku zaczynałem być powoli tym mocno zmęczony. Wszedłem więc do pierwszego baru pod koniec deptaka, by się czegoś napić.
    Gdy usiadłem, podeszła do mnie kelnerka, która również głupkowato się uśmiechała i na mnie gapiła, jakbym był marynarzem malującym w wolnych chwilach statki na morzu i górskie pejzaże. Zażyczyłem więc sobie soku pomarańczowego i dostałem jego wielki kufel. Byłem mile zaskoczony wielkością tego kufla – zwykle soki podają w takich wąskich szklaneczkach, z których wypija się dwa łyki, i koniec przyjemności. A tu był duży kufel pełen ciemnożółtego płynu. Idealna porcja dla mojego zgrzanego, spoconego ciała.
    Potem jeszcze coś znowu zamówiłem, coś bardzo dobrego, gęstego i pysznego, ale Wam nie powiem co, sami zgadnijcie, i spytałem, jak się to miejsce nazywa, bo na przyniesionym rachunku zauważyłem napis „Ucho”. Już wcześniej słyszałem o słynnym lokalu „Ucho”, w którym się odbywają różne imprezy muzyczne. Więc podszedłem do baru, by zapłacić, i spytałem, czy to jest to słynne „Ucho”. „Nie, nie” - usłyszałem od przemiłej teraz z kolei drugiej kelnerki - „to jest ten sam właściciel, ale „Ucho” jest dalej, za Skwerem Kościuszki, w stronę stoczni”. „A ten lokal jak się nazywa?” - spytałem, by przedłużyć swoją rozmowę z kelnerką, która wydała mi się urocza, a do tego, co się rzadko w takich wypadkach zdarza jednocześnie – całkiem rozgarnięta. „Ten lokal nazywa się Minga!” - odparła z dumą kelnerka, i posłała mi taki uśmiech, który mówił tylko jedno: „Nie martw się, chłopie, jest nas więcej na tym świecie!” Posłałem więc kelnerce swój uśmiech, który miał jej powiedzieć: „Nie martw się, babo, jest nas więcej na tym świecie!” - ukłoniłem się jej z gracją fircyka w zalotach, i wyfrunąłem z „Mingi” na skrzydłach, które przydałyby się niejednemu poecie. Skrzydła te zaniosły mnie do kolejki, którą dojechałem do Wrzeszcza, by odwiedzić moją macochę, która jak zwykle traktowała mnie nieco chłodniej, niż zwykle, ale to już jest taka prawidłowość, gdy Hilary wyjeżdża z domu na kilka dni, a tym razem Hilary wyjechał do Warszawy, by spotkać się tam z moimi dwiema ciociami, a jego dwoma siostrami.

    W niedzielę stało mi się coś dziwnego. Nie chciało mi się wstawać z łóżka. Obudziłem się, jak zwykle, w południe, leżałem słuchając tego wstrętnego radia RMF FM (to straszne, ale podobno jego właścicielami częściowo są jacyś Niemcy), i tak leżąc i rozmyślając znowu zasnąłem o szesnastej. I spałem do dziewiętnastej. Ale za to się wyspałem, jak suseł.

    W poniedziałek rano starannie się ogoliłem z mojego pokaźnego już zarostu, a następnie poszedłem do fryzjera, gdzie poprosiłem o radykalne skrócenie moich długich już włosów na długość około centymetra. Jest we mnie coś z kobiety – lubię się gwałtownie zmieniać. Takie szokowe zmiany czasami orzeźwiająco wpływają na nasze spróchniałe mózgi.

    We worek, przedwczoraj, miałem wizytę u mojej Pani Psychiatry. Spytałem ją, czy by się zgodziła, bym nie zażywał swej pół tabletki raz w tygodniu (wymyśliłem, że w sobotę), i ona widząc mnie w takim humorze – z oporami, bo z oporami, ale zgodziła się. Ale wieczorem pojechałem na zajęcia na Orunię, i oni tak szybko ze sobą gadali, a ja poczułem takie ciśnienie w swojej głowie, że nic nie rozumiałem. Poczułem się jak idiota, myślałem, że eksploduję, i ku zdziwieniu Alicji wybiegłem z Dworku Artura na świeże powietrze rezygnując z zajęć.
    To było dziwne, bo wcześniej tego dnia miałem niezwykle ciekawe przemyślenia na temat robienia porządków. Mianowicie zauważyłem, że patrząc na moje porozrzucane notatki na karteluszkach, i nad nimi biadoląc, zapominam, że one mają mi do czegoś potem kiedyś służyć. Na przykład jako materiał do napisania opowiadania. Albo jako wiersz, który warto schować i odłożyć. Ale nie – ja na to patrzę bez motywacji. To błąd. Te rzeczy porządkuje się nie po to, by tego nie było widać na wierzchu, ale po to, by to gdzieś było w łatwo dostępnym miejscu, jak w bibliotece, i bym łatwo mógł z tego korzystać. Tej myśli, tej motywacji nie ma w mojej głowie, gdy myślę o porządkowaniu. To niedobrze. Dobrze za to, że zdałem sobie z tego sprawę. Że te zapisane myśli, to nie mój ciężar i moje utrapienie, ale moje – skarby! Tak o tym trzeba pomyśleć! Że ja mam o te myśli dbać, je gromadzić, porządkować. Że mam z nimi postępować, jak kolekcjoner motyli. Że mam sobie cenić moje myśli, moje wiersze, moje zapisane informacje, rysuneczki, fotografie, twierdzenia, definicje, tabelki, wykresiki, mapki. Że mam się poczuć takim Kolekcjonerem Własnych Myśli.

    Paradoksalnie ta genialna myśl spowodowała, że już jadąc na Orunię czułem się w środku jak bomba, co ma za chwilę wybuchnąć. Z jednej strony ta pełna nadziei myśl motywacyjna, że już wiem, jak zrobić porządek w tej mojej pełnej skarbów Stajni Augiasza (ale ponieważ to jest chlew, skarby te tracą na wartości prawie całą swoją wartość), z drugiej rosnące z minuty na minutę ogromne ciśnienie, jakby coś żywego we mnie przeraziło się, że odkryłem coś bardzo ważnego, coś, co tamto coś jeszcze szybciej zmusi do odejścia z tego świata.
    Nie będę owijał w bawełnę: wirusa można pozbyć się tylko w jeden sposób: gdy dużo rozmyślamy, i rozmyślając zaczynamy rozumieć ważne rzeczy. Na przykład to, jak myśleć motywacyjnie, by się chciało zrobić porządek w swoich notatkach, majtkach, podkoszulkach i skarpetkach. Bo wirus bardzo boi się porządku, i będzie wszystko robił podsuwając nam najbardziej idiotyczne myśli, by odciągnąć naszą uwagę od zbawiennego dla nas wpływu, jaki ma dla nas porządek w naszych rzeczach, myślach i sprawach.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
8 lutego 2008

Czarny długopis

    Może zacznę od poniedziałku (a dziś jest piątek). Więc w poniedziałek rano przybyłem do Gotfryda w celu odbycia narady wojennej. Mianowicie ja jestem w pewnym grancie naukowym i dostaję z tego tytułu pewne pieniądze. Ale gdy mija rok, trzeba się rozliczyć z tego, co się zrobiło, nawet, jeśli już się pieniądze dostało. I tu powstaje problem, w moim przypadku. Bo z roku na rok ja coraz mniej robię. To jest taki paradoks: pięć lat temu, gdy miałem przez chorobę zakuty łeb, Gotfrydowi łatwo było mnie zmusić do pracy. Przychodziłem po prostu do niego, on pisał na tablicy problem, i obaj się zabieraliśmy do myślenia nad tym problemem. Moje zakucie łba polegało na tym, że miałem wtedy straszliwe natręctwa, mimo zażywania lekarstwa, i Gotfryd musiał mnie cały czas strofować, bym skupił się nad problemem, a nie odjeżdżał w swych myślach, albo go zagadywał na bezsensowne tematy, na przykład jak ma na imię studentka, która właśnie wpadła do jego gabinetu z indeksem, o ile byliśmy wtedy w gabinecie, a nie w jakiejś salce poniżej.
    Więc wtedy, gdy myśli fruwały mi wokół głowy niczym muchy wokół budki z serduszkiem, łatwo Gotfrydowi przychodziło mną sterować i zaprzęgać mnie do roboty. Mnie było trudno się skupić, ale się go słuchałem, i siłą woli, strasznie się męcząc, drążyłem z nim temat niczym górnik fedrujący węglową ścianę. I jakoś to szło.
    Dziś już mój łeb trochę się odkuł, mam więcej swobody w samodzielnym myśleniu, wiem też sporo na temat działania mojego umysłu (na przykład umiem się już nie zacietrzewiać), i paradoksalnie Gotfrydowi trudniej mnie zaprząc do roboty, bo czym ja staję się światlejszy, tym, bardziej nie chce mi się pracować. Po prostu czym bardziej staję się światlejszy, tym bardziej wiem, że praca mi szkodzi. A przecież nikt nie lubi robić rzeczy, o których wie się, że one szkodzą.
    Zatem wniosek jest prosty: z roku na rok coraz mniej robię, coraz mniejszy mam udział w pisanych z Gotfrydem artykułach. Taka jest straszna prawda.
    Ja jednak wiem, że jak już zupełnie wyzdrowieję, to wtedy pokażę na co mnie stać, bo ja naprawdę bardzo bym chciał pracować, tylko na razie zbytnio nie mogę, bo nie chcę sobie zbytnio zaszkodzić.
    Więc mieliśmy mieć z Gotfrydem naradę wojenną, co napisać w sprawozdaniu, i ja doszedłem do wniosku, że dobrze trzeba przemyśleć, czy ja na razie w ogóle ciągle powinienem być w tym grancie. Gotfryd mi następnie ujawnił materiały, że ja jednak coś w ubiegłym roku zrobiłem (mam kłopoty z pamięcią, jeśli chodzi o przerobiony przez siebie materiał matematyczny), i zrobiło mi się wtedy wesoło (w ogóle to był wesoły dzień), i poszliśmy na dół pracować do salki, a z tej wesołości nie miałem już żadnych natręctw, i ku zdumieniu Gotfryda przeoraliśmy spory kawałek. Bo on już myślał, że ja już w ogóle odjechałem w świat humanistyczny, i żadnego matematyka ze mnie nie będzie. A tu proszę – zdziwił się.
    Po spotkaniu z Gotfrydem, na którym jeszcze ustaliliśmy, że będziemy teraz się regularnie w poniedziałki spotykać w celach naukowych (bo mieliśmy długą przerwę ostatnio), poszedłem na obiad do Hilarego, a potem pojechałem do siebie do Sopotu. W Sopocie, zaraz po wyjściu z kolejki, jednak dobry nastrój nie opuszczał mnie, więc postanowiłem sobie zrobić spacer na morzem. Tam też skierowałem swe kroki.
    Uwielbiam kawiarnie. Więc gdy mijałem Atelier (nie wiem, czy to nazwać klubem, czy kawiarnią), postanowiłem tam wdepnąć. A już się trochę zmierzchło, nie chciało mi się w ciemnościach iść dalej w stronę Gdyni.
    W klubie prawie nikogo nie było. Puste kanapy, tylko na jednej siedział chłopak z papierosem, wodząc błędnym wzrokiem wokół, jakby chciał zaraz kogoś zabić, a na drugiej siedziała jakaś para: on, mówiący po angielsku, szpakowaty facet z bródką nieco starszy ode mnie, ona, próbująca mówić po angielsku, dużo młodsza, nie szpakowata i bez bródki.
    Usiadłem na kanapie pomiędzy chłopakiem a parą, zdjąłem plecak i kurtkę. Rozgościłem się. Chwilkę posłuchałem cichej, nastrojowej muzyki, po czym podszedłem do baru i zamówiłem cappuccino, a w tym czasie chłopak o zabójczym spojrzeniu zdążył się już ulotnić. Wróciłem więc z filiżanką na kanapę, i tylko szepcząca obok para oraz barmanka dotrzymywali mi na odległość towarzystwa. Było super: cicha muzyczka, spokój, i gorący napój w filiżance.
    Zrobiłem się w środku jakiś miękki. Nie chciało mi się spać, jednak poczułem, że... nie mam żadnych problemów. Że nic mnie nie gryzie. Że jest mi dobrze.
    Szpakowaty facet nawijał do młodej kobiety coś o filozofii, starał się, widziałem to kątem oka, zaimponować swojej towarzyszce erudycją i głębią swojej myśli. I chyba mu się to udawało. A ja fruwałem w obłokach, wyluzowywałem się coraz bardziej, zupełnie jakbym pił jakiś podstępny alkohol, a nie słodkawą kawę.
    Upłynęło z pół godziny. Ja rozmyślałem, a para obok dyskutowała na tematy filozoficzne. Poszedłem zamówić sobie czekoladę. Dostałem wielką filiżanę czekolady, z którą wróciłem na kanapę. Miałem picia na kolejne pół godziny. Czekolada nie była taka dobra jak w kawiarni „Czekolada” na Monciaku, ale była i tak niezła, i przede wszystkim było jej...dużo. I była gorąca.
    No tak, tego można się było spodziewać. Para obok skończyła rozprawiać o filozofii, i oboje przeszli do obściskiwania się i całowania. Bardzo namiętnego. Ze zdumieniem zauważyłem, że w ogóle mnie to nie rusza. Byli jak żywy obraz, który się spokojnie ogląda w galerii. Oczywiście widziałem to kątem oka, bo nie mogłem przecież się gapić na nich jawnie.
    Zresztą wcale nie zrobiłem się z ich powodu niespokojny. Wręcz przeciwnie – jakiś gorąc od środka przepełnił mnie roztapiając moje wnętrzności do końca. Poczułem się, jak rozgrzane na blasze, rozlewające się toffi. Rozluźniony – odchyliłem głowę zupełnie do tyłu i oparłem ją o ścianę.
    I wtedy stało się coś dziwnego. Poczułem, że obracam w swoich palcach czarny długopis. To był czarny długopis, który dostałem na gwiazdkę. Ze złocistymi elementami metalowymi. Bardzo elegancki. Podniosłem go na wysokość oczu, spojrzałem na niego do góry, pod światło kolorowego reflektora, nie ruszając swą odchyloną do tyłu, opartą niedbale o ścianę głową.
    I popatrzyłem na niego z... miłością.
    Tak, to było dziwne. Poczułem, że ten długopis jest piękny. Aż zaszkliły mi się oczy. Coś spowodowało, że wyprostowałem się po chwili, wyciągnąłem papier z plecaka i rozpostarłem go na blacie stolika.
    I na papierze napisałem coś dziwnego. Napisałem swoje wyznanie miłości do tego długopisu. Tego długopisu, którym właśnie pisałem.
    To było dziwne. Napisałem wiersz, który zatytułowałem: „Kocham pisać”. Napisałem go jednym tchem, bez poprawek pisząc to, co przyszło mi do głowy. To było bardzo dziwne, ale też bardzo miłe uczucie. W tym wierszu wyraziłem to, że właśnie strasznie pragnę pisać. Że pragnę przelewać na papier swoje myśli. Że jest to rzecz, którą od dzisiaj będę uwielbiał robić. Poczułem wewnętrzne ciepło, jakbym właśnie przytulił się do mojego najlepszego przyjaciela.

    Oczywiście było to tylko uczucie. Jeszcze posiedziałem kolejne pół godziny z filiżanką herbaty o smaku guarany, smakując ciągle w swym wnętrzu świeżo odkrytą namiętność. Wydawało mi się, że to jest to, co pragnę robić cały czas – pisać. Po wypiciu ostatniego łyka ubrałem się, zarzuciłem plecak na ramię, i szybkim krokiem pomaszerowałem do domu. Chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście w domu usiądę z pasją do komputera i zacznę, już w pełni świadomie, zawzięcie pisać. Pisać to, co mam do opowiedzenia.
 
    Gdy znalazłem się w swoim mieszkaniu, znów ogarnął mnie nastrój beztroskiego bezsensu. Włączyłem telewizor, przeweretowałem program telewizyjny, znalazłem jakiś bzdurny film, i... odłożyłem pisanie na później. Już mi się odechciało pisać. Długopis znów popadł w mą obojętność.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
7 lutego 2008

Co ty wiesz o blogowaniu?

    Donald Tusk jest w mojej opinii bardzo światłym człowiekiem (sorry, Albert, wiem, że robisz się właśnie na mnie zły, ale spokojnie, idź do kuchni, weź ziołowy Deprim, kilka głębokich oddechów – i możesz czytać dalej), więc jak mówiłem, według mnie to bardzo rozsądny facet, wie, że dobro ludzi leży w rzetelnym rozpoznaniu ich potrzeb i możliwości, stara się pokojowo załatwiać spory, konflikty i problemy. No, ale niestety idzie wiosna, a z tą porą roku budzą się apetyty na życie. I nie tylko. Budzą się też apetyty na większe zarobki. Wszyscy niedługo będą chcieli więcej zarabiać. Już chcą celnicy, górnicy, nauczyciele, pielęgniarki. Następne grupy społeczne też nerwowo oglądają zawartość swoich kieszeni. Nadchodzi ciężki okres dla Tuska: „Donaldu Tusku, Donaldu Tusku, am, am!” - wszyscy niedługo będą wołali do naszego premiera Donalda Tuska, i Donald stanie przed kwadraturą koła.
    Współczuję Donaldowi, z próżnego i Salomon nie naleje (chociaż być może nasz Wszechświat powstał z nicości...), ale cóż, chciał być premierem, to teraz ma. Mógł zostać celnikiem, albo lekarzem, a nawet psychoterapeutą; ale nie – on chciał koniecznie zostać politykiem. No to teraz ma.
    A tak w ogóle to mam do niego pretensje. Otóż trzy i pół tygodnia temu była Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, i Tusk zbierał pieniądze do puszki na ulicy Długiej. Rozumiem go, chciał pomóc chorym dzieciom. Ale ktoś go zapytał do kamery, co on myśli o pośle Palikocie, który w swoim blogu zadał spokojne pytanie, czy nasz obecny prezydent czasem nie zagląda do kieliszka. Ja rozumiem Palikota, skoro jeden prezydent zaglądał do kieliszka, to powstaje naturalna chęć sprawdzenia zawartości kieliszka drugiego prezydenta. I wiecie, co powiedział Tusk? Że on na miejscu posła Palikota przestałby pisać bloga, że Palikot zabrałby się do prawdziwej, rzetelnej roboty, a nie wywewnętrzniał się na forum publicznym, i że w ogóle to on blogi uważa za bezsensowny ekshibicjonizm niczemu nie służący.
    Oj, Donald, wnerwiłeś mnie. Co Ty wiesz o blogowaniu? – spytałbym go flegmatycznie w stylu twardziela Bogusława Lindy. Czy Ty w ogóle wiesz, co to takiego jest? Czy Ty w ogóle zaglądnąłeś kiedykolwiek do jakiekolwiek bloga?
    Zdziwiło mnie, że ten światły człowiek, ten niemal mój idol (sorry, Albert), że ten dalekowzroczny polityk nie przeczuwa, czym jest blog. Że myśli, że tylko światłość w gospodarce, ekonomii, polityce i administracji jest potrzebna, a że w uczuciach zwykłych ludzi to już światłość nie jest potrzebna. Że ten „ekshibicjonizm” to tylko zawracanie głowy i okazywanie słabości, czego człowiek powinien unikać.
    Wstydziłbyś się, Donald. Wstydź się!

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
6 lutego 2008

Trzy stany podenerwowania

    Istnieje taki stan, który ja nazywam stanem X-15. Jest to stan beztroskiej radości. Krótko pisząc: stan chwilowej beztroski.
    Niestety takie stany nie trwają wiecznie. Bardzo często zazwyczaj znajdujemy się w stanie podenerwowania. Jesteśmy podminowani. Mamy jakiś problem, który nie daje nam spokoju. Krótko się wypowiadając: coś nas frapuje i męczy.
    Ponieważ często znajduję się w stanie podenerwowania, postanowiłem dokonać analizy tego zjawiska. Zauważyłem, że będąc podenerwowany nie zawsze czuję się tak samo. Są pewne różnice. Więc zacząłem to rozważać, i oto do jakich wniosków doszedłem.
    Istnieje całe spektrum stanów podenerwowania. Ale dla obrazowego opisu tej swoistej tęczy dokonałem podziału na trzy zasadnicze stany:
 
stan A – podenerwowanie w pełni uzasadnione;
stan B – podenerwowanie o nieznanym nam stopniu wiarygodności;
stan C – podenerwowanie, o którym wiemy, że jest całkowicie bez sensu.
 
    Stan A to na przykład sytuacja, gdy budzimy się w środku nocy i czujemy swąd spalenizny. Podejrzewamy, że coś się może palić. Zaczynamy się denerwować. Być może za chwilę zaczniemy działać. Podenerwowanie, które zostało w nas wzbudzone, jest w pełni uzasadnione. I my o tym wiemy.
 
    Stan B to na przykład sytuacja, gdy w towarzystwie naszego znajomego mówimy niechcący coś niestosownego, w domu przypominamy sobie jego dziwną minę, i zaczynamy się denerwować, czy czasem on nas źle nie zrozumiał, i czy nie będzie z tego jakiejś draki. Czyli jest to stan, w którym się bardzo denerwujemy, ale nie wiemy, czy zasadnie.
 
    Stan C to na przykład sytuacja, gdy gołąb przez otwarte okno wleci nam do mieszkania i zrobi na dywanie białą kupę. Zdenerwowani przepędzamy gołębia nie dając mu ani okruszka chleba, zrozpaczeni zbieramy nożem białą mazię, i ze zgrozą próbujemy wywabić nieusuwalną, białą plamę. Jesteśmy potem przez kilka godzin podenerwowani, zupełnie bez sensu, bo jakie znaczenie w naszym ciekawym życiu ma biała plamka na naszym dywanie, której w ferworze ciekawych zajęć w przyszłości i tak nie będziemy zauważać?
 
    Zdarzyło mi się niedawno trwać dosyć długo w stanie B. Ale sprawa się wyjaśniła, i w tej chwili, w chwili obecnej, dziś, powróciłem do mojego normalnego, ulubionego stanu.
    Mianowicie do stanu X-15.
 
 
PS  Powyższy tekst napisałem przedwczoraj. Kamień mi wówczas spadł z serca, i dobrze się czułem. Jednak od wczoraj znów czuję się źle. Jestem smutny i przygnębiony. Jest to stan ABC-18. Mam niby powody, ale tak naprawdę to nie te powody są powodem mojego przygnębienia. Prawdziwym powodem mojego przygnębienia jest to, że ja nie mam nad tym władzy. Mój wirus mentalny wykorzystuje różne sprawy, by mnie gnębić, i ja na to nie mogę nic poradzić. Nawet gdybym chciał (a chcę), nie mogę olać powodów moich zmartwień. To jest największe zmartwienie – że nie mogę przestać się martwić aktem mojej woli.
    Rozumowo wiem, że gdybym mógł wyłączyć to ścierwo, mógłbym wszystko. Na przykład mógłbym pisać mojego bloga bez ograniczeń. Tyle się dzieje (mimo wszystko), a ja nie mogę tego opisywać, bo mnie dołuje, a ja mam taki mechanizm, że jak mam doła, to nie mogę pisać. W tej chwili co prawda piszę, choć mam doła, ale ja piszę właśnie o tym dole, a to co innego. Po prostu się wyżalam, choć bardzo się boję komukolwiek wyżalać, bo ilekroć komuś się w życiu wyżalałem, to dostawałem kopa w dupę w najgorszym razie, reprymendę w średnim, a koniec rozmowy był w najlepszym.
    No, kiedyś się wyżalałem mojemu psychoterapeucie, ale on za to brał 50 złotych za godzinę, więc od niego nie dostawałem kopa w dupę. Za to uśmiechał się głupkowato i kiwał głową niczym Hubert Urbański w Milionerach (mam na myśli tę edycję sprzed lat, obecnej nie oglądam).
    Przypuszczam, że człowiek zdrowy sam decyduje, kiedy jaką sprawą się zajmuje. I zajmuje się jedną sprawą w danym momencie jak należy. Przypuszczam, że to nie jest tak, że jedna sprawa może mu przeszkadzać w załatwieniu innej. To byłoby nielogiczne z punktu widzenia interesu osobnika. Jak śpiewał Bobby McFerrin: „when you worry, you make it double”, czyli martwiąc się o jedną sprawę, na którą w danym momencie nie masz i tak wpływu, zawalasz inną sprawę, bo przez tamto zmartwienie nie możesz się tą inną sprawą zająć. Taki cholerny pat.
    Uff, trochę mi ulżyło. Lubię Cię, mój blogu. Przynajmniej Ty mnie wysłuchasz.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
25 stycznia 2008

Przedziwny sen o plastelinowych ludzikach

    Moje sny stają się coraz bardziej rozbudowane, logiczne i kolorowe. Nie są też mi obojętne – wręcz przeciwnie, absorbują mnie zazwyczaj tak mocno w czasie uśpienia, że po przebudzeniu natychmiast muszę wstać, pójść do kuchni i napić się zimnej wody. Tak bardzo czasem jestem wstrząśnięty i poruszony.

    Tydzień temu śniło mi się trzęsienie ziemi. Obudziłem się we Wrzeszczu u Hilarego, a cały dom się trzęsie. Wszyscy już biegali po mieszkaniu, więc i ja wstałem i biegałem. Parkiet chwiał się coraz bardziej, w końcu zaczęliśmy się ślizgać z jednego końca na drugi, jak w czasie burzy na statku. Z niepokojem zauważyłem, że ściany się przesuwają i tracą kontakt z podłogą i sufitem. Cała konstrukcja domu zaczęła się skręcać, przemieszczać, i z przerażeniem zauważyłem, że izby zaczynają się niebezpiecznie krzywić i zmieniać kształt. Przejścia między pokojami zaczęły się też zmniejszać. Nagle wszyscy postanowili się z tej pułapki wydostać, i w panice rzuciliśmy się wszyscy w stronę wyjścia na klatkę. Czołgaliśmy się po podłogach, ścianach, co chwila coś spadało urwawszy się ze ścian. Wreszcie jakoś znalazłem się na klatce, gdzie schody były albo poskręcane, albo w ogóle urywały się w wielu miejscach. Trochę tak, jak w „Płonącym wieżowcu”, tylko znacznie ciaśniej. Cały dom chwiał się, nasuwało się skojarzenie z Krzywym Domkiem na Monciaku. Bardzo się bałem, na innych nie zwracałem uwagi, tylko myślałem w przestrachu trzymając się jakiegoś drutu: „Nie przeżyję tego, nie przeżyję! Boję się śmierci! Jak to możliwe, że nagle ja przestanę żyć? Przecież świat beze mnie nie ma sensu! Przecież to nie ma sensu, że ja przestanę istnieć!” Takie to egocentryczne myśli wykrzykiwały mi się w głowie w czasie tego snu, aż wreszcie wydostałem się z tego domu, i wtedy okazało się, że jest powódź. Na łódeczce, jak gdyby nigdy nic, podpłynął do mnie Włodek i powiedział, że mnie zabiera do siebie do Warszawy. Włodek faktycznie ma domek w Warszawie, w którym mieszka podczas wakacji. Więc popłynęliśmy tą łódeczką do Warszawy, a tam była rodzina Włodka. Oprócz Włodka wszyscy byli dla mnie bardzo niemili, i okazywali mi, że nie chcą mnie tam widzieć. Zwłaszcza Helenka, żona Włodka, nie była zachwycona, że Włodek przywiózł mnie do nich na swojej łódeczce.
    I taki to był sen. Obudziłem się z bardzo niemiłym uczuciem, czy wręcz z niesmakiem, i poszedłem się napić zimnej wody, bo po kilku łykach zimnej wody łatwiej o niemiłym śnie zapomnieć.

    Pół tygodnia temu śniła mi się dziewczyna o ognistych, czerwonych włosach spiętych z tyłu w ogromny, bufiasty koński ogon. Trzymała mnie za rękę i powiedziała, że mam ją zabrać na żaglówkę. Była bardzo wyzywająca, chciałem ją pocałować, ale ona położyła mi mocno dłoń na ustach, i powiedziała twardo zachrypniętym głosem: „Najpierw żaglówka!” Więc pojechaliśmy do jakiejś przystani na Kaszubach, i tam wypożyczyłem Nefryta – taką kabinową łódkę. Ona siedziała w kokpicie, a ja przygotowywałem łódkę do wypłynięcia. Wreszcie wszystko było już odwiązane i przygotowane do jazdy, odbiłem się od pomostu nogą i wydałem jej i sobie żeglarskie komendy. Ognistowłosa wybrała szot foka, czyli wyciągnęła linkę od przedniego, mniejszego żagla, a ja usiadłem obok niej i odebrałem jej ster. Ona popatrzyła na mnie z uwielbieniem i położyła swoją dłoń na mojej dłoni, która leżała na moim prawym udzie.
     Ognistowłosa była zachwycona. Obracała swą głową w prawo i w lewo: raz patrzyła przed siebie w stronę dziobu, a raz na mnie, ze szczerym podziwem. Gdy tak obracała swą głową, zauważyłem, że gumeczka na jej końskim ogonie powoli się ześlizguje z włosów, i jej włosy stopniowo zaczęły nabierać powietrza wydymając się jak papierowy balon gorącym powietrzem. Była coraz bardziej roześmiana. Wreszcie zacisnęła swoją dłoń na mojej dłoni, energicznie potrząsnęła głową, puściła żagiel, który zaczął mocno łopotać, i wolną ręką do końca zsunęła gumeczkę. Wtedy jej bardzo długie włosy rozwiały się na wszystkie strony, a ona spojrzała na mnie jeszcze bardziej wyzywająco.
    Byłem nieśmiało struchlały. Udawałem, że pilnie obserwuję sytuację na pokładzie i na powierzchni zmarszczonej szkwałami wody, ale w środku bałem się, że Ognistowłosa przejrzy mnie i zobaczy moją pustą duszę. I wtedy każe się natychmiast odwieźć z powrotem na brzeg, i skończy się moja przygoda z tą niesamowitą dziewczyną.
    A jednak stało się nieoczekiwane. Moja towarzyszka chwyciła się majtającego szota, pociągnęła go energicznie do siebie, jednocześnie patrząc się do tyłu na moją twarz. Poczułem się skrępowany.
    Wtedy ona pochyliła się mocno do przodu w moją stronę, oderwała lewą dłoń od mojego uda, chwyciła mnie tą dłonią za szyję, przyciągnęła się do mnie i... przywarła do moich ust swoimi ustami. I zaczął się ten długi, namiętny pocałunek. Pocałunek, który całkowicie mnie rozbroił.
    Sen trwał dalej, ale pocałunek wcale się nie kończył. Wreszcie oniemiały poczułem wyraźnie jej zimne usta na swoich zimnych ustach, i mogłem się na nich skoncentrować. Oddałem jej pocałunek. A właściwie oddawałem jej pocałunek. Bo on trwał i trwał. Ona coraz zachłanniej się we mnie wsysała i wcale nie myślała przerywać tego pocałunku.
    Nie będę tego dalej opisywał, bo jeszcze trafię do więzienia za rozpowszechnianie miękkiej pornografii. Powiem tylko, że Ognistowłosa wydawała z siebie coraz głośniejsze pomruki, coraz bardziej do mnie przywierając. Ostry, zimny wiatr prześlizgiwał się miedzy naszymi policzkami, Nefryt jak oszalały rozdzierał fale naprzód, a myśmy całowali się namiętnie już do końca snu. Nie potrafię powiedzieć, ile to dokładnie trwało – myślę, że około dziesięciu minut. Wreszcie obudziłem się, podniosłem się na kanapie zasapany, w końcu padłem z powrotem wyczerpany na prześcieradło, i nie miałem najmniejszego zamiaru biec do kuchni popijać zimną wodę. To, czego pragnąłem wtedy najbardziej, to wrócić do mojego snu. Niestety, okazało się to jednak niemożliwe. Ognistowłosej nie było mi już dane więcej oglądać.

    No a wczoraj w nocy śniły mi się plastelinowe ludziki. I mój kolega z czasów studiów, którego muszę najpierw opisać (zanim przejdę do tych ludzików). Otóż mój kolega na studiach był z nas wszystkich w grupie najbardziej pracowity. Chodził z nami co prawda po mieście po zajęciach, szlajał się z nami po barach i warszawskich kinach, ale dosyć wcześnie się urywał, żeby pognać do swego mieszkania na Starówce, by tam oddać się swojemu ulubionemu zajęciu – mianowicie zakuwaniu.
    Strasznie ten człowiek zawsze był obkuty. A do tego był całkiem zdolny. Nazywał się Petroniusz Hejka. W ten sposób zaszyfrowałem jego nazwisko. Tak naprawdę miał bardzo śmieszne nazwisko zaczynające się na H. To nazwisko bardzo pasowało do jego osoby, bo jego osoba też była bardzo zabawna. Kiedyś o nim więcej napiszę. Bo potrafił on robić różne rzeczy. Na przykład był to Człowiek Guma. To, co on wyczyniał ze swoimi członkami – to było dosyć niewiarygodne. Na przykład myśmy z Włodkiem chwytali go z obu stron pod ramionami, on stał na baczność i lekko rozwierał czubki swoich stóp. I myśmy z Włodkiem kopali go wtedy w te czubki stóp na zewnątrz, w ten sposób, że jego stopy okręcały się o 180 stopni wstecz, i Hejka stał znowu na baczność, ale jego stopy były odwrócone do tyłu. Więc jak ktoś stał z tyłu Petroniusza, to widział przed sobą stopy na baczność, ale też widział nie twarz Petroniusza, ale tył jego głowy i plecy. Dosyć zabawny to był widok.
    Jeżeli jakiś matematyk czyta tego bloga, to łatwo się domyśli, kim jest Petroniusz Hejka. Swego czasu słyszałem, że jest to najbardziej obiecujący matematyk w Polsce mojego pokolenia. Może to i prawda, ja tam nie znam się na przestrzeniach Sobolewa.
    W każdym razie Hejka ślubował w kościele, że nie ruszy alkoholu do któregoś tam roku życia. Ja go poznałem już w liceum na olimpiadzie matematycznej, i próbowaliśmy wtedy w niego wmusić chociaż łyczek piwa, ale on twardo odmawiał. Przysięga to przysięga – mówił.
    Potem ja pojechałem na studia do Warszawy, i wszyscy (było nas kilku) tam się spotkaliśmy niemal na jednym roku. Hejka był o rok niżej, ale często bywał na naszych zajęciach, bo on bardzo dużo rzeczy robił awansem. No i w końcu nas dogonił i znalazł się z nami na roku.
    Z Hejką i Włodkiem mieliśmy podobne poczucie humoru. Najbardziej lubiliśmy się śmiać z żartów, które opisywały budowę anatomiczną dziewczyn. Po prostu boki zrywać. Kiedyś z Hejką ścigaliśmy się, kto opowie więcej obrzydliwszych dowcipów, i wspólnie z Włodkiem ocenialiśmy, który dowcip był najbardziej obrzydliwy. Mieliśmy wtedy niezłą pamięć do takich dowcipów, pewnie dlatego, że wiadomo, co nam wtedy przede wszystkim chodziło po głowach.
    Jeden dowcip zaczynał się tak: „Co to jest dziewczyna?” Kiedyś być może Wam opowiem do końca ten dowcip, na razie się nie ośmielę, bo ten dowcip to kwintesencja męskiej lubieżności i chamstwa. Pewnie dlatego go zapamiętałem.
    Hejka lubił mnie chyba za to, że nigdy się na niego nie obrażałem. A ja go bardzo lubiłem za to, że on mnie lubił. Więc skoro go tak lubiłem, to rzeczywiście trudno mi było się na niego obrażać, i tak to się wszystko ze sobą zgadzało.
    A miałem za co się na niego obrażać. Bo przede wszystkim robił mi on bez przerwy głupie dowcipy. Do jego ulubionych było podkładanie mi na krześle mokrych, zużytych torebek herbacianych, które sobie przygotowywał zawczasu, gdy wychodziliśmy z naszego barku „Kubuś”. Często w czasie zajęć, gdy już sobie obok Petroniusza wygodnie usiadłem, po chwili czułem, że mi się pod tyłkiem w spodniach mokro robi. Było to bardzo niemiłe uczucie. Wyciągałem sobie wtedy ten woreczek spod tyłka, i jak prowadzący zajęcia odwrócił się o tablicy, to ja próbowałem wycisnąć do końca ten woreczek na zeszyt Hejki, albo próbowałem mu go wrzucić za kołnierz. Ale było to bardzo trudne, bo on zazwyczaj na zemstę był dobrze przygotowany.
    Więc z Hejką łączyło nas bardzo niewybredne poczucie humoru, myślę, że pod tym względem zatrzymaliśmy się obaj gdzieś na etapie przedszkola.
    No i potem ja wróciłem do Gdańska i zacząłem pracować na uniwersytecie. Wtedy Internet się dopiero zaczynał rozwijać, dopiero zaczynaliśmy się oswajać ze świadomością, że można napisać ot, tak po prostu list do kolegi w Warszawie, i on zaraz go będzie mógł przeczytać. Albo był taki program „Talk”, to był już zupełny odjazd: otwierały się dwa okienka, w jednym pisałeś ty, a w drugim twój rozmówca na drugim końcu Polski. A wkrótce taka bezpośrednia, darmowa łączność i z zagranicą dotarła do naszej świadomości. Ale jakiś czas człowiek musiał się z tym oswajać, nie od razu chciało się zaufać temu dziwnemu wynalazkowi - Internetowi.
    To wszystko było z początku dostępne tylko w instytucjach, takich jak mój Uniwersytet. Ludzie nie mający dostępu do takich instytucji słyszeli tylko o Internecie na tej samej zasadzie, na jakiej się obserwuje w telewizji lądowanie łazika za Marsie.
    No więc nawiązałem taką kosmiczną łączność najpierw z Włodkiem, a potem z Hejką. Hejka był wtedy niedawno w Gdańsku na konferencji naukowej chyba, i jeszcze wtedy nie miał swojej kobiety. Więc rozmawiało nam się co prawda już trochę na dystans (byliśmy już wszak świeżo upieczonymi pracownikami naukowymi), ale jednak ciągle po przyjacielsku.
    No i się potem zmailowaliśmy. Hejka napisał mi sensacyjną wiadomość, że właśnie poznał kobietę i jest zakochany.
    Cóż, za dużo oleju w głowie to ja wtedy nie miałem. Oczywiście przypomniałem sobie nasze dobre czasy, gdy żartowaliśmy z płci żeńskiej z ułańską fantazją i wyuzdaniem, i zapytałem nonszalancko i jowialnie Hejkę, czy jego ukochana „jest dobra w te klocki”. Jeszcze do tego dodałem jakiś niewybredny żarcik na tematy anatomiczne, i z niecierpliwością czekałem na równie inteligentną ripostę, po której będziemy, jak za dawnych lat, boki zrywać.
    Ha, niedoczekanie moje. Po kilku dniach dostałem strasznie grobowego maila: „Przesadziłeś, Maćku. Z mojej ukochanej (tu padło imię) nie wolno żartować. Moja narzeczona zapoznała się z twoim mailem i oboje postanowiliśmy, że nie będę z tobą utrzymywać więcej żadnych kontaktów. P. Hejka”
    Po prostu mnie zmroziło. Nie wierzyłem własnym oczom! To jest odpowiedź Petroniusza? Mojego kochanego Petrka, z którym doznałem tylu intelektualnych uniesień, rozmawiając, o czym dusza zapragnie? „Coś mu chyba padło na mózg!” - wykrzykiwałem zraniony do żywego.
    Cóż, dziś po latach wiem, że przyjaźń jest najbardziej deficytowym towarem na naszym padole. Ludzie są tak jej złaknieni, tak bardzo za nią tęsknią, tak bardzo jej im brakuje, że o tę właśnie rzecz – przyjaźń – są najbardziej zazdrośni. Spotkałem się wielokrotnie ze zjawiskiem, że wnerwiona kobieta robiła wszystko, by coś popsuć w więzach męskich przyjaźni swojego faceta. Podobnie często faceci z niepokojem się zastanawiają, o czym ich kobiety tam plotkują ze swoimi przyjaciółkami (czy czasem nie o nich samych). To jest po prostu zwykły niepokój o przyjaźń z najbliższą osobą, o którą się człowiek czasami za bardzo martwi. Czasem tym martwieniem właśnie powoduje, że osaczony partner, któremu zabrania się innych przyjaźni, traci miętę do swego zbytnio zaborczemu partnera.
    Krótko mówiąc – nie wierzę, że przyszła żona Hejki poczuła się dotknięta moim mailem. Podejrzewam raczej, że wyczuła w tym mailu zbyt daleko posuniętą zażyłość, a moje niewybredne żarty posłużyły jej tylko za pretekst.

    A teraz mój sen z wczorajszej nocy o plastelinowych ludzikach.
    Siedzieliśmy sobie spokojnie w audytorium w Pałacu Kultury na siódmym piętrze, my jako słuchacze słuchaliśmy, a Krych przeprowadzał swoje wywody i dowody z analizy matematycznej na zielonych tablicach. Jak zwykle czynił to z wdziękiem. Obok mnie siedział Hejka i pilnie wszystko notował, dookoła słychać było tylko skrobanie długopisów po skoroszytach, pochrząkiwanie, jakieś rzadkie szepty, a czasem dochodził też odgłos przełykanego kęsa bułki z szynką lub jajkiem nabytej w barku „Kubuś” na tym samym piętrze.
    Hejka poszturchiwał mnie co jakiś czas i szeptał mi do ucha: „Macieju, obudź się, uważaj, bo potem znowu nic nie będziesz umiał”, ja jednak nie potrafiłem przestać się zastanawiać, po co właściwie kupiłem to wielkie opakowanie plasteliny w dziale papierniczym w Domach Centrum. W końcu spojrzałem pod nogi, wyjąłem plastikową siatkę spod krzesła, a z niej wyciągnąłem moje nowe pudełko wielokolorowej plasteliny. Rozpakowałem tę plastelinę, i zacząłem z niej lepić małe ludziki. Hejka zacisnął pięść i walnął ze złością w mojego pierwszego ludzika, tak że z ludzika powstała wielka, kolorowa, plastelinowa moneta. „Jak mogłeś?!” - syknąłem do Hejki, a on postukał się w głowę i pokazał mi zapełnione różnymi symbolami zielone tablice. Wokół rozległy się śmiechy i chichoty, bo z górnych rzędów inni nasi koledzy i koleżanki podziwiali już moją sporą całkiem kolekcję plastusiowych, wielokolorowych ludzików. Zresztą koledzy przyzwyczajeni byli nie od dziś, że lubię robić podczas wykładów rzeczy raczej luźno powiązane z tematem zajęć.
    Na szczęście Hejka był tak zaabsorbowany notowaniem krychowych wywodów, że nie atakował więcej moich kolejnych małych przyjaciół, których powstawało coraz więcej. Było ich już chyba ze dwadzieścia, z tym, że nie wszystkie były ludzikami – były też różne niesamowite, nie do końca normalne zwierzątka. Całkiem fajna galeryjka się zrobiła, a Roman z rzędu wyżej nawet wyciągnął do mnie rękę i cicho poprosił, bym jedno zwierzątko mu podał, ale mu odmówiłem tłumacząc, że wszystkie mi są potrzebne. Zresztą musiałem mu to szybko wytłumaczyć, bo Krych się odwrócił i spojrzał na mnie groźnie. Na szczęście od niego z dołu nie było widać mojej plastelinowej trzódki.
    Gdy Krych z groźną miną powrócił do swoich zawijasów na tablicy, ja bacznie patrzyłem na moje maleństwa. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że one mają w sobie jakąś energię... tak, wyraźnie czułem, że one... żyją. Były przecież takie sympatyczne! I kolorowe! Patrzyłem na nie non-stop, a Hejka coraz częściej na mnie zerkał i stukał się w czoło.
    Nagle...! Boże drogi, tak, jeden z moich ludzików się poruszył! Tak, wyraźnie zauważyłem, że najpierw poruszył swoją nóżką, a potem pomachał do mnie swoją rączką. I się uśmiechnął! Szturchnąłem Hejkę, pokazałem na ludzika, szepnąłem z przejęciem: „popatrz, on się poruszył, poruszył...”, ale Hejka bąknął coś, co brzmiało jak „debil”, czy coś w tym rodzaju, i dalej pisał swoje szlaczki w swoim zeszycie.
    Ja jednak byłem mocno poruszony. Wpatrywałem się oniemiały w ludzika, i po dobrej chwili zauważyłem, że nie tylko on wykonuje małe, delikatne gesty. Cała moja trzódka sprawiała wrażenie, jakby się budziła. Nie mogłem tego nie pokazać Hejce. „Patrz, Petroniusz, patrz, na tego niebieskiego ludzika, i na tę zebro-wielbłądzicę, patrz szybko!” - wyjęczałem z przejęciem, Krych znowu na chwilę odwrócił głowę do widowni, a Hejka z wściekłością na mnie spojrzał, zauważył mój wzrok, spuścił swój wzrok na mój pulpit i... oniemiał! Też zauważył ruch wśród moich figurek!
    Rozejrzałem się wokół. Nikt prócz nas nic nie zauważył, wszyscy byli zaabsorbowani albo wykładem, albo czym innym, ale nikt nie patrzył na nas. Może to i dobrze.
    „Co robić, co robić?” - spytałem Hejkę, a ten jak osłupiały patrzył na poruszające się małe postacie, i wreszcie ochrypłym głosem wyszeptał: „Schowaj to szybko do torby! Szybko!” Zacząłem więc chować ludziki i zwierzątka do plastikowej torby, ale wcale nie było to łatwe, bo one stawały się coraz żywsze, i wymykały mi się spod palców. One po prostu... po prostu... uciekały! Więc szybko je wyłapywałem, Hejka też zaczął mi pomagać, cały czas się rozglądając, czy aby nikt nie widzi, co my wyprawiamy. I prawie by nam się udało, gdyby nie to, że powyłapywaliśmy PRAWIE wszystkie istotki. Prawie, bo dwa ludziki i konik dwugarbny zwiały nam na podłogę i zaczęły uciekać pomiędzy stopami naszych kolegów i koleżanek.
    Z torbą w ręku zerwałem się na równe nogi i zacząłem się przedzierać przez mój rząd, w stronę wyjścia. Tam uciekały moje plastelinowe wytwory. Wszyscy mi nerwowo ustępowali miejsca nie wiedząc, co się dzieje. „Co się, Piotrze Macieju (tak mnie nazywali) dzieje, pali się, czy co?”, ale ja na nich nie zwracałem uwagi, przedarłem się na schodki, zbiegłem po nich i zniknąłem w drzwiach wejściowych słysząc jakiś złowrogi okrzyk Krycha, ale nie miałem wyboru, bo moi uciekinierzy byli już na korytarzu. Tam też wypadłem jak bomba, a za mną po chwili wypadł Hejka zasapany, rozejrzał się to w prawo, to w lewo, po czym zakomenderował: „ty biegnij w stronę „Kubusia”, ja obstawię windy”. Miał bardzo poważną, ale i przestraszoną minę, popchnął mnie w stronę „Kubusia”, a sam poleciał w stronę wind. Nie było czasu do stracenia – zrobiłem tak, jak mi polecił.
    Za rogiem zauważyłem uciekającego ludzika w końcu korytarza, i zaczęła się pogoń. Biegaliśmy z Hejką po korytarzach (tam jest taki mały labirynt) co chwile się mijając i szybko naradzając, gdzie gonić za uciekającymi istotkami.
    I ta gonitwa trwała jakiś czas. Strasznie się zmachałem. Ale nie złapaliśmy moich trzech brakujących figurek. Przepadły na amen. Obudziłem się, i poszedłem po chwili do kuchni napić się wody, bo muszę przyznać, że zaraz po obudzeniu pierwsze, co zrobiłem, to było rozejrzenie się baczne po moim pokoju, czy nie widzę gdzieś czasem uciekających ludzików...
 
    Hejka, już po wygaśnięciu jego przysięgi, upił się przy mnie dwa razy na dwóch różnych  imprezach. Oba dwa razy po studiach, gdy się dwa razy spotkaliśmy. W obu przypadkach stało się coś dziwnego: gdy już porządnie się zataczał, w obu wypadkach uwiesił mi się na szyi, przymknął oczy, odchylił głowę do tyłu, i wybełkotał  coś takiego: „Jesteś, Maćku, moim jedynym prawdziwym przyjacielem” - brzmiało to niewyraźnie, więc powtórzył: „Jedynym”. Było to dla mnie w obu wypadkach dziwne wyznanie, bo nigdy nie czułem, żeby to było aż tak, a poza tym Hejka miał mnóstwo wokół siebie innych znajomych, którzy zazwyczaj bardzo go adorowali.
    Ale cóż: z jednej strony pijackie wyznania nie mają specjalnie zbyt wielkiej wartości; z drugiej podobno, gdy człowiek się upije, to już nic nie przeszkadza mu powiedzieć tego, co naprawdę tkwi w jego sercu.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
21 stycznia 2008

Kryzys

    Na giełdzie w ostatnim okresie spore nastąpiło tąpnięcie, jakoś zgrało się to z moim nastrojem, i ja też przez ostatnie tygodnie szwankuję ze swoim humorem. To, że mam jakieś oszczędności na giełdzie, nie ma żadnego dla mnie znaczenia. Mam to w tyłku. Przypadkowa zbieżność okoliczności. Kiedyś martwiłem się ruchami cen na giełdzie, teraz jest to dla mnie zupełnie obojętne, bo bardziej mnie obchodzi, co się ze mną fizycznie dzieje, niż co się dzieje fizycznie poza mną.
    Właściwie powinienem dzisiejszy wpis zatytułować „Zatory”, albo „Blokady”, bo na nic mi ostatnio nie przychodzi wena, nie mam żadnych pomysłów, a jeśli już mam, to właśnie pojawiają się zatory czy też blokady emocjonalne obracające w niwecz moje zamiary. Czuję różne opory, argumenty za i przeciw, roztrząsam włos na czworo, i to powoduje, że obracam się w miejscu jak listek w zatoczce rzeczułki, w której robią się wiry i nie ma decydującego prądu. Czasem sobie myślę: „zrób to czy tamto na siłę”, ale rozsądek mi podpowiada: „nie, nic na siłę; rób tylko wtedy, gdy wiesz, że jest to uzasadnione i rozsądne”. Zresztą czy ja wiem, czy to jest rozsądek? Może to jakaś ciapa we mnie bez przerwy mnie hamuje...
    Nie, nie, ja jestem prawie w stu procentach przekonany, że jest to głos rozsądku. Podpowiada mi to moja męska intuicja, która, mam nadzieję, ma jeszcze krztę rozsądku. Ale pewnym być tego nie mogę.

    Bo na przykład ten blog. Jest to mój właściwie jedyny przyjaciel. Mogę mu powiedzieć wszystko. Cokolwiek mi się podoba. Tylko on mnie wysłucha cierpliwie, i nie grozi mi martwienie się, czy to, co mu opowiadam, go nie zniechęci w pewnym momencie, i czy nie odwróci się on ode mnie i nie odejdzie. Nie mam pojęcia, kto go czyta, czy w ogóle go ktoś czyta, choć przypuszczam, że parę osób do niego zajrzy. Na przykład Albert albo Kaśka, moja znajoma, z którą nie mam jednak prawie żadnego kontaktu.
    Więc przeszedłem też kryzys poczucia sensu prowadzenia tego bloga, ale odezwał się do mnie Tolek, mój przyjaciel z dzieciństwa, który mieszka daleko daleko, i napisał, że fajnie mu się go czyta. A wczoraj była impreza u Alicji, było pełno ludzi z naszego teatru i nie tylko, i podwiozła mnie potem do Sopotu Alina z Krzyśkiem i jej siostrą, i Alina też powiedziała, że go czyta, i żebym go pisał dalej. No to trochę mi to dodało ochoty i otuchy, choć i tak czuję się nieswojo z powodu wielu sprzecznych ze sobą myśli i emocji.
    Jednak mam zamiar dokumentować swoje metamorfozy, bo chociaż czasem jest ciężko, to myślę, że zmiany we mnie idą w dobrym kierunku. Chciałbym, żeby po tym okresie mojego życia pozostał jakiś ślad, i w razie czego żeby był namacalny dowód, że można wyzdrowieć z tego paskudztwa, w którym ja się po uszy znalazłem.
    Poza tym mam parę przemyśleń, którymi chciałbym się w końcu podzielić, ale jakoś ciągle nie mogę do nich przejść. No bo to co mi się ciśnie na język, to przede wszystkim to, co mi się przydarza. Nie mógłbym ot tak sobie teraz pofilozofować o sieciach neuronowych, dajmy na to, bo czuję przymus wewnętrzny opisania ostatniej przeszłości: Wigilii w Siodełku, spotkania z Kleofasem przy komputerze, sylwestra, którego spędziłem w towarzystwie niezwykle religijnej Basi na skwerze Kościuszki w Gdyni pod gołym niebem (z Basią, koleżanką Telesfora z liceum, mam kontakt zwykle w sylwestra i w okolicy nocy świętojańskiej), mojego pierwszego od wielu miesięcy pójścia na basen z sauną, niezwykle interesującej rozmowy w naszym Dyskusyjnym Klubie Książki, mojej straszliwej choroby zwanej katarem, która męczyła mnie przez całe pięć dni, dokładnie wtedy, gdy Kleofas wylądował w szpitalu z podejrzeniem zapalenia wyrostka robaczkowego i z niewyobrażalnymi bólami brzucha, które już go złapały po raz pierwszy w Wenecji, gdzie pojechał ze swoimi przyjaciółmi na sylwestra. Do tego w naszym teatrze mieliśmy kilka ciekawych prób, bo przygotowujemy kilka spektakli naraz, i mój schizofreniczny umysł bardzo mi się przydaje w opanowaniu wielu, niezbyt co prawda skomplikowanych, ale jednak kilku ról: jestem kokonem, jestem wędkarzem, jestem Trynkulem, i tylko sobą wciąż być nie potrafię. A najbardziej to bym chciał być kochankiem, ale na to mój rozsądek już wcale wyrazić zgody nie chce.

    Przed chwilą wracałem kolejką z Wrzeszcza do Sopotu, i nagle wsiadła jakaś dziewczyna do zatłoczonego wagonu, a jednak miejsce naprzeciw mnie było wolne, i ona je zajęła. Przy uchu miała telefon komórkowy, i trajkotała w niego od wejścia mniej więcej tak: „i wiesz, ja wtedy na tej ulicy zauważyłam, że on widzi, że ja widzę, że on się na mnie patrzy..., ale widzę, że on udaje, że mnie nie widzi, jak ja go widzę, że on to zauważył...”
    Miałem natychmiast wielką ochotę jej przerwać: „a ja widzę, że pani widzi, że ja słyszę, jak pani udaje, że nie zauważa, że ja wcale nie udaję, że panią widzę, jak pani rozmawia...”, ale się powstrzymałem, i oto co usłyszałem dalej: „więc ja się wtedy odwracam, żeby on nie zauważył, że ja myślę, że on widzi, jak ja się na niego patrzyłam...”
    Znowu przyszła mi ochota, żeby jej przerwać, ale widziałem, że wielu stojących pasażerów dookoła się na nią patrzy, i nie chciałem, żeby oni zauważyli, że ja nie chcę, żeby ona zauważyła, że ja się boję, że oni usłyszą, jak ja do niej mówię, że ja słyszę, jak ona opowiada, że jego widziała. Więc z ulgą zauważyłem, że kolejka zatrzymuje się na stacji Sopot Główny, i jeszcze wychodząc usłyszałem za plecami: „i wiesz, ja nie wiem, czy to z nim jest coś nie tak, czy to we mnie samej jest coś nie w porządku.”
    Tak, ta dziewczyna sprawiła, że po chwili, już na peronie, przynajmniej na chwilę mój kryzys ustąpił miejsca cieplejszym uczuciom do całej ludzkości.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
3 stycznia 2008

Świadomi własnej świadomości

    Czasami, gdy się spotykam z Gotfrydem, rozśmieszamy się nawzajem wymyślaniem tak zwanych zdań zapętlonych. Są to zdania, w których jakieś wyrażenie odwołuje się do samego siebie. Taka szkatułka w szkatułce, lustro w lustrze. Nawiasem mówiąc spróbujcie kiedyś ustawić lustro naprzeciw drugiego lustra i zaglądnijcie z ukosa do jednego z nich. Ciekawy efekt. Operujcie też lusterkiem w trakcie tego doświadczenia.
    No więc kiedyś powiedziałem Gotfrydowi, by podał mi jakiś czasownik, a ja z tego zrobię zdanie zapętlone. On podał: „pić”. Z miejsca wypaliłem: „Wypijmy za to, żeby nie pić”. On wtedy wymyślił coś w stylu: „Żeby zrozumieć rekurencję, trzeba zrozumieć rekurencję”, co jest tym bardziej śmieszne, że rekurencja w matematyce to właśnie uzależnienie kolejnego elementu w ciągu poprzez ogólne odwołanie się do elementu poprzedniego. A więc totalne zapętlenie.
    Innym ciekawym przykładem jest: „Postanowiłem w sylwestra, że nic nie będę postanawiać w  sylwestra”. Jest to zdanie o tyle śmieszne, że autor tych słów jednak trochę sam sobie zaprzecza. Ale tylko trochę, bo w istocie jest to moim zdaniem najlepsze postanowienie, jakie sobie można w sylwestra założyć. Postanowienia w sylwestra, w ogóle wszelkie postanowienia, same z siebie, mają małą szansę na realizację. Co z tego, że sobie postanowię, że rzucę palenie, jak wykonywanie tego postanowienia mnie tak wykończy, że i tak złamię się i wrócę do nałogu? Będę wtedy czuł do siebie dodatkowo obrzydzenie, że nie potrafię wywiązać się z własnych postanowień.
    Wiem, wiem, już słyszę, że jeśli ktoś chce odejść od jakiegoś nałogu, na przykład narkomanii, to musi sobie to twardo postanowić. Ja jednak nie jestem za zrywaniem ze złymi nawykami na siłę, siłą woli. Mnie się wydaje, że lepiej podchodzić do złych nawyków sposobem. Nie przez rewolucję, ale przez ewolucję. Postanowienie jest rewolucją, która i tak przeważnie kończy się klapą. Lepiej negocjować ze swoim organizmem. Na przykład są jakieś plastry, z których ciało wchłania nikotynę. I przynajmniej dymu nie wciągamy do płuc, całej tej sadzy, która się wżera w komórki. Potem można zmniejszać stopniowo ilość tych plastrów. Albo pastylek. Nie znam się na tym, ale ja bym negocjował z organizmem, stopniowo zmniejszał dawkę, bo terapia szokowa odbije nas najprawdopodobniej jak piłkę.
    Do tego dobrze jest rozmawiać na temat swojego złego nawyku, dowiadywać się jak najwięcej na jego temat. Na przykład rzetelna wiedza o tym, co dany nawyk powoduje w naszym organizmie, może nas skutecznie zniechęcić do oddawania się temu nawykowi.
    Ja kiedyś, dawno temu, paliłem intensywnie papierosy przez około chyba dwóch miesięcy, może trochę dłużej, ale potem coś mnie odstraszyło, i mimo, że do dziś, gdy jestem zdenerwowany, czuję czasem chętkę na papierosa, to jednak moja świadomość skutecznie odrzuca tę pokusę. Bez problemu.

    Ale wróćmy do zdań zapętlonych. Więc ja już dawno postanowiłem, żeby w sylwestra nic nie postanawiać. Bo cóż to za dzień wyjątkowy, żeby akurat w niego coś w sobie zmieniać? Zmieniać się lepiej powoli, ale przez cały rok. Ot co.
    Cholera, wróćmy naprawdę do tych zdań zapętlonych, ciągle odbijam na boki. Zresztą a propos palenia, to słyszałem takie zapętlone hasło: „Rzuć palenie. Nie pal głupa”. O, to hasło może przez żart trafić do wyobraźni nieszczęśnika. I jest może nie tyle zapętlone, co jest w nim dwuznaczność.
    Innego zapętlonego sformułowania lubi używać Albert. Jak widzi, że jakaś „gwiazda” opowiada o tym, co u niej się je na Wigilię, to on się denerwuje, dlaczego on musi słuchać akurat tej osoby klepiącej jakieś trywiały. I wtedy on mówi, że te „gwiazdy” to są „osoby znane z tego, że są znane”. Znane powiedzonko, też zapętlone.
    W ogóle często się obecnie słyszy takie zapętlone zdanka. Ja też mam parę swoich. Na przykład: „Dobrze zrozumiałem, że warto pewne sprawy dobrze zrozumieć”, albo podobne: „Zdałem sobie sprawę, że dobrze jest zdać sobie sprawę z różnych rzeczy”.
    Podobnie zapętlone bywają programy komputerowe. Niełatwo jest napisać program, na przykład w Pascalu, który w efekcie swojego działania wydrukuje swój własny tekst, czyli tekst właśnie tego programu, który to drukuje. Ale jest to możliwe. W ten sposób właśnie podobno działają wirusy. Wirusy to programy, które kopiują same siebie, więc te nowe kopie robią dokładnie to samo, produkują swoje klony, i tak to się potem rozplenia po całym komputerze. Więc wirusy to też dobre przykłady zdań zapętlonych. Tyle, że zdań w języku komputerowym.
    Na tym właśnie polega życie. Organizmy się replikują. My, ludzie i zwierzęta, też replikujemy się podobnie jak wirusy. Albo wirusy podobnie jak my. To właściwie nie my się replikujemy, ale nasz kod genetyczny. My jesteśmy tylko nosicielami tego kodu (jest to ładnie opisane w „Samolubnym genie” Richarda Dawkinsa). Gdy ktoś ma dziecko, to kod dziecka jest repliką kodu rodzica. Niedokładną repliką, bo na tym polega ewolucja, że kod mutuje, między innymi dlatego, że jest dwoje rodziców, ale nasz gatunek tak świetnie sobie radzi, bo kolejne pokolenia to prawie dokładne repliki poprzednich pokoleń: mamy ręce, nogi, głowę, te same narządy wewnętrzne, które się generalnie szybko nie zmieniają w toku ewolucji. Bo dobrze służą i służyły naszemu gatunkowi.
    Ale kto wie – może kiedyś człowiekowi wyrosną skrzydła. Wtedy Zygfryd będzie mógł polecieć do Edynburga już zupełnie za darmo (choć pewnie dużo wyda na jedzenie).
    Pewien matematyk - Kurt Gödel – zwrócił uwagę, że zdania nie powinny być zbyt zapętlone (czyli nie powinny odnosić się same do siebie), bo grozi to niemożnością sprawdzenia ich prawdziwości. Na przykład zdanie „Właśnie teraz mówię prawdę” nie może mieć określonej wartości logicznej (prawda - fałsz), bo zarówno założenie, że jest ono prawdziwe, jak i założenie, że jest fałszywe, nie prowadzi do sprzeczności. Sprawdźcie! Odwrotnie natomiast zdanie: „Właśnie teraz kłamię”. Nie może mieć ono przyporządkowanej żadnej wartości logicznej, bo: jeśli osoba je wypowiadająca mówi prawdę, to z tego zdania wynika, że kłamie – sprzeczność; a jeśli kłamie, to ze zdania wynika, że mówi prawdę – też sprzeczność. Więc pierwsze zdanie jest nierozstrzygalne, a drugie wprost przeciwnie: wewnętrznie sprzeczne. Obie sytuacje nie są dla nas przyjemne.
    Gödel wsławił się tym, że stwierdził, że aby badać jakąś teorię X z zewnątrz, trzeba stworzyć inną teorię (metateorię) MX, która będzie mówić coś o zdaniach tamtej teorii X. Zdania teorii X potraktujemy jako ciągi określonych symboli ustalonych według jakichś reguł (gramatyki). W ten sposób Gödel liczył na to, że się nie zapętli. I się nie przeliczył! Potraktował na przykład aksjomatykę Teorii Mnogości (tzw. aksjomaty Zermelo-Fraenkla – ZF – na tym opiera się cała tradycyjna matematyka) jako zdania-cegłówki, z których wynikają inne zdania, i udowodnił, uwaga, że nie da się udowodnić niesprzeczności Teorii Mnogości, to znaczy, że niewykluczone, że kiedyś jakiś uczeń liceum znajdzie sprzeczność w matematyce, i nic na to nie będziemy mogli poradzić, chyba że zmienimy aksjomaty ZF, całą matematykę dotychczasową wyrzucimy do kosza i zabierzemy się za nową matematykę, opartą na nowych aksjomatach (ale znów być może niesprzeczność naszej nowej aksjomatyki będzie nierozstrzygalna, co znów będzie grozić zawaleniem się matematyki po kilkuset latach za sprawą jakiegoś licealisty). Na razie jednak matematycy wierzą, że ich matematyka się nie zawali, ale Gödel udowodnił, że mogą oni sobie tylko w to wierzyć, a do końca świata się nie dowiedzą, czy w ich pracach nie ma ukrytej sprzeczności. No chyba, że jakiś uczeń z liceum znajdzie w czasie zdawania matury jakąś sprzeczność, i wszyscy matematycy dowiedzą się, że ich ukochana matematyka jest sprzeczna, i wpadną w depresję. Bo tego, że ich matematyka jest niesprzeczna, nigdy na pewno się nie dowiedzą! Tego właśnie dowiódł Gödel.
    A zatem ustalmy dwa podstawowe fakty: 1) w obrębie matematyki są różne teorie; 2) matematyka może badać samą siebie tylko w tym sensie, że bierzemy pod lupę jedną z teorii, a do badania tej teorii używamy drugiej, niezależnej teorii, zwanej metateorią. Ta sama teoria nie może badać samej siebie, bo się zapętlimy.  Gödel to przeczuwał, i dlatego dowodząc swoich słynnych twierdzeń nie zapętlił się (bo dowiódł on też kilku innych, równie doniosłych twierdzeń, np. że aksjomatyka Peano liczb naturalnych nie jest zupełna, tzn. istnieją tam zdania niezależne, tzn. którym nie da się zaprzeczyć, ale i których nie da się wywieść na gruncie tej aksjomatyki).
    Niestety, nie zapętlił się tylko, jeśli chodzi o matematykę. Jak słyszałem, w późniejszym wieku pogorszyło mu się. Otóż gdy w urzędzie przyznającym obywatelstwo amerykańskie zażądano od niego przysięgi wierności konstytucji USA, on postanowił wpierw ustalić, czy konstytucja ta, jako zbiór założeń, jest wewnętrznie niesprzeczna, co oczywiście nie było łatwe, bo konstytucja może jest zbiorem aksjomatów, ale nie matematycznych, a odnoszących się do życia społecznego obywateli. A przecież wiemy, że życie to nie matematyka – ja się o tym przekonałem na własnej skórze bardzo dobrze. Więc on zaczął badać niesprzeczność wewnętrzną konstytucji, a jego koledzy, między innymi niejaki Albert Einstein, postanowili go do urzędu amerykańskiego doprowadzić siłą i zmusić go do przyjęcia tego obywatelstwa bez upragnionej pewności niesprzeczności rzeczonej konstytucji. Czy im się to udało, nie wiem. Wiem jednak, że bzikowanie wśród matematyków było w historii dosyć powszechne. Były i samobójstwa, bo w matematyce dosyć łatwo się zapętlić, co może prowadzić do niezłej frustracji.
    Ja być może w przyszłości kiedyś wrócę do matematyki, ale wpierw chcę przeprowadzić ścisły dowód, że wracając do niej nie zbzikuję po raz drugi. O pomoc poproszę Gotfryda, Bartłomieja i Gienia. Kim jest Gienio – o tym za chwilę.
    Czasami mówi się też w tym kontekście o metamatematyce, ale nie radzę nikomu zagłębiać się w tę dziedzinę. Jeśli jednak czujecie wewnętrzny przymus, by wejść w ten obszar, skontaktujcie się z Zakładem Teorii Mnogości (tak on się chyba nazywa) w Instytucie Matematyki na UG, tam właśnie pracuje mój kolega Gienio, który jest już po habilitacji, myślę, że on wie o wiele więcej ode mnie o Teorii Mnogości i Logice. Ja kiedyś miałem fioła na punkcie Teorii Mnogości i Logiki, fascynował mnie na przykład dowód tego, że na płaszczyźnie jest tyle samo punktów, co na prostej, choć jeden z tych zbiorów zawiera się w sposób istotny w drugim, ale na prostej jest jednak w pewnym sensie więcej punktów niż liczb naturalnych, choć oba te zbiory są nieskończone (liczby naturalne to 1,2,3,... itd., aż do nieskończoności).
    Fascynował mnie też dowód, że nie istnieje zbiór Ω wszystkich zbiorów. No bo gdyby istniał, to można by w nim wydzielić zbiór A tych i tylko tych zbiorów, które same do siebie jako element nie należą. A zatem rozważmy pytanie: czy zbiór A sam do siebie należy? Jeśli przeanalizujecie definicję zbioru A, to zauważycie, że gdyby A do siebie należał jako element, to w myśl definicji by do siebie nie należał, a gdyby do siebie nie należał, to by do siebie, w myśl definicji, należał. Sprzeczność.
    A zatem zbiór A nie istnieje, więc i super-zbiór Ω nie może istnieć. Co wydaje się dziwne: jak to, nie możemy sobie po prostu wziąć wszystkich możliwych zbiorów, i rozważyć sobie tego zbioru wszystkich zbiorów jako zbiór?!
    Wychodzi na to, że nie możemy.
    Kiedy tak rozważałem różne tego typu dowody, poczułem w pewnym momencie, że jeszcze trochę, a sam stanę się zbiorem wszystkich zbiorów. Głowa mi puchła od środka, i aby nie wylądować w szpitalu psychiatrycznym w kaftaniku zapinanym od tyłu, zarzuciłem Teorię Mnogości. Nic to jednak nie dało. Kilka lat później i tak znalazłem się dwukrotnie w klinikach, za pierwszym i drugim razem spędzając w nich równo po miesiącu.
    Ale nie winię matematyki za to. Tu zawiniło co innego, nie mającego z matematyką nic wspólnego.
    Jednak wracając do domniemanego zbioru Ω, jak zapewne widzicie, ocieramy się tu o tzw. Absolut. Bóg ma być przecież taką istotą, która zawiera wszystko, a więc i samą siebie. Więc tu podobnie można by rozumować: czy Bóg, istota wszechmogąca, może stworzyć kamień, którego sam nie mógłby podnieść? Gdyby mógł stworzyć, to nie mogąc podnieść kamienia nie byłby wszechmogący, a gdyby z kolei nie mógł stworzyć tego kamienia... też nie byłby wszechmogący! A zatem Bóg Wszechmogący nie może istnieć!!!
    Rozumowanie powyższe to oczywiście żart, nigdy chyba nie uda się udowodnić NIEISTNIENIA ŻADNEGO BOGA, ale to nie powód, by wierzyć w JAKIEGOKOLWIEK boga (a było ich sporo, tych bogów, w historii wierzeń człowieka). Nie udowodnię też przecież, że gdzieś we Wszechświecie nie ma gatunku wielbłąda o pięciu nogach, ale to nie powód, bym dziś wierzył w istnienie takiego wielbłąda.
    A wracając do zdań zapętlonych typu „myślę, że myślę”, to jeżeli sobie dobrze uświadomicie, że jesteście świadomi istnienia własnej świadomości, i w ten sposób zaczniecie KRYTYCZNIE OBSERWOWAĆ swoje własne myśli (które czasami natrętnie wbrew Waszej woli produkuje Wasz mózg niezależnie od Waszej świadomości), prawdopodobnie już nic nie uratuje Waszej schizofrenii – w tym momencie będziecie mieli dużą szansę na wyzdrowienie. Dajcie sobie tylko na to trochę czasu. Może nawet kilka bolesnych, ale jakże ciekawych lat.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
31 grudnia 2007

Parabole tańczą

    Jak już opisywałem, w środę 12 dni temu chcąc nie chcąc wczesnym popołudniem uratowałem Orunię od całkowitego zniszczenia. Gdy tylko oddaliłem się nieco z miejsca wypadku, otrzepałem się, splunąłem przez lewe ramię, pomyślałem „Jeszcze tu wrócę!”, i udałem się do Wrzeszcza celem spisania w zaciszu domowym u Hilarego moich wrażeń z miejsca pracy dróżniczki przy przejeździe kolejowym. Tekst miał zostać wysłany w wersji angielskiej do Zambijczyków, by ich zainspirować do stworzenia swojej części spektaklu.
    Musiałem się śpieszyć. Byłem umówiony na 18-tą z Alą i Antoniem. Sam bałem się przetłumaczyć swój tekst, wolałem to powierzyć Ali, którą podziwiam za wyczucie i klasę osobistą.
    A oto mój tekst:

Domek dróżniczki

    Dworek Artura, w którym zbiera się nasza grupa i w którym odbywamy nasze teatralne zajęcia, znajduje się na Orunii – dzielnicy Gdańska, która leży na obrzeżach miasta. Nieopodal biegną tory kolejowe, a jakieś 200 metrów od Dworku znajduje się stacja kolejowa, przejazd i przejście drogowe przez tory, oraz domek dróżniczki.
    Po obu stronach tego przejścia stoją szlabany – te dla samochodów i te dla pieszych. Gdy ma przejechać pociąg, najpierw zamykają się szlabany dla samochodów, a dopiero krótko przed nadejściem pociągu zamykają się szlabany dla pieszych. Tymi szlabanami steruje dróżniczka, która siedzi w małym domku i obserwuje sytuację na torowisku.
    Chcieliśmy porozmawiać z dróżniczką. Długo się zastanawialiśmy (ja i Joanna), jak podejść do okienka i rozpocząć z nią rozmowę, aż zauważyłem, że zza szyby dróżniczka patrzy na nas podejrzliwie.
    Jakaś dziewczyna podeszła do nas i spytała nas o jakiś pociąg, który miał się tu niedawno zatrzymać, pokazałem jej dróżniczkę i poradziłem, by się jej spytała. Dziewczyna skorzystała z naszej rady.
    W końcu i my zebraliśmy się na odwagę i podeszliśmy do okienka dróżniczki. Pokazaliśmy aparat i poprosiliśmy o chwilkę rozmowy na temat jej pracy, ale dróżniczka pokręciła głową, zrobiła surową minę i oznajmiła, że jej praca jest zbyt absorbująca, by znalazła dla nas chwilkę i mogła się oderwać od pola jej obserwacji. Było nam trochę żal, ale ja przewidziałem taki obrót sprawy – w końcu mogliśmy zagadać dróżniczkę, a jakiś pociąg mógłby się w tym czasie władować na spokojnie przejeżdżające samochody i maszerujących przechodniów.
    Więc oddaliliśmy się od domku dróżniczki, która, jak zauważyłem, jeszcze bardziej na nas podejrzliwie zza swojej szybki patrzyła, i skupiliśmy się na rozmowie o tym, skąd się bierze chaos w myślach człowieka.
    Z obu stron torowiska gromadziły się na zakręconej drodze wybrukowanej kocimi łbami dwie kolejki wyczekujących samochodów i dwie grupki pieszych. A my poszliśmy wzdłuż jednego z peronów obejrzeć wiatę dla podróżnych. Była to bardzo odrapana, zniszczona, dziurawa, metalowo-drewniana budka, pod którą strach było stanąć. Złowrogie napisy pod adresem polskich polityków, okrzyki piłkarskich kibiców i różne inne wulgaryzmy nie dodawały odwagi.
    Joanna po drugiej stronie torów, za płotem, zauważyła blok mieszkalny (stoi ich tam kilka), na którym wielkimi zielonymi literami było wymalowane: „Chuligani Wolnego Miasta”.
    Bo Gdańsk, musicie wiedzieć, był kiedyś Wolnym Miastem.

    Taki mi oto wyszedł tekst, i na osiemnastą pojechałem do Gdańska Głównego do Ali i Antonia go przetłumaczyć. Niestety jednak ich nie zastałem. Speszony, zacząłem schodzić w dół zakorkowaną ulicą, zastanawiając się mocno, co począć. Już zamierzałem samemu przetłumaczyć tekst moją kulawą angielszczyzną, gdy usłyszałem klakson i zobaczyłem jadący z przeciwka samochód. Korzystając z korka samochód się zatrzymał, drzwi się otworzyły i zobaczyłem Alę, Antonia i Marysię zapraszających mnie do środka. „Wsiadaj, Maciek, zapraszamy cię na pizzę”. Wsiadłem i spytałem „A co z tekstem?”, ale Antonio zarządził, że pojedziemy do pizzerii na Długą i tam go przetłumaczymy. Skoro tak, to dobrze. Nawet zrobiłem się głodny, bo u Hilarego niewiele zjadłem.
    We włoskiej pizzerii na Długiej (nie pamiętam jej nazwy) było bardzo przytulnie, i już mieliśmy zabrać się za mój tekst, ale Marysia zaczęła biegać po stromych drewnianych schodach, więc powiedziałem, że idę ją asekurować (ona ma dopiero trzy latka, kończy w tym miesiącu). W tym czasie Ala usiłowała przetłumaczyć mój tekst, jednak Antonio ją zagadywał, no i w ogóle było tam gwarno, jak to w restauracji. Więc gdy w końcu namówiłem Marysię, by zrezygnowała z tych stromych schodów, i zeszliśmy razem do jej rodziców, Alicja oznajmiła, że przetłumaczy mi tekst o dróżniczce na jutro, w domu. Zacząłem strasznie jęczeć, bo w czwartek to miało już rano być wysłane, więc Ala się zgodziła, że po pizzy jedziemy do nich i mi to wtedy spokojnie przy mnie przetłumaczy.
    Pizza im bardzo smakowała, ja natomiast zamówiłem makaron w jakimś sosie czosnkowo-grzybowym, jednak byłem tak zaabsorbowany swoim tekstem, że nie pamiętam, czy mi smakowało.
    W domu Antonio zaprowadził mnie na górę do swojej pracowni, gdzie puszczał mi różne spokojne kawałki Katie Melua. Katie Melua to Gruzinka, która z rodziną wyemigrowała na Zachód, jest chyba teraz w Wielkiej Brytanii i ma tam swoje własne studio. Jak dla mnie ona jest trochę za słodka i za spokojna, ale zauważyłem wspólny mianownik między nią, Susan Vega czy Dido. Wszystkie trzy bardzo kojąco działają na nerwy. Antoni puszczał mi jeszcze jakąś czwartą bardzistkę, ale nie pamiętam jej nazwiska. Myślami byłem przy Ali, która na dole tłumaczyła mój tekst o dróżniczce.
    Wreszcie Ala przyszła oznajmiając, że tekst po angielsku jest gotowy. Zabrało jej to niecałą godzinę. A oto ten tekst:

The Gatewoman’s House

    The Artur’s Little Court in which our group gathers and where we hold our theatrical workshops is located at Orunia - the district of Gdańsk at the city outskirts. Nearby, there are railroads, and about 200 meters from the Court there is a train station, a pedestrians’ crossing and a road cutting across the track – and a gatewoman’s house.
    On both sides of this crossing there are toll-bars – one for the cars and one for the pedestrians. When the train is about to run, first they close the toll-bars for cars, and then, only a moment before the coming of a train – the ones for pedestrians. Those toll-bars are operated by a gatewoman who sits in a small house and observes a situation on the tracks.
    We wanted to talk with the gatewoman. We wondered for a longer while (me and Joanna) how to approach a tiny window and start a conversation with her, when I noticed that the gatewoman looks at us suspiciously from behind the windowpane.
    Some girl came up and asked about a train that was supposed to stop here not long ago. I pointed at the gatewoman and advised the girl to ask her. The girl used our piece of advice.
    Finally, we have also pulled up out strengths and came closed to the gatewoman’s window. We showed her our camera and asked for a few minutes of conversation about her work. The gatewoman, however, shook her head and made an austere face – she said that her work is too absorbing to find a moment for us, she cannot afford losing even a moment from observing the area. We felt a bit sorry but I expected this was coming – after all, during our exchange with a gatewoman some train could easily hit serene vehicles or marching pedestrians.
    So, we departed the gatewoman’s house who, as I noticed, looked at us from behind the windowpane even more suspiciously. We focused on discussing where chaos in human thinking came from. On both sides of a railroad at a wind-up road gathered two lines of waiting cars and two groups of pedestrians. And we went along one of platforms to have a look at a shelter for travelers. It was a very shabby, full with holes, wrecked shelter – one would fear to get inside. Angry writings addressed to Polish politicians, hollers of football funs and other vulgarisms were rather discouraging.
    Joanna noticed on the other side of the track, behind a fence, a block of flats (there are several of them standing there), on which they painted with green letters: Hooligans of the Free City.
    Since Gdańsk, You must know, was once the Free City.

    Postanowiłem obie te wersje tekstu przytoczyć, bo uzmysłowiłem sobie potem dosyć ważną rzecz. Otóż na drugi dzień dostałem maila od Weroniki, która zajmuje się kontaktem z naszymi afrykańskimi partnerami i z Liverpool'em, że tekst jej się bardzo podoba. No tak – pomyślałem sobie wtedy – ale co ja bym zrobił bez Alicji-tłumaczki? I wtedy zdałem sobie sprawę, jak dobrze jest znać różnych ludzi, którzy potrafią coś dobrze zrobić w jakiejś dziedzinie. Człowiek sam niewiele jest w stanie zrobić, ale jeśli ma wielu znajomych różnych specjalności, to może tak skoordynować swoje działania, że może wyjść coś naprawdę fajnego.
    Ja, po swojej długiej nieobecności w społeczeństwie, nie mam zbyt wielu znajomych. I to się musi zmienić. Warto mieć wielu znajomych, bo wtedy człowiek jest w stanie wiele wspólnie z innymi zrobić. Mówię tu o praktycznych korzyściach, całkowicie pomijam aspekt przyjaźni i obdarzania się sympatią ot tak, po prostu.
    Jednak nam, ludziom z chaotycznym sposobem myślenia, trudno zdobywa się przyjaźnie. Ba, czasem ktoś chce się z nami zaprzyjaźnić, ale my uciekamy lękliwie bojąc się kolejnej katastrofy i zawodu, które bardzo bolą, jak zapewne zauważyliście.
    My, ludzie z chaotycznym sposobem myślenia, potrzebujemy przyjaźni, jak wszyscy na tym globie. Ale nam jest ciężko. Ja postanowiłem wyzdrowieć. Zrozumiałem jedną podstawową rzecz: schizofrenia polega głównie na zakłamaniu umysłu (jest to moje osobiste zdanie!), a więc chcąc się wyleczyć trzeba ten umysł odkłamać. Najlepiej odkłamuje się umysł poprzez poznawanie prawdy, a więc na uczeniu się prawdziwych, sprawdzonych faktów i umiejętności. Czyli krótko mówiąc moim zadaniem dobrze jest niejako uczyć się wszystkiego od początku, ale teraz już uważając, by nie dać sobie wcisnąć kitu (po raz drugi). Jedną z ważniejszych umiejętności jest umiejętność nawiązywania nowych kontaktów. I tu trzeba zrozumieć jedną podstawową rzecz: ludzie zazwyczaj nie lubią nawiązywać kontaktów z litości, czy może lepiej powiedzieć: z empatii. Ludzie zazwyczaj lubią nawiązywać kontakty z osobami, które coś sobą reprezentują, czyli osobami, które mają coś do zaoferowania. Tak, musimy się z tym pogodzić, że tak to jest. Dlatego warto jest umieć różne rzeczy, warto wiedzieć różne rzeczy, bo wtedy mamy coś do zaoferowania innym, i tym samym łatwiej nam będzie nawiązywać kontakty. Proste!
    Przy okazji, zdobywając wiedzę i umiejętności, odkłamujemy swój umysł i stajemy się poprzez to mniej zwariowani, i dzięki temu bardziej atrakcyjni. A więc same korzyści!

    Czasem wyobrażam sobie kobietę. Że o niej myślę i marzę. Takie tam wirtualne, abstrakcyjne marzenia. Ale cóż – serce nie sługa: bierze te figle wyobraźni na serio. W ten sposób rodzi się we mnie poeta, który ostatnio, ku mojemu przerażeniu, napisał coś takiego:

Myślę o tobie

Koniec roku się zbliża,
a ja myślę o tobie.
Twoja osoba miesza
mi się z tym, co robię.

Mam plany, wielkie plany;
chcę pasją żyć – niepohamowany.
A jednak czasem serce mi się ściska:
czyżbyś była mi aż tak bliska?

    Czytając powyższe dzieło sam nie wiem, czy śmiać się, czy płakać. Więc żeby jednak się śmiać, polecam na pl.youtube.com wpisać w wyszukiwarce hasło: „Chrześcijanin tańczy”, i tam wyskoczy dużo filmików do wyboru. To wybierzcie wtedy filmik z podpisem: „Fragment programu „Ziarno””, albo „zajebiste... Chrześcijanin tańczy”. Te dwa filmiki to oryginały z programu tv - prawie to samo. I to są oryginały. Ale potem są przeróbki. Niektóre niesmaczne, ale obejrzyjcie „Chrześcijanin tańczy – freefall (jump style)”, a potem w wyszukiwarce wpiszcie znów „Parabole tańczą”, i wybierzcie filmik z podpisem „tańczą tańczą :D... parabole tańczą śmieszne”.
    Kleofas mi to pokazał, bardzo mi się spodobało.
Krzysiek na YouTube zamieścił też nasz filmik z tego spotkania, gdy robiliśmy tło dźwiękowe dla Zambijczyków. To właściwie nie filmik, tylko sekwencja zdjęć z naszymi muzycznymi improwizacjami w tle. Trwa to 2 i pół minuty. Wystarczy w wyszukiwarce YouTube wpisać: music_mirror.

    W czwartek 11 dni temu miałem ciekawą przygodę w Empiku na Monte Cassino w Sopocie. Otóż pytałem w punkcie informacyjnym o wspomnianą przeze mnie książkę Arnhild Lauveng „Byłam po drugiej stronie lustra – wygrana walka ze schizofrenią”. Dosyć długo i głośno tłumaczyłem, o co mi chodzi, aż kilka osób już ustawiło się za mną w kolejce. Pani w punkcie informacyjnym jednak powiedziała, że na razie nie mają tej książki, ale mogą zamówić. Okey, przyjąłem to do wiadomości i odchodzę od niej w kierunku wyjścia. Nagle drogę zastępuje mi jakaś inna pani (klientka) z błyskiem w oku i szatańskim uśmieszkiem na ustach, i pyta: „Zależy panu na tej książce?” Trochę się speszyłem, ale potwierdzam, że tak. „Tak się składa, że jestem jej wydawcą” - oznajmiła, wyjaśniając przy okazji, że przechodząc obok usłyszała, jak pytałem o tę książkę. Powiedziała, żebym na nią chwilę zaczekał, ona coś chce kupić, i już po chwili szliśmy do jej biura dwie ulice dalej. „Ale miał pan farta!” - kilka razy wykrzyknęła, zaśmiewając się ze zbiegu okoliczności. Przy okazji pogadaliśmy trochę o schizofrenii i o spotkaniu w kawiarni Atelier z norweską pisarką, które niestety przegapiłem. Już w jej biurze zobaczyłem na półce sporo egzemplarzy książki (pewnie ciągle tam są), mogłem kupić w promocyjnej cenie, a do tego Pani Wydawca dała mi egzemplarz z autografem (po polsku): „Z najlepszymi życzeniami od Arnhild Lauveng”. Byłem wniebowzięty. Bezczelnie poprosiłem jeszcze o wizytówkę, na wypadek, gdybym kiedyś napisał zbiór opowiadań i chciał Panią Wydawcę nim zainteresować.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
24 grudnia 2007

Trzcina

    Bardzo mi imponuje pewne urządzenie. Mianowicie jest to rura blaszana przypominająca dolną część rakiety kosmicznej, z jednej strony ma średnicę około pół metra, potem się lekko rozszerza, potem trochę szybciej, by wreszcie osiągnąć średnicę ok. 80cm.
    Zagadka: do czego rura ta służy? Odpowiedź zamieszczę gdzieś w środku tego wpisu. Dla ułatwienia dodam, że rura ma długość około metra i jest bardzo potrzebna w przedświątecznym czasie.
 
    W przedostatnim tygodniu w poniedziałek więc zrobiliśmy ten film o dróżniczce, co nie chciała gadać z nami, a potem już mnie kompletnie rozłożyło – cały tydzień nigdzie się nie ruszałem, na zajęcia teatralne po prostu nie mogłem pójść, bo bym tylko rozmyślał i rozsiewał smutek, czego nie chciałem robić, bo rozsiewać smutek jest łatwo, a wyplenić go potem trudno.
    Minął więc ten smutny tydzień, i znów nadszedł poniedziałek – tydzień temu. Trochę się rozchmurzyłem i wybrałem się do Empiku na głównym deptaku w Sopocie. Tam postanowiłem sobie zrobić prezent, i kupiłem płytę Natalie Imbruglia. Ot tak, dla podniesienia morale. Gdy wyszedłem ze sklepu, miałem podniesione morale, ale też strasznie się poczułem podniecony i rozdygotany. Najśmieszniejsze było to, że nie miałem żadnego powodu. Wyciągnąłem więc z kieszeni pół tabletki Zolafrenu i połknąłem bez wody, używając do tego jedynie gruczołów ślinowych. Zajęło mi to pół minuty, bo nie łatwo mi jest tak cokolwiek połykać na sucho. Stałem więc na Monte Cassino i przez pół minuty gromadziłem ślinę potrzebną do połknięcia pół tabletki, które było mi potrzebne dla uspokojenia rozdygotanych nerwów. I rzeczywiście, po chwili już byłem tak spokojny, że chętnie bym się położył spać, ale niestety na ulicy spać byłoby trudno, więc postanowiłem sobie gdzieś przysiąść. Idę więc sobie pod górę i wypatruję czegoś zachęcającego, i patrzę – o! tu jeszcze nie byłem – lokal na rogu naprzeciwko sklepu Rossmann, a lokal ten nosił wdzięczną nazwę „Czekolada”. „Wejdźmy tam i skosztujmy czekoladę na gorąco, jeśli w ogóle ją mają” - pomyślałem zaczepnie i wszedłem do lokalu o nazwie „Czekolada”.
    Lokal „Czekolada” był kompletnie pusty, wypełniony był natomiast skoczną muzyką z lat sześćdziesiątych, trochę może za głośną, ale trudno. Usiadłem na wygodnej czerwonej kanapie tworzącej z inną kanapą i fotelem miły zakątek. Po chwili podeszła do mnie kelnerka o urodzie Michelle Pfeiffer, więc bardzo mi się z urody spodobała, bo ja bardzo lubię z urody Michelle Pfeiffer, jak 90 procent facetów na świecie. Zresztą Michelle też jest fajna z charakteru – czytałem z nią niedawno wywiad, bardzo trzeźwo się tam wypowiadała na różne tematy, na przykład powiedziała, że tych 90% facetów się strasznie myli, że ona nie jest wcale taka fajna w życiu prywatnym, jak oni o niej myślą. Więc stwierdziłem wtedy, że jest fajna, skoro mówi o sobie, że nie jest wcale taka fajna, lubię ludzi, który są krytyczni wobec samych siebie. Zwykle ludzie o sobie nic nie mówią, albo jeśli już coś o sobie mówią, to że są fajni.
    Kelnerka nie mówiła o sobie, że jest fajna, za to fajnie się uśmiechnęła i spytała mnie, czego sobie życzę. Zażyczyłem sobie karty, a gdy już ją przeglądnąłem, zażyczyłem sobie naleśników z owocami i gorącej czekolady. Najpierw kelnerka podobna do Michelle Pfeiffer przyniosła mi czekoladę w szklanej, przezroczystej filiżance, i mówię Wam, takiej czekolady dawno nie piłem: gorąca, gęsta jak wulkaniczna lawa, słodko-gorzka, o gęstym, drażniącym jak papierosowy dym zagęszczonym zapachu gęstej czekolady. Popijałem małymi łyczkami, a te łyczki były bardzo szybkie, więc niestety czekolada szybko mi się skończyła. Ale naprawdę była pyszna, warta siedmiu złotych, jak najbardziej.
    Potem czekałem na naleśniki z owocami i nie zasnąłem tylko dzięki skocznej muzyczce, z którą dziwnie się czułem, bo w lokalu nikogo prócz mnie i kelnerki nie było.
    Potem zjadłem naleśniki i poprosiłem o rachunek, a „Michelle Pfeiffer” powiedziała mi, że w „Czekoladzie” będzie Sylwester za 250 zł od osoby, będzie to impreza zamknięta, tylko dla 25 osób, i już osiemnaście osób się zgłosiło, wkrótce lista będzie zamknięta. Wtedy sobie zdałem sprawę, że kilka ostatnich Sylwestrów spędziłem z Hilarym przed telewizorem, i nagle poczułem, że w tym roku będzie mi strasznie smutno w Sylwestra po domowemu. I nawet pomyślałem: „a może pójść na tego sylwestra?”, ale nie, zaraz przywołałem się do porządku, nie będę się sam pchał na jakieś zamknięte imprezy, jestem jeszcze za bardzo wycofany po chorobie. Więc gdyby Michelle Pfeiffer mi zaproponowała wspólnego Sylwestra, to pewnie bym z nią poszedł, ale póki co nie mam kontaktu z Michelle Pfeiffer, więc postanowiłem, że pójdę na zabawę sylwestrową za rok. Tak, za rok z pewnością będę już tak się czuł, że pójdę na Sylwestra z wielką ochotą i wyluzowaniem. Nie martw się, Maćku, jeszcze będziesz się bawił jak normalny człowiek. Chlip, chlip, muszę chyba wytrzeć nos i oczy.
    Gdy wyszedłem z „Czekolady”, poczułem się bardzo w środku rozedrgany, tak, pomyliłem się, to wtedy zażyłem pół tabletki Zolafrenu, nie przedtem. To wtedy poczułem się bardzo senny, gdy szedłem na kolejkę i postanowiłem pojechać do Media Markt, bo pamiętałem, że tam kiedyś byłem, i że można tam posłuchać płyt kompaktowych, zanim się coś wybierze i kupi. Gdy tam dojechałem, poprosiłem o płytę „Nie dla oka” Agnieszki Włodarczyk z bardzo dobrą piosenką „Zawsze byłam” z muzyką Jansona, ale sorry Agnieszka, cała płyta nie spodobała mi się za bardzo, nie kupiłem jej jednak, choć chciałem ją kupić na prezent gwiazdkowy, bo przyjechałem właśnie na Wigilię do Siodełka do rodziny Melchiora (gdzie piszę te słowa), który ma żonę Mariannę i córkę i syna. Co do syna i córki, to muszę się zastanowić, jakie im nadać imiona – prawdziwe czy nie.
    Tak czy owak mam dla nich inne prezenty, które już starannie zapakowałem w gwiazdkowy papier w ostatnią sobotę, co jest do mnie niepodobne, by coś robić z wyprzedzeniem dwudniowym.
    Ogólnie byłem z tego poniedziałku tydzień temu bardzo zadowolony, poczułem, że znów odżyłem, że jestem jak Feniks z popiołów, zawsze po dołku odradzam się. Kiedyś jeden kolega na studiach nazywał mnie Obywatel Kane, bo jak twierdził, jestem jak trzcina – często wpadam w melancholię, ale nigdy się nie załamuję, tylko jak trzcina po jakimś czasie wyprostowuję się do pionowej pozycji. Dlatego gdy płynę kajakiem po rzece czy jeziorze (byłem już na czterech spływach i bardzo mi się to podoba, będę to robił co roku), to często kładę wiosło na burcie rozpędzonego kajaku i bacznie przyglądam się trzcinom, jak uginają się pod naporem wiatru, aby zaraz potem, gdy wiatr nieco da spokój, wyprostować się dumnie i dzielnie bronić dostępu do zasłoniętego brzegu nietkniętego ludzką stopą.
 
    No a teraz rozwiązanie zagadki: ta blaszana rura to genialny wynalazek: przez szerszy wylot wkłada się choinkę pniem do przodu, przepycha się, a wychodząc węższym otworem choinka przyobleka się w plastikową siatkę, więc wystarczy tylko przepchnąć do końca choinkę, i już choinka, wąziutka, łatwa do transportu, gotowa jest i zgrabnie zapakowana. Genialne! Czego to my, ludzie, nie wymyślimy! Takie rury widziałem w tym roku po raz pierwszy na placach z choinkami, ale Albert twierdzi, że one już były dwa albo trzy lata temu. A więc jest to wynalazek XXI wieku!
 
    Właśnie w radio śpiewa Mariah Carey swoją piosenkę o Christmas, bardzo ją lubię, słyszałem ją trzy tygodnie temu w filmie „Love actually” („To właśnie miłość”) z Hugh Grantem w roli premiera Wielkiej Brytanii, a film ten opowiada o dziesięciu historiach miłosnych, które się ze sobą splatają, ale bez tego idiotycznego, hollywoodzkiego, naiwnego zadęcia miłosnego (bo to chyba nie jest  hollywoodzki film!), ale lekko i z przymrużeniem oka, w taki sposób, że człowiek ma ochotę natychmiast kochać, i to nie jednego człowieka, ale od razu całą ludzkość. Czasem wydaje mi się, że kocham całą ludzkość, ale nie tak jak nasz polski Papież był kochał, ale jakoś tak inaczej, w myśl popularnego hasła „myśl globalnie, działaj lokalnie”.
 
    We wtorek odzyskałem już zupełnie dobry humor, do tego stopnia, że już mogłem napisać kolejnego bloga po 18-tu dniach przerwy. Gdy go napisałem, poczułem się naprawdę wspaniale, i stwierdziłem, że już naprawdę mogę znów pójść na zajęcia LSD. Rzeczywiście, z minuty na minutę podjąłem decyzję: jadę na zajęcia. Gdy dojechałem, zebraliśmy się w małej grupce i tylko dyskutowaliśmy w pokoju Alicji, bez ćwiczeń na sali, a w czasie tej dyskusji Weronika poleciła mi napisać parę słów o tej wstrętnej dróżniczce, co nie chciała rozmawiać o swojej pracy, więc się ucieszyłem, bo lubię czasem coś opisać na papierze, ale zaraz potem dodała, że ma to być po angielsku, więc mi mina zrzedła, bo ja mam wielki lęk przed wypowiadaniem się w ogóle, a już w języku obcym w szczególności to bardzo mam duży lęk. Do tego Weronika nacisnęła na mnie, że tekst ma być na środę, bo ona ma to szybko wysłać do Zambii.
    Więc w środę rano zadzwoniłem do Ali, mojej serdecznej znajomej, co to ma męża Antonia, czy by mi nie przetłumaczyła na angielski mojego tekstu, którego nawet jeszcze nie było po polsku, Antonio odebrał słuchawkę i w imieniu Ali się zgodził, i umówiłem się z nim, że przyjadę do nich o osiemnastej. Pojechałem więc jeszcze raz na Orunię, tym razem sam, by jeszcze raz przyjrzeć się opisywanemu miejscu, i poszedłem nawet na drugą stronę torów, by obejrzeć wielki zielony napis „Chuligani Wolnego Miasta” na jednym z bloków, i wtedy zobaczyłem dwupiętrowy domek nieopodal, z którego wydobywał się ciemny dym z jednego okna. Naprzeciwko mnie chodnikiem szła grupka chłopców, którzy pokazywali sobie kłęby ciemnego dymu wydobywającego się z okna i się przy tym debilnie zaśmiewali. Jakaś pani z siatkami zapytała mnie, czy mam komórkę, bo jeśli tak, to żebym zadzwonił po straż pożarną, po czym sobie poszła z tymi siatkami nie czekając na odpowiedź. Widziałem w oddali jakichś przechodniów, ale nikt nie zwracał uwagi na dym, a chłopcy rechocząc kretyńsko oddalili się.
    Poczułem się głupio. Nie wiedziałem, co robić. Chwilę łudziłem się, że ten dym to jakieś mega porządki ktoś wyprawia u siebie, ale wydawało mi się, że ta pani z siatkami użyła słowa pustostan. Dreptałem więc pod tym oknem, trochę się oddaliłem, i zobaczyłem czerwony ogień w środku. Trzaski, które dochodziły ze środka, to jednak nie były odgłosy kogoś krzątającego się. To były trzaski rozszerzającego się ognia.
    Czułem się głupio. Teraz uważam, że tak stojąc bezradnie głupio się po prostu zachowałem, ale tu zadziałał jakiś efekt psychologiczny: to, że nikt nie zwracał, choćby z daleka, na to uwagi, powodowało, że sam nie wiedziałem co robić. Inni się nie przejmują, to co ja będę się przejmował. Jednak coś powodowało, że stałem jak słup soli i gapiłem się w to okno, a właściwie już w dwoje okien.
    I wtedy, nagle… z okna buchnął straszny ogień. To już nie był ogień w środku, to już były jęzory ognia wydobywające się na zewnątrz. Przez głowę przeszła mi myśl: „a jeśli, mimo, że to pustostan, tam w środku ktoś jest?” To mnie otrzeźwiło. Po jakiś trzech minutach durnowatego przyglądania się zjawisku ruszyłem sprintem do drzwi klatki bloku stojącego obok. Zadzwoniłem kilka guzików na domofonie. Ktoś się odezwał. „Pali się obok państwa, pali się!” – wykrzyknąłem do domofonu głośno, ale starając się brzmieć przekonująco. „O co panu chodzi?” – usłyszałem kobiecy głos, więc mówię: „Niech pani wyjrzy przez okno, pali się w budynku obok państwa, trzeba zadzwonić po straż pożarną!”. Babka wyjrzała przez okno, szybko się schowała, po chwili odezwała się nerwowo w domofonie: „Już zadzwoniłam do straży, zaraz przyjadą”. Musiała się przestraszyć, bo ten domek palący się już nieźle od środka stoi obok jej bloku.
    Rzeczywiście po chwili usłyszałem dźwięk syreny, jakoś przez przejazd kolejowy przebił się strażacki wóz, taki najmniejszy z możliwych, podjechał pod domek, wyskoczyło dwóch strażaków i zaczęli rozwijać strażackiego węża. Tymczasem jęzory ognia biły już z kilku okien, szybko się rozprzestrzeniając. Spod dachu, spod okapu waliły wielkie kłęby białego i czarnego dymu już wokół całego budynku.
    Strażacy musieli się przestraszyć, zaraz dobiegł mnie kolejny odgłos syreny, a obok zaczęła się robić spora grupka gapiów, w tym kilku wyrostków, którzy bynajmniej sobie już nie dworowali z tego, co się dzieje.
    W sumie przyjechały jeszcze trzy duże wozy strażackie, strażacy podłączali się też do hydrantów. Woda czy piana sikała już na dach i w okna zewsząd wokół palącego się domku, a właściwie czemu ja piszę domku, to był mały dwupiętrowy dom. Zrobiło się wielkie zbiegowisko, a ja postanowiłem już stamtąd sobie pójść przysięgając sobie solennie, że jak następnym razem zobaczę choć mały dymek wylatujący jakąś nieprzepisową dziurką z jakiegoś domu, to niezależnie od tego, jak będą zachowywać się inni, i niezależnie od tego, czy grozić mi będzie, że zrobię z siebie durnia, czy nie, narobię natychmiast wielkiego rabanu, a nie będę jak matoł przyglądać się dymowi dywagując przez trzy minuty: „pali się, czy się nie pali – oto jest pytanie!”
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 grudnia 2007

Odkrywanie właściwości sieci neuronowych

    Jakieś dwa tygodnie temu i dwa dni ostatkiem sił poszedłem na nasze zajęcia teatralne i nagrywaliśmy różne dźwięki przy pomocy fortepianu, różnego rodzaju grzechotek i tarek (tzw. przeszkadzajek), bębenków i buczącej rury. Byłem do niczego, i byłem wdzięczny Alicji, Edycie, Alinie i Krzyśkowi, że nie pytają mnie, dlaczego wcale się nie odzywam. Aśce (imię zmieniłem) nie byłem wdzięczny, bo ona też wyglądała na do niczego, i to nie była jej zasługa, że mi się nie naprzykrzała. Ona też pewnie była wszystkim wdzięczna, że nikt jej się nie naprzykrza z dobrego serca.
    Więc tak sobie pobrzękiwaliśmy i to nagrywaliśmy na urządzenie rejestrujące dźwięk i obraz.
    W przerwie dowiedziałem się, że mamy nowe zadania z Liverpool'u, chodzi o to, żeby sfilmować jakieś dziwne miejsca w Gdańsku i przeprowadzić wywiad z jakąś dziwną osobą, która na tym dziwnym terenie urzęduje. Mieliśmy się podzielić na małe grupki, i każda grupka (np. dwie osoby) miała sfilmować jedno miejsce. Otóż wszyscy już mieli przydzielone zadania, tylko ja nie, bo kiedyś tam nie byłem na zajęciach. Alicja spytała mnie, co bym chciał sfilmować. Pomyślałem chwilę i wpadłem na pomysł, że ciekawym miejscem jest przejazd kolejowy ze szlabanami tuż obok naszego Dworku Artura, a osobą tam urzędującą jest Pani Dróżniczka, która te szlabany opuszcza i podnosi w celu uniknięcia kolizji pociągu z samochodem, lub co gorsza kolizji pociągu z grupką osób pieszych. Alicji spodobał się pomysł, tylko że już wszyscy byli w jakiś parach, a Alicja nie chciała, bym to robił sam (ja też nie chciałem, bo to mi się wszystko razem strasznie skomplikowane wydawało – kamera, wywiad, do tego napisać tekst). Wtedy zgłosiła się Aśka, że ona chętnie mi pomoże, choć sama już jedno zadanie przydzielone ma. No to się zgodziłem, i umówiliśmy się na poniedziałek, który miał nadejść dwanaście dni temu.

    W międzyczasie miałem bardzo zły okres, coś mi się plątało niedorzecznego po głowie, a do tego Hilary nie wiadomo w jaki sposób zwąchał będąc u Zygfryda książkę „Odkrywanie właściwości sieci neuronowych” pod redakcją znanego specjalisty od tych sieci Ryszarda Tadeusiewicza. Tę książkę ściągnęliśmy sobie z Krakowa z Kleofasem, i leżała sobie w szafie schowana, i bardzo nie chciałem, by ktoś ją dotykał, by była (powtarzam: była!) bardzo ładna, w środku wysokiej jakości papier, ślicznie opracowana, śliczne obrazki, kolorowe, no mówię Wam – cacko wśród książek, i nie chciałem, by ktoś ją dotykał, żeby mi nie zrobił na niej jakiś śladów typu zagięcia czy porysowania, a już nie daj boże tłuste plamy czy ciemne odciski palców. Po prostu chciałem, by była nieskazitelnie nowa dopóki nie przyjdzie mi prawdziwa ochota na współpracę w tym temacie z Kleofasem i nie zaczniemy z niej z Kleofasem wspólnie korzystać.
    Wiem, że jestem świrem, ale nic na to nie poradzę.
    No więc Hilary zwąchał tę książkę, która leżała sobie spokojnie w szafie od dwóch miesięcy, i nie dość, że ją sobie oglądał, to jeszcze poprosił Zygfryda, że on sobie ją chce pożyczyć. Zygfryd nie miał świra na punkcie tej książki (powtarzam: na punkcie tej książki!) i z ochotą Hilaremu wypożyczył moje cacko. Moje cacuuuuszkoooo!
    Gdy to zobaczyłem w domu Hilarego, wzięła mnie emocja zwana popularnie wściekłością, ale nic po sobie nie dałem poznać, by nie wyjść na świra. Bardzo nie lubię wychodzić na świra, jak każdy świr zresztą.
    Ale od tej pory śledziłem każdy ruch Hilarego, co on robi z tą książką, gdzie ją kładzie, czy na nią uważa, no i czy ją chowa przed wzrokiem Józefiny i Baltazara, zwłaszcza Baltazara, bo Baltazar, jak czyta książki, to one potem wyglądają jakby on ich nie czytał, tylko przeżuwał. Nie wiem, jak on to robi, ale taką on już ma umiejętność.
    Więc poprosiłem Hilarego, by po przeczytaniu kolejnego fragmentu zawsze chował moją książkę, co czasem czynił, a czasem zapominał. Oglądałem wtedy moją książkę o sieciach neuronowych, ale ciągle robiła wrażenie nowej i nieskazitelnej (Hilary, w przeciwieństwie do Baltazara, czyta delikatnie książki, bez śladów przeżuwania). I tak było do ostatniego dnia, kiedy to Hilary mi oznajmił, żebym już przestał marudzić, że on już mi ją oddaje, że mogę już ją sobie zabrać do siebie w bezpieczne miejsce, a tak w ogóle to on i tak z niej nic nie zrozumiał, mimo że nie przebrnął nawet przez rozdział pierwszy.
    Uradowany deklaracją Hilarego pobiegłem do jego pokoju po książkę i... zobaczyłem Józefinę, jak coś sobie czyta paląc papierosa, a popielniczkę trzyma na... mojej ukochanej książeczce, którą sobie obok na łóżku położyła.
    Gdybyście znali Józefinę, wiedzielibyście, że nie mogłem jej zwrócić uwagi, że pod popielniczką jest moja książka. Musiałem cierpliwie się wycofać i poczekać, aż Józefina skończy sobie coś czytać w pokoju Hilarego i stamtąd wyjdzie.
    Gdy już wreszcie nadszedł upragniony moment, i mogłem wejść do opuszczonego pokoju po moją książkę, zrobiłem to. Wziąłem książkę do rąk do ostatecznych oględzin. I tu nogi się pode mną ugięły, a rozpacz na dobre zapanowała w mym sercu: na tylnej okładce było kilka rys, tak jakby ktoś pisał długopisem na kartce podłożonej moją książką, a na przedniej okładce było wyraźnie wyciśnięte czyjeś nazwisko: Józefina musiała sobie coś zanotować rozmawiając przez telefon i używając jako podpórki „Odkrywania właściwości sieci neuronowych”. Co za pech, w ostatni dzień!
    W takich sytuacjach mam bardzo nieprzyjemną gonitwę myśli: „a po co Hilaremu była ta książka?”, „a skąd on w ogóle o niej wiedział?”, „a dlaczego Józefina akurat wzięła jako podpórkę MOJĄ KSIĄŻKĘ?! - w pokoju Hilarego jest pełno książek, które mi są kompletnie obojętne – to akurat moją sobie musiała wziąć!” Nic tu nie pomaga rozsądek, że przeżywałem już takie sytuacje tysiące razy, że już wiem, jestem świadomy, że nie ma znaczenia stan książki (do pewnego stopnia), że tak naprawdę ma znaczenie zawartość merytoryczna książki. Nie, mnie boli, cholernie boli, że tak się obawiałem o moją nowiutką książkę, i ona nie jest już taka nowa. Boli mnie, nic na to nie poradzę.

    Miałem więc w ciągu ostatnich trzech tygodni zmartwień bez liku, a do tego doszło to poniedziałkowe spotkanie z Aśką na stacji Orunia, gdzie jest ten nieszczęsny przejazd kolejowy. Powiem wprost: byłem przerażony spotkaniem sam na sam z właściwie nieznaną mi dziewczyną, nie cierpię być sam na sam z niedawno poznanymi osobami, a kobietami zwłaszcza.
    Ale cóż, nie będę jak szczeniak się zachowywał. Pożyczyłem kamerę od Zygfryda, ale potem i tak się dowiedziałem, że Aśka swoją przyniesie, więc ja nie muszę. Czekam więc na nią pod Dworkiem Artura dokładnie w samo południe. Już zacząłem się cieszyć, bo nie było jej piętnaście minut, postanowiłem, że daję jej jeszcze pięć minut i czmycham. I już w dwudziestej minucie chciałem czmychnąć, gdy zza rogu wychodzi Aśka, robi spłakaną minkę skrzywdzonego dziecka i zaczyna mnie przepraszać za spóźnienie. Dała mi mandarynkę na przeprosiny, a ja sobie pomyślałem, że jestem tak przerażony, że nie musiałaby mnie wcale przepraszać, gdyby wcale nie przyszła. Okey, przyszła to przyszła, poszliśmy pod ten domek dróżniczki, żeby zrobić zdjęcia do naszego zadania.
    Ten film, już po opracowaniu, miał pójść wraz z innymi filmami do Zambijczyków do Afryki, z którymi będziemy wspólnie robić przedstawienie na ten festiwal w Liverpool'u w lipcu przyszłego roku. Oni mają się zainspirować naszymi ciekawymi miejscami i stworzyć na ich podstawie jakąś wstępną formę spektaklu.
    Stoimy więc nieopodal tego przejazdu kolejowego i zastanawiamy się, jak zagaić rozmowę z dróżniczką. A dróżniczka od razu nas zauważyła, że od niej czegoś chcemy, i bardzo źle na nas patrzyła spod oka.
    Zaczęliśmy więc gadać i o dróżniczce, i w ogóle o różnych sprawach. Aśka paliła jednego papierosa za drugim, trzęsła się z zimna (ja byłem chyba cieplej ubrany), i tak sobie gadaliśmy jak facet z facetem, zupełnie zapomniałem, że to dziewczyna. Bardzo fajnie mi się z nią rozmawiało, chyba dlatego, że ona była całkiem zainteresowana filozoficznymi tematami, które mnie pochłaniają. Gadaliśmy ze dwie godziny. W końcu ja stwierdziłem, że nie mogę patrzeć, jak ona się trzęsie z zimna, wziąłem od niej jej aparat, porobiłem trochę ujęć, podeszliśmy do dróżniczki, ale ta nas przegoniła, aż zauważyłem pioruny w jej oczach, więc jeszcze się pokręciliśmy po peronie robiąc parę ujęć, i ruszyliśmy na autobus.
    Ale nie zatrzymaliśmy się na przystanku autobusowym. Szliśmy zatopieni w rozmowie w kierunku Gdańska mijając kolejne przystanki. I wtedy przypomniałem sobie, że jednak nie rozmawiam z facetem. Mianowicie zaczęliśmy rozmawiać o relacjach damsko-męskich. A rozmowa ta była pełna bólu, tęsknoty i żalu. Z jakichś powodów Aśka poruszyła czułe struny tego tematu. Pierwszy raz dowiedziałem się bezpośrednio od kobiety, czego kobieta oczekuje od mężczyzn, i jaki czuje ból będąc przez nich kompletnie niezrozumiana. Jaki czuje ból nie mając ani w małym procencie tego, czego kobieta pragnie od mężczyzny. Byłem zszokowany.
    Nie będę w blogu w pełni opisywać tej rozmowy. Nie mam prawa. Jednak byłem w szoku. Po raz pierwszy w życiu ktoś płci żeńskiej był ze mną tak szczery. Można powiedzieć – szczery do bólu. Więc i ja paplałem, co mi ślina na język przynosiła, czego moja rozmówczyni z pełną cierpliwością (nie wiem, czy ze zrozumieniem) wysłuchiwała. Byliśmy jak starzy kumple, którzy raz do roku się spotykają i opowiadają sobie, co ich boli. Tak naprawdę boli. Szok.
    Na koniec, koło dworca głównego, powiedziałem Aśce, że wiem coś, czego ona jeszcze może nie wiedzieć z racji swojego dużo młodszego wieku. Mianowicie, poradziłem jej, żeby się tak nie angażowała w swoje związki. To trochę głupie – tak komuś coś takiego poradzić. To tak, jakby lawinie poradzić, żeby nie spadała z gór, w trakcie, gdy już spada. Niektórzy muszą swoje przeżyć, by to zrozumieć.
    Może sprecyzuję, co miałem na myśli. Otóż moim zdaniem miłość na zabój, miłość od pierwszego wejrzenia, płonąca miłość – to wszystko to straszne bzdury. To znaczy owszem, istnieją takie zjawiska (niestety), ale to choroba, efekt choroby. To nie jest, jak usiłują nam wmówić hollywoodzkie filmy, stan normalny, stan naturalny. Zawirusowani dziwnymi ideologiami – łatwo ulegamy tęsknotom za kimś jedynym, niepowtarzalnym, nam właśnie przeznaczonym. Wydaje nam się, że przeżywamy coś pięknego, a tak naprawdę cierpimy na całego. Nie, to nie tak chciała natura.
    Jak zatem chciała?
    Gdy byłem studentem, Hilary cały czas mi powtarzał: „Poznaj wiele dziewczyn, dowiedz się, jakie one są, poznaj wielu ludzi w ogóle; rozeznaj się trochę w świecie, zanim kogoś wybierzesz i się z tą osobą zwiążesz”. Olewałem słowa Hilarego wtedy, ale teraz wiem, że miał rację. Prawdziwa przyjaźń (czy miłość jak kto woli) między kobietą a mężczyzną polega na wzajemnym zrozumieniu, a nie na jakiejś żarłocznej konsumpcji emocji naszych ciał. Ta żarłoczna konsumpcja, po której potem rzygamy niesmakiem, jest efektem choroby o nieznanej dotąd nazwie, ale można już podać jej źródło. Nie zrobię jednak tego w tym momencie.
    Więc powtórzę: moim zdaniem chodzi o intelektualne zrozumienie, racjonalne poznanie drugiej osoby, i dopiero na tym racjonalnym poznaniu można budować wzajemne zaufanie. Śmiać mi się chce, gdy słyszę lub czytam czasem slogany, na przykład w kolorowych kobiecych pisemkach: „Zaufaj swojemu sercu! Pójdź za głosem namiętności! Daj się porwać miłości!” Według mnie równie dobrze można radzić: „Jadąc samochodem wciśnij czasem pedał gazu do dechy, ot tak – dla fantazji” albo „Kup bilet do Wenezueli i poleć tam, nie zastanawiaj się, co tam będziesz robił, tam się wszystko okaże. Daj się zaskoczyć przygodzie!”.
    Czasem mamy kłopot ze zrozumieniem instrukcji obsługi odtwarzacza DVD. A jak tu porównać odtwarzacz DVD z drugim człowiekiem? Osoby lekko podchodzące do miłości nie doceniają złożoności drugiego człowieka. Złożoności, która z czasem i tak zacznie wychodzić na wierzch.
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
18 grudnia 2007

Arnhild Lauveng

    W chwili, gdy piszę te słowa, a piszę je dzisiaj o godzinie siedemnastej, jestem potwornie zmęczony. W ogóle ostatnio czuję się zmęczony, ale teraz, w tym momencie, jest to zmęczenie potworne. Nic dziwnego – w ostatnich dniach żyję w świecie wirtualnym, tylko przemieszczam się z jednego miękkiego podłoża na drugie, i na tym miękkim podłożu leżę na wznak lub na boczku i... rozmyślam.
    A jak wiadomo, rozmyślanie jest najbardziej energochłonną czynnością człowieka. Pod jednym wszakże warunkiem: że człowiek ten posiada mózg o wysokim zapotrzebowaniu na energię. A to zwykle jest warunek spełniony, jeśli na przykład mózg ten jest kompletnie pokręcony; tak pokręcony, że potrzeba wielkich ilości energii, by ten mózg odkręcić.
    Mój mózg jest bardzo pokręcony, i w tej chwili rozmyślanie, któremu się oddaję, odkręca go. Nawiasem mówiąc, ciekaw jestem, jaka jest moc zużywanej energii przez pokręcony mózg: 1 wat, 10 watów, 100 watów, 1000 watów? Cholera wie, trzeba by wiedzieć, jaka jest moc jednego źle ustawionego neuronu, który przyjmuje i wysyła impulsy elektryczne jak pokręcona telefonistka w czasach ręcznych centrali telefonicznych, i pomnożyć to przez sto miliardów, bo w mózgu średnio pokręconego człowieka jest sto miliardów pokręconych neuronów.

    Więc jak mówiłem, padłem ostatnio jak kawka, zrezygnowałem z wszelkich zajęć oprócz niezbędnych do życia czynności (położę tu nacisk przede wszystkim na czynności fizjologiczne), cały tydzień nie chodziłem za zajęcia teatralne, nie poszedłem na spotkanie miłośników książki, nie odwiedzam znajomych, nie chodzę po sklepach. A chodzenie po sklepach to niesłychanie przyjemna rzecz. Wiedzą o tym wszyscy, którzy lubią chodzić po sklepach, wystarczy ich spytać. Po prostu nie mam na to energii. Padłem jak kawka.
    W ciągu kilkunastu ostatnich dni wyewoluowało w mojej głowie coś na kształt urojeń, na granicy urojeń jakieś dziwne myśli zaczęły mnie dręczyć. Nie były to klasyczne urojenia, jak kilka lat temu, ale coś na granicy. Była jednak różnica: miałem świadomość, że te urojenia to tylko mogą być urojenia. Więc takie rozdwojenie jaźni: z jednej strony podejrzewałem bóg wie co (chwilami bałem się na przykład o swoje życie!), z drugiej zdawałem sobie sprawę, że to jakieś kompletne wariactwo. I to się tak jakoś rozkręciło, że padłem jak kawka – czuję się do cna wyczerpany zmartwieniami, strachem, wstydem, zniewoleniem, poplątaniem uczuciowo-emocjonalnym, rozstrojem nerwowym.
    Nawet gdybym chciał pójść na zajęcia lepienia plastelinowych misiaczków, to bym tam nie doszedł. Trup w kaloszach.

    Ale od czego ma się braci. Albert wyświadczył mi wczoraj przysługę. Mianowicie zadzwonił, żebym mu pomógł zatachać wielgachną choinkę do domu. Nie wiem dlaczego, ale wyleciałem z domu na skrzydłach. Gdyby to chodziło o moją choinkę, to bym palcem nie kiwnął, ale cudza choinka tak na mnie podziałała, że z wdzięcznością dla Alberta wyleciałem na świeże powietrze. Ach, jak ja nie cierpię realizować WŁASNYCH planów. Dopóki nie czuję, że ktoś mnie wykorzystuje, uwielbiam pomagać, byleby nic nie robić dla siebie. Ten mechanizm zadziałał wczoraj, i oto dzisiaj już mnie nic nie trapi, tylko czuję się cały czas potwornie ogólnie zmęczony.

    Albert czasem znajdzie coś fajnego w Internecie lub w gazecie i mi to odkłada. Ostatnio wypatrzył w Rzeczpospolitej (5 grudnia, strona A23) artykuł „O nadziei, która może wyleczyć ze schizofrenii” o norweskiej pisarce Arnhild Lauveng (ur. 1972), która promuje właśnie swoją książkę „Byłam po drugiej stronie lustra – wygrana walka ze schizofrenią”. Można coś o niej poczytać też na stronach: http://sopot.naszemiasto.pl/wydarzenia/799416.html oraz http://www.rp.pl/artykul/74259.html. Warto się przyjrzeć tej pisarce-psycholożce, robi na mnie dobre wrażenie, a najważniejsze, że jej przykład świadczy o tym, że schizofrenia jest uleczalną chorobą. Ja po sobie przeczuwam, że tak jest (choć trudno jeszcze stwierdzić, że jestem zdrowy – np. lekarstwo na razie muszę brać), ale ona to już przeszła, i zamierzam dokładnie przeczytać o jej przypadku w jej książce. Podobno jest już w księgarniach.
    Pisarka była też w Polsce, ale niestety było to na początku grudnia i przegapiłem spotkanie z nią.
    Zabawne, że szukając powyższej książki w mojej bibliotece znalazłem przez przypadek książkę Barbary Rosiek „Byłam schizofreniczką”, którą natychmiast sobie pożyczyłem. Polska autorka jednak opisuje przeżycia z namaszczeniem religijnym, chyba nie stara się racjonalnie wytłumaczyć przyczyn swej choroby, odebrała swoje urojenia jako sygnały zza światów. Mnie nie odpowiada taka interpretacja objawów psychotycznych. Ale też przeczytam, interesuje mnie wszystko, co dotyczy tej choroby, warto przeczytać zapis przeżyć doświadczonej chorobą osoby, niezależnie od jej poglądów.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
30 listopada 2007

Pimp my mind

    Przepadam za piosenką Shaun Baker „V.I.P.”, aczkolwiek lansuje ona niezbyt prawdziwą tezę, że „everybody is important to someone”. Niestety nie każdy jest dla kogoś ważny. Ale nie załamujmy rąk. Istnieją sposoby, by nad sobą popracować, i stać się na tyle atrakcyjnym (atrakcyjną), by ktoś wreszcie zwrócił na nas uwagę. Znacie ten program na MTV „Pimp My Ride” („Odpicuj mi brykę”)? Bohater programu oddaje swoją „furę” niezwykle pozytywnie myślącemu zespołowi mechaników samochodowych, wśród których są też spece od elektroniki. Drużyna tych speców robi z grata naszego bohatera takie cacko, że bohater nie może uwierzyć własnym oczom. Aż przyjemnie popatrzeć, jak się oni cieszą, gdy zamiast swojego pogiętego wozu dostają zrobioną z niego elegancką „brykę”, z nowymi odpicowanymi siedzeniami, odnowioną karoserią z powiększonymi zderzakami i nadkolami, nowymi reflektorami, a w środku zamontowana jest odlotowa aparatura nagłaśniająca i inne urządzenia elektroniczne takie jak GPS na przykład. Ponadto w bagażniku montują coś zwariowanego: jednemu kolesiowi zamontowali zabawkowy mini tor wyścigowy z samochodzikami, bo powiedział, że lubi się ścigać, innej kolesi zamontowali rozbudowany keyboard, bo ta lubi sobie pograć, jeszcze komu innemu zamontowali sprzęt do „didżejowania” (adapter, itp.) albo kino domowe, czy też zestaw kuchenny z mikserami, opiekaczami i grillami.
    Niestety człowieka nie da się tak odpicować (choć kobiety próbują coś nadrobić często zbyt ostrym makijażem, a mężczyźni ładują na siłowni). Najczęściej nasze kłopoty interpersonalne biorą się nie z braków fizycznych, ale z usterek psychicznych, a tych nie da się niestety ręcznie naprawić. Można natomiast znaleźć sposoby, by naprawdę zacząć się rozwijać, tyle że od środka, i w ten sposób podnieść swoją wartość jako człowieka. I pozbyć się usterek. I wtedy można przestać się o siebie martwić. Tak przynajmniej podejrzewam.
    Tak czy owak Shaun Baker śpiewa świetnie tę piosenkę, z charakterystyczną chrypką, bardzo fajnie się wydziera. A ja uwielbiam, jak kobiety się wydzierają. Bo wtedy stają się apetycznymi potworami.

    Powoli się rozwijam, jeśli chodzi o moją zdolność do porządkowania. Trzeba tylko zrozumieć jedną rzecz: że nie jest efektywnie porządkować chaotycznie, ad hoc, szukać czegoś dopiero wtedy, kiedy to jest potrzebne. Jeśli próbujemy wydrążyć jakąś ścieżkę w istniejącym bałaganie, i odnaleźć w nim tylko to, co akurat jest nam potrzebne – jest to szalenie nieefektywne. A zatem?
    A zatem rytuał porządkowania powinien na stałe zagościć w naszym harmonogramie jako osobna czynność, coś, co robimy globalnie w jakimś miejscu, tak aby racjonalnie przywrócić do porządku wszystko, co nas otacza w naszym miejscu przebywania i działania, po lub przed działaniem. A więc rodzaj rytualnej higieny, coś, co robimy według powtarzającego się planu, a nie tylko, gdy zrozpaczeni próbujemy coś znaleźć. Więc na przykład gdy wstaję od biurka po skończonej pracy, to mam zwyczaj wszystko na moim biurku uporządkować, powyrzucać śmiecie, itd. (to znaczy ja na razie nie mam, ale tak hipotetycznie). Tak jak myjemy zęby rano i wieczorem, i powiedzmy o jakiejś porze w ciągu dnia, a nie tylko wtedy, gdy akurat chcemy z kimś porozmawiać. To by było chaotyczne i nerwowe, i niezbyt zdrowe dla naszych zębów.
    Na razie to zrozumiałem, ciągle jednak nie umiem żyć w porządku, ale powoli mogę sobie wyznaczać miejsca, gdzie wyznaczam sobie zwyczaj rytualnego porządkowania, na przykład przed opuszczeniem danego miejsca.
    Jak się okazuje, nie tylko ja mam z tym problem, Albert przysłał mi linka do fajnego artykułu:
http://www.dziennik.pl/kobieta/babskiesprawy/article87747
/Posprzataj_na_biurku_Dla_swojego_dobra_.html, polecam.

    Wczoraj byłem na spotkaniu z Wojciechem Kuczokiem. Jestem bardzo zadowolony, bo na koniec udało mi się zadać mu dwa pytania, i do tego nawiązałem z nim kontakt wzrokowy, poczułem, jakbym gadał z kimś znajomym, bo rzeczywiście facet bardzo mi się podoba, to zabawne, że gdy czytałem z nim wywiady, wydawał mi się nadętym bubkiem, a tutaj zobaczyłem osobę niezwykle prawdziwą, która nie waha się odsłaniać swoich lęków, opowiadać o swoich słabościach. Czytając z nim wywiady odnosiłem wrażenie, że jest to na pokaz, tutaj na własne oczy przekonałem się, że on naprawdę ma wielkie problemy ze sobą, i po prostu wali o nich prosto z mostu, nie kryjąc swojego rozgoryczenia, smutku i bezradności. Poczułem, że też mógłbym być takim jak on pogubionym, nie pogodzonym ze sobą pisarzem, tyle tylko, że nie potrafię tak jak on ładnie budować zdań. I to słownictwo: wyrafinowane, staropolskie słowa, zwroty, barokowy styl, wysublimowane konstrukcje leksykalne. Ha, ha, ale mi się ładnie powiedziało.
    Aha, zapomniałem dodać: :)
    Opowiem o tym spotkaniu więcej w następnym blogu, a pamiętam, że nie dokończyłem opisu spotkania z pisarzem Eustachym Rylskim ponad miesiąc temu, więc skorzystam z okazji i dokonam wtedy porównania wrażeń z obu tych spotkań. Jedno jest pewne: Eustachemu bałem się zadać pytanie, Wojciech mnie tak nie onieśmielił, może dlatego, że młodszy jest od Eustachego, i przemogłem lęk przed publicznym odezwaniem się, i zadałem – niezwykle bezczelne pytanie. Tak bezczelne, że jak wyszedłem z mojej biblioteki na świeże powietrze, to się za głowę chwytałem, wybuchałem nerwowym śmiechem, milkłem nagle, a mijający mnie przechodnie oglądali się za mną, jakbym był wystrzałową blondynką w stylu Cameron Diaz.
    Ach, Cameron, ile ja bym dał, bym mógł choć raz z tobą się przespać!

    Tak jak obiecałem (a jak ja coś obiecam, to dotrzymuję tego z prawdopodobieństwem 75%), przetłumaczyłem piosenkę „Torn” (mój polski tytuł brzmi „Jestem w kawałkach”), i umieściłem to tłumaczenie na forum „Kultura i sztuka” w temacie „Poezja”, który osobiście założyłem. Kto sam przetłumaczył „Torn”, może teraz sobie porównać, a nawet zamieścić tam swoje tłumaczenie. Będę tam zamieszczał swoje liryki, więc zapraszam wszystkich rządnych poetyckich wynurzeń – będzie co poczytać. Zapraszam też wszystkich, by nie bali się chwycić za pióro i samemu przelać na papier, a potem do „Poezji” tego, co w duszy uwiera, i co chce się wydostać na zewnątrz pod wpływem chorych emocji. I w ogóle – dajcie tam upust swoim emocjom na dowolny temat, tylko proszę o jedno: nie obrażajcie, proszę, Angielskiej Królowej.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
29 listopada 2007

Zatrute strzały

    Chyba zwariowałem. Wybieram się na warsztaty wokalno-teatralne pt. „Dźwięki wyobraźni”, które odbędą się 1-go i 2-go grudnia 2007 (sobota i niedziela) w Dworku Artura, ul. Dworcowa 9, Gdańsk-Orunia, tel. (58) 306-66-76, www.gak.gda.pl. Poprowadzi je Olga Szymula od godz.11.00 do 16.00. Opłata za udział za oba dni razem: 40zł.
    Zwariowałem, bo ja kompletnie nie mam głosu. Gdy w dzieciństwie nagrywałem się na magnetofon, po prostu skręcałem się ze złości i wstydu, gdy siebie odsłuchiwałem. Nie mogłem znieść swojego głosu. A kiedyś, jako dziecko, marzyłem o tym, by zostać piosenkarzem.
    Mój głos ma dwa problemy ze śpiewaniem. Po pierwsze przy wyższych tonach zaczynam skrzypieć, jak nienaoliwione drzwi. Nie potrafię wysoko śpiewać. Po drugie (i to jest gorsze) śpiewając tak się boję o odbiór mojej osoby, że zaczynam modulować głos, i wtedy to już nie jest mój głos, tylko jakiegoś potwora. Uszy więdną. Wszystko dlatego, że boję się być sobą i gram kogoś innego. A ten ktoś inny jest 100 razy gorszy ode mnie prawdziwego.
    Uświadomiłem to sobie, gdy wreszcie przestałem się za radą Alicji przejmować i swobodnie zadudniłem swoim głosem mój tekst na jakąś przypadkową melodię. Myślę, że było to całkiem znośne dla słuchacza.
    Więc wybieram się na te warsztaty, ot, po prostu żeby się przekonać, czy coś da się z moim głosem zrobić pozytywnego. Podejrzewam, że to nie jest wyłącznie sprawa strun głosowych, ale też zależy to od psychiki. Trzeba się chyba przestać bać być sobą.
 
    Tak w ogóle to ja ostatnio coraz bardziej jestem sobą. Pozwalam sobie wypowiadać prawie wszystko, co przyjdzie mi do głowy, i rzeczywiście czasami ludzie na mnie patrzą ze zdziwieniem. Ale też zauważam pewne zaciekawienie w ich oczach, gdy widzą, że nie przejmuję się za bardzo, co oni sobie o mnie pomyślą, tylko mówię prawdę, co tak naprawdę uważam.
    Nierzadko zauważam ostatnio, że moje kontrowersyjne poglądy zaczynają się sprawdzać w praktyce. A wiele mitów panuje w naszych świadomościach, tak silnych mitów, że się boimy i wstydzimy im zaprzeczyć, bo się boimy, że się wygłupimy. Bardzo lubię powiedzonko, że „wszyscy wiedzieli, że się tego nie da zrobić, a on jeden nie wiedział, i... to zrobił”. Więc przestałem się już bać myśleć inaczej od ogółu, zauważyłem, że całkiem często myśląc inaczej człowiek ma dużą szansę mieć jednak rację.
 
    Zastanawiam się, dlaczego nasze forum nie tętni życiem. Chyba właśnie dlatego, że boimy się otworzyć. Brakuje osób, które by stawiały konkretne kwestie i pytania. Łatwiej jest nam ustosunkować się do postawionego pytania, niż samemu je postawić. A mówi się przecież nawet, że dobrze postawione pytanie to połowa sukcesu.
    Spróbujmy więc aktywniej rozpoczynać jakieś wątki. To jest chyba to: albo brakuje nam inwencji, albo ją mamy, ale boimy się ją ujawnić. Częściej jednak chyba to drugie.
    Jest pewne usprawiedliwienie dla tego lęku. Otóż ludzie często uwielbiają się nawzajem gasić. Czy wręcz dołować. Wypowiadają komentarze, krytyki, które wbijają nam się w serce jak sztylety (bo sami nie potrafią się uwolnić od swoich mitów). Od razu odchodzi nam ochota przed dalszym zabieraniem głosu, czy zrealizowaniem naszego pomysłu. Trzeba się uodpornić na te trucizny, umieć samemu krytycznie spojrzeć na krytyki innych ludzi, krytyki nas dotyczących. Nie dać się zatruwać. Najlepszym sposobem jest obserwowanie danej osoby, i spróbowanie ustalić, na ile ta osoba jest toksyczna. Na ile skora do wypuszczania zatrutych strzał. Jeśli stwierdzimy, że ma ona taką tendencję, to jest to pierwszy krok, by podchodzić z dystansem do tego, co ona mówi. Nie namawiam do tego, by tę osobę skreślać z listy swoich sympatii czy wręcz z listy swoich znajomych, ale warto na nią uważać, i jeśli nas ona do czegoś zniechęca, dobrze jest zastanowić się, czy warto się jej opinią tym razem przejmować.
    Mnie wielokrotnie w życiu zniechęcano, niestety nie mogę tu pominąć mojego poczciwego Hilarego, który trochę złagodniał w stosunku do mnie ostatnimi czasy. Ale i koledzy w klasie, i na studiach, wielokrotnie wstrzykiwali mi w uszy truciznę, widząc zwłaszcza, jak bardzo jest to w moim przypadku skuteczne. Niepotrzebnie brałem sobie do serca ich oceny moich pomysłów, ale cóż, nie wiedziałem wtedy tego, co wiem teraz. Ha.
    Nie mogę też tu pominąć mojego wewnętrznego krytyka, czyli jakiejś mojej własnej części, która w końcu i ona sama zaczęła mnie krytykować od środka, we mnie samym. Więc nawet i bez nieuprzejmych dla mnie ludzi potrafiłem się samemu zdołować i zniechęcić do podjęcia jakiejś, ciekawej skądinąd, próby działania.
    Myślę też, że i ja sam bywałem, a może nawet nadal bywam toksyczny dla innych ludzi.
 
    Na forum „Kultura i sztuka” otworzyłem dzisiaj temat Poezja. Zapraszam do zamieszczania swoich wierszyków, jak i komentowania cudzych (tylko proszę: bez zatrutych strzał!). Można też zamieszczać ulubioną poezję znanych autorów – na przykład teksty piosenek. Wypowiadanie się na temat poezji w ogóle również jest dozwolone, a nawet mile widziane.
    Zamieściłem tam też swój pierwszy wierszyk pt. „Siwy włos”. To znaczy nie swój pierwszy w ogóle, ale pierwszy na tym forum. Kiedyś w dzieciństwie pisywałem wierszyki, ale były to tylko takie tam rymowanki.
    Ja ostatnio stałem się bardziej wrażliwy na poezję – myślę, że słowa mogą działać na umysł jak dotyk kogoś bliskiego. Kiedyś poezją pogardzałem, dziś wiem, że może ona lepiej wyrażać delikatniejsze uczucia, z którymi zwykła proza może mieć kłopoty.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
26 listopada 2007

Nieśmiałe próby porządkowania papierków

    Zabrałem się dzisiaj za porządkowanie moich papierów. Zaraz rano, po obudzeniu, zastanawiałem się, jak tu się do tego zabrać. Dla mnie to bezładna masa papieru, całkowicie chaotycznie zapisana przypadkowymi notatkami. Jak ja mam za to się zabrać? Od czego zacząć? - myślałem trochę spokojniej niż zwykle, ale nadal z uczuciem goryczy, obrzydzenia i przestrachu. I pretensji do losu, że tak jest urządzony świat, że trzeba samemu coś poukładać. Że samo to się nie poukłada.
    Mam zasadę – jak nie wiem, jak coś zrobić, to tego nie robię. Czekam, aż będę wiedział. Ale to nie jest taka do końca dobra zasada. Otóż czasem trzeba jednak nawiązać kontakt z problemem, by mieć podstawę do rozwiązania zagadki, jak sobie z nim poradzić. Czasem samo dumanie nic nie pomaga – potrzebna jest obserwacja. Obserwacja obiektów występujących w naszym problemie.
    Zrozumiałem to, jak zniechęcony wziąłem kąpiel, ubrałem się, zjadłem coś i naburmuszony usiadłem przy moim niskim stoliku zawalonym papierzyskami. Wziąłem, zniechęcony, kawałek papierka i mu się przyjrzałem. Były napisane na nim jakieś numery telefonów, i fragment jakiejś zasłyszanej piosenki. Co z nim począć? - zadałem sobie flegmatycznie pytanie, a tu setki takich kawałków papieru się wala przed oczyma.
    „Powinienem mieć adresy i telefony w jednym miejscu, a piosenki też w jednym miejscu, tylko że w innym” – pomyślałem niezwykle rezolutnie. Wstałem i rozejrzałem się po moim mieszkaniu, gdzie by tu przygotować miejsce dla papierka, którego rozdarłem na pół, tak by mieć osobno papierek z telefonami, i osobno papierek z piosenką. Niestety wszystkie półki też są zawalone papierkami, więc nigdzie nie znalazłem miejsca dla trzymanych w ręku papierków. Postanowiłem z powrotem usiąść na kanapie i rozważyć ten problem. Spojrzałem znów na papierki na stoliku, jak i na stosach papierków pod fortepianem i szafką z telewizorem. „Sporo tego” – przemknęło mi przez głowę.
    Ale coś mnie olśniło. Dwie rzeczy. Nie, trzy rzeczy. Pierwsza ogólna – porządku nie zrobię mechanicznie, automatycznie. Trzeba to zrobić INTELIGENTNIE, czyli trzeba obmyślić to sobie. Druga, też ogólna – żeby przemyśleć cokolwiek, trzeba mieć dane, czyli trzeba jednak zrobić rozeznanie, jaka jest sytuacja, którą chcę zmienić. Trzeba się dotknąć porozrzucanych przedmiotów, w tym wypadku papierków. Trzecia, konkretna – trzeba notatki podzielić na kategorie, żeby potem łatwo było znaleźć dany papierek z właściwą notatką. I czwarta – trzeba przygotować miejsce dla każdej kategorii papierków. Nie ma rady.
    A więc nie trzy rzeczy, a cztery. Wystarczy. Wystarczy tego dobrego, jak dla mnie.
    Na razie podzieliłem pewną liczbę papierków na kategorie. Zrobiłem też rozeznanie, jak by tu zrobić miejsce na półkach (to wymaga uporządkowania też tych przedmiotów na półkach), i rozważyłem możliwość kupienia dodatkowych półek. Spokojnie, spokojnie, żeby się tylko nie przeciążyć. Jak się człowiek przeciąży, to potem łatwo się zniechęca i porzuca swoje plany. Trzeba postępować ze sobą delikatnie i łagodnie, by samemu się nie spłoszyć.

    Wczoraj odwiedziłem Alę i Antonia, moich drogich przyjaciół. I ich córeczkę Marysię, a ich syna Leoncja nie było, bo studiuje właśnie w Warszawie.
    Marysia będzie miała niedługo trzy latka. Nieczęsto ją widzę, a jednak Ala twierdzi, że jak Marysia coś między nimi dzieli, na przykład cukierki, to część odkłada na bok i mówi: „A to będzie dla Maćka”. Ala twierdzi, że to chodzi o mnie, bo innego Maćka Marysia nie zna.
    Marysia, w czasie gdy rozmawiałem z Antoniem o tym, jak reżyser powinienem dbać o swój autorytet wsród aktorów i innych pracowników, poprosiła mamę o sreberko, i zawinęła mi w nie jakiś prezent. I mi go wręczyła. „O jejku, dziękuję ci Marysiu!” - przerwałem rozmowę z Antoniem, wziąłem ze stołu laleczkę à la Barbie, i z wdzięczności odegrałem tą laleczką małą scenkę teatralną dla Marysi. Marysi się bardzo spodobało. Schowałem mój prezent do teczki i wróciliśmy z Antoniem do dyskusji o reżyserowaniu. Po chwili Marysia przyniosła mi nowy prezent, zawinięty też w sreberko, i do tego przewinięty wstążeczką. „O jejku, dziękuję ci Marysiu!!” - byłem naprawdę wzruszony. „Jesce” - poprosiła Marysia pokazując na smukłą laleczkę. Nie było rady, musiałem znowu odegrać scenkę z laleczką, co się spodobało znowu Marysi. Schowałem mój drugi prezent do teczki i powróciłem do rozmowy z Antoniem. Jak myślicie, co było dalej?
    Tak, dostałem jeszcze pięć prezentów, wszystkie w sreberkach, przewinięte wstążeczką, a Marysia pokazywała na laleczkę i mówiła „Jesce”. Jednak w końcu poprosiłem ją o przerwę, bo ciężko tak prowadzić zażartą dyskusję z Antoniem i jednocześnie robić teatr, choćby lalkowy, choćby tylko jednego aktora.
    Natomiast w domu odwinąłem wszystkie prezenty ze sreberek i znalazłem tam mnóstwo wspaniałych prezentów: kasztany z nóżkami z zapałek, stworki z modeliny, i mnóstwo innych drobiazgów. Prawdziwe skarby.
    Muszę tu się jednak do czegoś przyznać. Otóż obiecałem, że nie skorzystam z żadnej pomocy przy tłumaczeniu na polski piosenki „Torn”. Jednak po zapoznaniu się z tekstem wymiękłem – nie do końca zrozumiałem, o co chodzi. A ponieważ Alicja tłumaczy z angielskiego, poprosiłem ją o pomoc – wyjaśniła mi parę zwrotów i przedyskutowaliśmy ogólny sens piosenki. A wtrącił się też wtedy Antonio, bo on uważa się za znawcę kobiecych dusz, i musiał nam koniecznie wytłumaczyć, o co chodzi tej biednej kobiecie występującej w piosence. Muszę przyznać, że mnie zaskoczył – nie podejrzewałem, że zna się on aż tak dobrze na kobiecych duszach – z rozmów między nim a Alicją, przy których bywałem obecny, wynikało zawsze, że duszy Alicji to on ni w ząb nie rozumie.
    Wracając do piosenki „Torn”, to ją chyba naprawdę napisała Christina Stürmer, która raczej jest Austriaczką niż Niemką. Ale ja słyszę ją w radio w wykonaniu Natalie Imbruglia, która pochodzi z Australii (w każdym razie z Azji :), i można posłuchać tej piosenki na jej stronie www.natalie-imbruglia.co.uk (przycisk „watch”). Za trzy dni zamieszczę moje tłumaczenie w blogu albo na Forum.
    Jeśli chodzi o poezję, to napisałem tydzień temu wierszyk, ale go nie zamieszczę, bo na razie się wstydzę, bo za bardzo odkrywa on moje delikatne wnętrze.
    Może napiszę jeszcze inne wierszyki. Jeśli nie będą one za bardzo odkrywały mojego delikatnego wnętrza, to je będę na Forum zamieszczał.

    Wczoraj wieczorem zadzwoniłem do Gotfryda, znowu odłożyliśmy nasze naukowe spotkanie na za tydzień. W tej chwili na potęgę uczę się samoorganizacji, i bardzo chciałbym wrócić do współpracy z Gotfrydem już jako tako z-samo-zorganizowany. Ponieważ Gotfryd też w tej chwili jest zalatany, zgodził się z ochotą na odłożenie spotkania (docenia moje wysiłki, i ma nadzieję, że jak będę z-samo-zorganizowany, większy będzie miał ze mnie pożytek). Zaprosił mnie natomiast na spotkanie Pomorskiego Towarzystwa Filozoficzno-Teologicznego, które odbędzie się w czwartek 29-go listopada 2007 o godz.17.00 w nowym gmachu Biblioteki Gdańskiej PAN, ul. Wałowa 24, gdzieś w okolicy Pomnika Trzech Krzyży, Liceum „Jedynka” i księgarni Ossolineum. Temat dyskusji: „Co dalej, polski inteligencie?” (o sytuacji i roli inteligencji w Polsce Anno Domini 2007) Bardzo ciekawie się zapowiada (www.ptft.pl), zachęcam do pójścia tam, ale ja chyba jednak wybiorę się na spotkanie z Wojciechem Kuczokiem, które odbędzie się o 18.00 w mojej bibliotece w Sopocie. Chętnie bym poszedł i tu i tu, ale się nie rozdwoję. Ponieważ postanowiłem zostać kiedyś wielkim pisarzem (między innymi), więc wybiorę chyba Kuczoka, który na pewno też chce zostać wielkim pisarzem, i być może dowiem się od niego, co trzeba według niego zrobić, tak krok po kroku, by osiągnąć ten cel.

    Właśnie słyszę w radio Agnieszkę Włodarczyk, która śpiewa „złaaa-a-a-a zawsze byyy-łam”. Gdy usłyszałem parę dni temu to nazwisko, nie mogłem uwierzyć, że to ta sama Agnieszka, która wyleciała z serialu „Plebania”. A jednak to ta sama. Pięknie śpiewa tę piosenkę, bardzo ją lubię słuchać, choć jest trochę smutna.
    Usłyszałem właśnie frazę „w to, że mnie zmienisz, uwierzyłam”. To bardzo smutne zdanie. Człowiek nie powinien nikogo na siłę zmieniać. A tu bohaterka tej piosenki sama wręcz uwierzyła, że ktoś będzie ją zmieniać.
    Otóż moim zdaniem nie powinno się ani nikogo zmieniać, ani usiłować nawet samemu się zmieniać. Zmiany w nas, a więc w naszych mózgach, zachodzą samoistnie (każdy neuron zmienia się samodzielnie, kiedyś to omówię), i sieć neuronowa tak długo się samodzielnie zmienia, aż dostosuje się do stawianego przed nią konkretnego zadania. Więc można oczywiście komuś powiedzieć: „naucz się wreszcie robić porządek”, i można na siłę próbować spełnić szybko to polecenie, ale zmiany w mózgu tak szybko nie następują, i człowiek, pełen bólu, będzie robił porządki – wypierając natręctwa, gubiąc się, potykając, popełniając błędy, męcząc się diabelsko, ale wcale nie pozwalając swojej sieci neuronowej trwale i naturalnie, precyzyjnie się nauczyć, zgrabnie i z wdziękiem, czując szczerą motywację – robić porządki z głową i radością.
    Co zatem można zrobić, by coś w nas zmieniło się na lepsze? Zaskoczę Cię: cierpliwie czekać; nie robić nic na siłę; czekać na ochotę, dopiero wtedy działać; ale uważać na to, co się robi, by nie robić głupstw; i duuużo, dużo rozmyślać, by dociec, zrozumieć, jak to jest naprawdę. W różnych aspektach życia. Twoja sieć neuronowa ma znaleźć OPTYMALNĄ konfigurację tzw. wag, a nie jakieś tam doraźne, pośpieszne rozwiązanie. A to jest delikatna, precyzyjna sprawa – i wymaga czasu i spokojnych prób.

    W sobotę przedwczoraj znowu nas odwiedził Maciek z Gardzienic. Obejrzał, co zrobiliśmy w ostatnich tygodniach. Fajnie się pracuje w Teatrze LSD. Spotykamy się trzy razy w tygodniu, o ile coś nie wypadnie. Dwa tygodnie temu nie mieliśmy próby, tylko była dyskusja, jak widzimy z osobna teatr. Alicja nas o to poważnie spytała. Wcześniej powiedziała, jak ona to widzi: Alicja nie do końca akceptuje świata, który nas otacza (pośpiech, gonitwa za pieniądzem), i traktuje scenę jako miejsce, w którym można kreować nowy świat – taki świat, jakim by się go chciało uczynić na nowo.
    A potem wypowiadaliśmy się my. No więc Weronika stwierdziła, że w życiu używamy masek, by się za nimi ukryć, i teatr to jest takie miejsce, w którym te maski mogą z nas opaść i pokazać nas takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. Alina na to powiedziała, że jej świat się podoba taki jaki jest, i ona żadnego pośpiechu nie widzi. Więc ona traktuje teatr jako miejsce, gdzie można coś ładnego dla oka stworzyć. Wtedy Ala (jeszcze jedna Alicja w naszej grupie) zaśmiała się do Aliny, że przecież „sama jesteś jak torpeda, więc co mówisz, że nie obserwujesz pośpiechu dookoła siebie?” (a może powiedziała to Klaudia?), a ja pomyślałem, że może Alina nie dostrzega tego pośpiechu na świecie WŁAŚNIE DLATEGO, że sama ściga się z czasem i łapczywie połyka, co się da. Paweł stwierdził, że za dużo używamy słów, za mało operujemy gestem, obrazem (Paweł sam maluje), i teatr to dla niego miejsce, gdzie będzie mógł się bardziej wyrazić właśnie za pomocą ruchu. Agnieszka dodała od siebie, że ona jest bardzo życiowo niedoświadczona (jest najmłodsza w naszej grupie), i dla niej teatr to świetna okazja, by się samej czegoś o życiu dowiedzieć. Była jeszcze Klaudia i Krzysiek, ale nie pamiętam, co powiedzieli. Ja natomiast bardzo się podnieciłem i gorączkowo wykrzyczałem, że świat dlatego jest takim zwariowanym wyścigiem szczurów, bo panuje w nim niepodzielnie kłamstwo, i ja chcę teatru użyć do tego, bym mógł bezpiecznie na scenie być sobą, byśmy mogli się wszyscy na scenie otworzyć, każdy ujawni jakąś prawdę o sobie, i w ten sposób pokażemy widzom trochę prawdy, co przyczyni się choć troszeczkę do odkłamania nas wszystkich, łącznie z widzami.
    W ogóle te ostatnie dwa tygodnie to był bardzo odkrywczy dla mnie okres. Miałem na przykład kłopoty z zapamiętaniem tekstu. Wybrałem fragment, jak trefniś Trynkulo zauważa płachtę, pod którą się ukrył potwór Kaliban. Strasznie długi tekst wybrałem, który zaczyna się tak: „Nie ma tu ani drzewka, ani krzaka, pod który by się mógł człowiek jako tako schronić w niepogodę, a tu się na nową burzę zanosi; słyszę ją w podmuchu wiatru...” Tego tekstu jest 10 razy więcej, i miałem kłopoty z jego zapamiętaniem. I wtedy Alicja kazała nam mówić swoje teksty na różne sposoby: czołgając się po ziemi, wymachując kijami, przedrzeźniając się nawzajem, parodiować, chodzić za sobą po sali jakby śledząc, rzucając do siebie rury z dykty, a nawet wyśpiewując swoje teksty głośno po kolei. Ja się bardzo wstydziłem tak wygłupiać, i czułem się zablokowany, ale Alicja powiedziała mi, żebym przestał się krygować, cisnąć w środku, i żebym się wygłupiał na całego. No i coś w końcu we mnie pękło. Zacząłem się wydzierać, śmiać, rechotać na całe gardło, mało tego, na różne przypadkowe melodie wyśpiewywałem swój tekst. I tak powoli cała grupa zaczęła się wydurniać i wyluzowywać, tak że było sporo śmiechu, bo nasze zachowanie zaczęło nas upodabniać do zachowania stada rozbrykanych, radosnych, wygłupiających się małp.
    Więc gdy Maciek przyjechał w tę ostatnią sobotę, to miał już pewien materiał. I zaczął nas reżyserować. Zaczęła powstawać pewna konkretna scena: Kamil zawinięty w czerwoną tkaninę drepcze powoli na środek sceny, po jego bokach, przytulone do niego Alina i Klaudia, też zawinięte w tę tkaninę, przesuwają się; wtedy ja im zza pleców wypadam z rurą z dykty w ręku, potrząsam nią jak dzidą, rozglądam się zaniepokojony, i mówię ten krótki tekst o nadchodzącej burzy, tyle, co powyżej napisałem. Za mną podążają Paweł i Edyta, grają na bębenku i grzechotce, są jakby moimi cieniami. Wtedy ja zawracam wielkim łukiem, oni za mną, chowamy się za Kamilem z dziewczynami, tkanina rozwija się, tworzy się wielki statek, na którego dziobie stoi Kamil i mówi swój tekst o wielkiej obfitości, która przyjdzie po jego rządach. Statek (złożony z nas – sześciu osób, i rozwiniętej tkaniny) pędzi przed siebie, aż w końcu rozbija się, wpadamy na siebie. Robi się wielka katastrofa. Zastygamy w pewnym momencie, i wtedy pojawia się mały Kuba. Trzyma w dłoni miecz. Po chwili tnie nim w powietrzu, jakby pozwalając nam się rozluźnić, po czym zaczyna wymachiwać mieczem na boki jak wytrawny dyrygent. W rytm nuconej przez niego melodii szybko drepczemy w jego kierunku i... padamy wszyscy na ziemię, jakby rażeni piorunem. Koniec sceny.
    Powtarzaliśmy tę scenę chyba z dziesięć razy. To była prawdziwa reżyserska robota. Coraz lepiej, coraz pewniej wykonywaliśmy nasze role, aż wreszcie nam wyszło jak należy. Byłem po tym skonany (całe zajęcia, razem z rozgrzewką, trwały siedem godzin), ale jadąc do domu czułem, że cały czas dobrze myślałem: trzeba tworzyć coś skończonego, trwałego, i potem tę koncepcję trzeba szlifować. Koncepcja Kamila o improwizacji padła trupem.
    W domu, przed snem, zacząłem snuć wielkie plany: co też w moim życiu uda mi się wyreżyserować?

    Nie uruchomiłem sobie jeszcze drukarki. Odkryłem jednak fajne miejsce we Wrzeszczu: dom handlowy Jantar, przy tym skrzyżowaniu Grunwaldzkiej z tą ulicą, co prowadzi na rynek. Tam jest xero, i można tam przyjść z pendrive'em i wydrukować sobie wszystko, 10gr za stronę. Prawda, że tanio? Ale niedługo uruchomię sobie drukarkę w domu, tylko muszę ją sobie zainstalować i kupić sobie kartrydża z atramentem.

    Od pewnego czasu leci w TVN taki program, zaraz po Kubie Wojewódzkim. Nosi tytuł „Numery z kwatery – 3 po 3”. Dwóch chłopaków i dziewczyna pokazują różne skecze, pewnie zapożyczone z dowcipów. Całkiem to zabawne. Wczoraj podobał mi się skecz w stylu Monty Python'a. W wypożyczalni video pani robi raban, że klient po obejrzeniu filmu nie przewinął taśmy do początku. Wzywa policję, policja każe klientowi paść na podłogę, skuwa go kajdankami, na końcu go zastrzelili, bo się poruszył. Nawet się roześmiałem.
    Józefina opowiedziała mi ostatnio taki dowcip: wchodzi facet do przedziału, siada naprzeciwko innej pasażerki. Po chwili kobieta zaczyna ruszać nosem, wykrzywia się z niesmakiem. Facet robi przepraszającą minę, widać, że mu głupio: „Bardzo panią przepraszam, ale to moje nogi. Robiłem już wszystko: wietrzyłem je, posypywałem talkiem, posypywałem je nawet kwasem bornym. I nic – ciągle wydzielają z siebie ten zapach”. Kobieta patrzy na niego przenikliwie, i mówi: „A próbował pan umyć?” Facet patrzy na nią z niedowierzaniem, w końcu pyta: „A to pomaga?”

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
21 listopada 2007

Gugiel wie wszystko

    No i po bólu. I po krzyku. I po strachu. Alicja mi powiedziała wczoraj, że wie o moim blogu, i nie ma nic przeciwko temu, bym opisywał w nim nasze zajęcia. Zajęcia Teatru LSD.
    A wiecie, skąd wiedziała o moim blogu? Z gugla! Bo ja wymieniłem ją z imienia i nazwiska, i jak się w guglu wpisze jej nazwisko, to na, co prawda, dalekim miejscu, ale wyskakuje adres mojego bloga. Niesamowite, co? Z tego wynika, że aktywna baza danych gugla przeszukuje nie tylko nazwy stron internetowych, ale wszystkie teksty, które w środku tych stron pojawiają się w Internecie. Wszystkie słowa z tych tekstów. A więc jeśli w moim blogu napiszę „Albert Einstein – autor Teorii Względności” (co właśnie uczyniłem!), to po pewnym czasie będzie to w bazie danych gugla, i jeśli ktoś wpisze w ramce wyszukiwarki „Albert Einstein”, albo lepiej „Albert Einstein – autor Teorii Względności”, to powinien na którymś miejscu (pewnie dalekim) wyskoczyć mój blog!
    Muszę zrobić eksperyment. Jeszcze lepiej, jeśli powyższe frazy napiszemy w wyszukiwarce w cudzysłowie, wtedy gugiel nie szuka oddzielnych słów frazy w tekście rozrzuconych, ale dokładnie tej frazy, więc lista znalezionych adresów będzie krótsza i bardziej akuratna.
    Albo zróbmy taki eksperyment. Napiszę tutaj taki bezsensowny tekst: „Dziś odwiedził mnie wielki uczony, Profesor Hipolit Kloc. Jego cenny czas badań zajmuje przede wszystkim Szczególna Teoria Dłubania w Nosie. W czasie jego odwiedzin dowiedziałem się wielu nowych informacji na temat tego pasjonującego zagadnienia”. Za jakiś czas profesor Kloc powinien się znaleźć w bazie gugla. Wpiszmy więc „Profesor Hipolit Kloc”, ewentualnie dodajmy jego specjalność, najlepiej w cudzysłowie. Powinien wyskoczyć mój blog, z którego dowiecie się wielu najnowszych rewelacji z powyższej dziedziny.
    A tak w ogóle muszę teraz bardzo uważać. Okazało się wszak, że do mojego bloga może trafić każdy, kto w wyszukiwarce wpisze frazę występującą w blogu. A więc każdy może trafić! A zatem muszę bardzo uważać, żeby nikomu się nie narazić. Nikogo nie obrazić. Najlepiej zrobię, jeśli, tak jak Donek, będę pisał, że wszystkich kocham. Bez wyjątku. Wtedy wszyscy, którzy mnie znają, będą mnie lubić, i będę miał u nich chody.
    Aaaach, cudownie, czuję się jak Michael Jackson. I love you too, I love you too :) :) :)

    Brrrr, co ja wyprawiam; przecież nie cierpię emotikonów. To jest dla mnie taka proteza poczucia humoru. Albo dodajemy to na wszelki wypadek, by nasz odbiorca się nie obraził za nasz żart, tylko na pewno wiedział, że nasze intencje były ciepłe i przyjacielskie.

    Postanowiłem więc wykorzystać nowo nabytą wiedzę o guglu, i postanowiłem znaleźć słowa mojej aktualnie najbardziej ulubionej piosenki, w której padają słowa: „I wanna be daylight in your eyes”. Wpisałem więc frazę: „I wonna be daylight in your eyes”, i pojawiło mi się: „Czy chodziło Ci o frazę – I wanna be daylight in your eyes?”. No tak, popełniłem błąd. Nie pisze się „I wonna”, tylko „I wanna”, tak jak w moim ulubionym programie w MTV „Wanna come in?”, z którego można się dowiedzieć, co trzeba mówić dziewczynie, by na koniec randki wypowiedziała magiczne słowa: „Wanna come in?” Bardzo uważnie śledzę ten program, robię notatki, bo bardzo bym chciał mieć pewność, że jak będę w przyszłości podrywał dziewczyny, to będę wyłącznie słyszał „Wanna come in, wanna come in?”
    Albo inny program w tej stacji: „Date my mom”. Też super. Facet umawia się z trzema mamami, które mają tak zachwalać swoje córeczki, żeby chłopak wybrał właśnie ich córeczkę spośród wszystkich trzech. Pamiętam jeden program, jak jedna mama zachwala na randce swoją córeczkę: „Moja córeczka jest świetna: piękna, zgrabna, śliczna, mądra, umie śpiewać, tańczyć, gra nawet na gitarze, ma tylko jedną wadę...” „Tak? A jaka to wada?” - pyta napalony już chłopiec. A mama na to: „Niestety, ona strasznie pierdzi.” No cóż, chłopak nie wybrał tej dziewczyny, ale ja na jego miejscu umówiłbym się po programie na prawdziwą randkę z tą mamą, bo nic tak mnie nie podnieca seksualnie, jak stuprocentowa prawdomówność, której ja sam niestety nie posiadam w stu procentach.
    Wracając to tej piosenki, przy której, gdy tylko ją słyszę w radio, zaczynam tańczyć na środku pokoju, to gugiel mi ją natychmiast znalazł. Okazało się, że jest to piosenka niemieckiego girlsbandu o nazwie „No Angels”. Ci, którzy uważnie czytają mojego bloga, od razu zrozumieją, dlaczego za samą nazwę pokochałem ten zespół. Gdybym mógł, to wszędzie: na ulicach, w szkołach, w sklepach, ba, nawet w kościołach poustawiałbym znaki zakazu z przekreślonym aniołkiem: „no angels”. Ciekawe, czy takie były intencje pomysłodawców tej nazwy.
    Piosenka nosi tytuł „Daylight in Your Eyes”, i natychmiast znalazłem stronę ze słowami tej piosenki. Bo nie zawsze rozumiem słów, gdy słucham nawet najbardziej ulubionych piosenek. Słowa tej piosenki są bardzo proste, ale bardzo mnie energetyzują... :) :) :)
    I zacząłem się bawić. Biorę różne frazy z zasłyszanych piosenek, i szukam ich tytułów, słów i nazwiska wykonawcy przy pomocy gugla. Jest tak wiele piosenek, które uwielbiam, a nie mam pojęcia, o czym one są. Na przykład w innej mojej ulubionej piosence usłyszałem takie frazy: „lying naked on the floor”, „illusion never changed”, „he used to lie”, „faith”, „this is how I feel”, „fortuneteller's right”, „perfect sky”, „I don't care how I look”, „that what's going on” - tyle mi się udało wyłuskać z tej piosenki, zapisałem to sobie na karteczce, użyłem tylko pierwszych dwóch fraz, i już miałem piosenkę i piosenkarkę: „Torn” w wykonaniu Christiny Stürmer. Pierwsze słyszę! Też Niemka. Jak te Niemki świetnie śpiewają po angielsku – lepiej niż Spice Girls, Sugababes, Rihanny czy Beyonce (czytaj bijonse), które też lubię. Tylko Shakiry nie lubię, nie wiedzieć czemu (chyba te jej gardłowe modulacje mnie denerwują). W radio nieczęsto podają namiary na wykonawcę i tytuł, ale teraz mam sposób, jak to znaleźć, i potem sobie ewentualnie będę mógł kupić całą płytkę i posłuchać wszystkich utworów danego artysty, a nie tylko tych próbek, które puszczają w radio.
    Jeśli chodzi o piosenkę „Torn”, to proponuję zabawę: przetłumacz tę piosenkę na polski, a ja też ją przetłumaczę (jak na razie nie wiem, o czym ona jest) i napiszę w blogu moją polską wersję za około tydzień. Nikogo nie poproszę o pomoc, użyję tylko słownika. Mój angielski jest kulawy, więc nie będzie to łatwe, zwłaszcza, że jak patrzyłem na ekranie (jeszcze tekstu nie wydrukowałem), to nie jest to łatwa językowo piosenka. Porównasz sobie swoją wersję z moją, będziesz miał(a) fajną zabawę. Szkoda, że ja nie będę mógł porównać swojej wersji z Twoją, ale przynajmniej Ty się będziesz dobrze bawił(a).

    W piątek 16-go listopada w GW na drugiej stronie przeczytałem fajny artykuł Piotra Pacewicza, z podtytułem (tytułu nie zdradzę) „Witajcie w Polsce nietolerancji”. Otóż Pan Piotr oparł się na sondażu, w którym zadano pytanie „Czy Twoim zdaniem Polacy zgodziliby się mieć za szefa... ?”, i po kropeczkach wymieniono nazwę przedstawiciela danej grupy społecznej. Pytanie było tak skonstruowane, by respondent nie ukrywał swoich uprzedzeń (do czego mamy skłonność – nawet przed sobą ukrywamy swoje słabości), autorzy zakładali, że pytając o zdanie o innych Polakach zadziała tzw. projekcja, czyli respondent ujawni w ten sposób swoje prawdziwe uprzedzenia.
    Mnie to zainteresowało, bo gdybym chciał być w przyszłości na przykład reżyserem, to będę kierował wtedy jakąś grupą ludzi, więc czy moja osoba nie wywoła czasem jakichś uprzedzeń?
    Więc tak: kobietę za szefa nie zaakceptowałoby 10% Polaków – okey, nie jestem kobietą, choć jak widać, kobieta nie ma tak źle. Gorliwego katolika nie zaakceptowałoby 25% rodaków – okey, nie jestem katolikiem, a tym bardziej gorliwym. Osoby na wózku inwalidzkim nie zaakceptowałoby 30% - okey, nie jestem inwalidą. Ateistę zaakceptowałoby aż 57% - okey! Jako ateista nie miałbym tak źle! Świadka Jehowy nie zaakceptowałoby 59% - okey, nie jestem świadkiem Jehowy. Osoby po siedemdziesiątce 72% - okey! jestem trochę młodszy, geja, lesbijki nie słuchałoby się 84% respondentów, świetnie, nie jestem gejem ani lesbijką, osoba karana w przeszłości też miałaby przechlapane, bo nie zaakceptowałoby jej jak szefa aż 86% obywateli naszego kraju. Nie byłem karany w przeszłości (oprócz klapsów od Hilarego), więc już podrygiwałem z radości, że świetnie się nadaję na szefa. Została jeszcze na dole ostatnia rubryczka... zgadnijcie, kto byłby najmniej akceptowany jako szef, bo aż 93% odrzuciłoby takiego szefa?
    Najmniejsze szanse jako szef miałby: BYŁY PACJENT PSYCHIATRYCZNY!!!
    No nie! Ja tu sobie planuję wystawienie własnej sztuki teatralnej, a więc jej wyreżyserowanie, a tu się okazuje, że jestem na straconej pozycji: JESTEM PACJENTEM PSYCHIATRYCZNYM, i to nie byłym!!! Tyle, że już nie siedzę w szpitalu.
    No nie! Co? - oni sobie jaja robią?
    I zacząłem po chwili się strasznie głośno śmiać, bo ja się świetnie czuję jako PACJENT PSYCHIATRYCZNY. Ja jestem wręcz dumny z mojej choroby, jak i z tego, że z niej wychodzę. Nikomu za żadne skarby bym nie oddał mojego doświadczenia ze schizofrenią. Cała moja tożsamość, całe moje dotychczasowe życie dopiero wtedy zaczęło mi się wyjaśniać, gdy wylazła ze mnie ta choroba. Królewska choroba – mówią o niej. Dopóki jej nie było, dopóki działała ona z ukrycia, podstępnie niczym szpieg Tajemniczy Don Pedro, dopóty byłem zrozpaczony moją nieudacznością, moją beznadziejnością, bezradnością, bo... bo nie rozumiałem, skąd to się bierze, dlaczego ja, całkiem spostrzegawczy dzieciak, dlaczego jestem taki beznadziejny, dlaczego nic mi się nie udaje, dlaczego bez przerwy cierpię ponad miarę z powodu swoich notorycznych klęsk i niepowodzeń! Dopiero gdy okazało się, że noszę w sobie schizofrenię, dopiero gdy jakiś proces naturalny zaczął niejako wykurzać z nory tego mojego podstępnego, ukrywającego się wroga, dopiero wtedy zacząłem rozumieć, co się właściwie ze mną przez całe moje życie działo wcześniej. Gdyby nie eksplozja schizofrenii, być może pozostałbym w nieświadomości do końca życia!
    Znane jest powiedzonko: lepszy diabeł znany niż nieznany. Dokładnie tak samo jest ze schizofrenią. Dopiero, gdy wiemy, że mamy schizofrenię, dopiero wtedy zaczynamy rozumieć samych siebie. Gwarantuję Wam, że na świecie jest dużo więcej schizofreników niż 1 procent populacji, tylko my, ujawnieni schizofrenicy, mamy to szczęście, że naprawdę wiemy, że coś z nami jest nie tak – reszta postrzeleńców nie dopuszcza do siebie nawet tej myśli, że są chorzy psychicznie. Zachowują pozory normalności, udają, że normalnie pracują, normalnie funkcjonują, tylko czasem przed snem, wyczerpani walką z samymi sobą, mamroczą sobie cicho pod nosem: „o co tu, kurwa, chodzi, dlaczego ja cały czas kłamię i udaję?”

    Tydzień temu w środę poszedłem na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki. Czułem się niepewnie, gdyż i tym razem nie miałem przeczytanej książki. Nie dałem rady. Ale nie chciałem stracić kontaktu z klubem. Poszedłem.
    No i okazało się, że inni też mieli podobny problem. Przyszły tylko cztery osoby (ze mną), do tego były dwie bibliotekarki, z tym, że okazało się, że Blond Intelektualistka jest też bibliotekarką! Myślałem, że ona jest z zewnątrz, jakoś nie wygląda mi na bibliotekarkę.
    No więc tak, zacznijmy na lewo ode mnie: ja, Szczupła Pani, Nieśmiała Bibliotekarka, Moja Sąsiadka, Blond Bibliotekarka, no i Elokwentny Dżentelmen w Szaliczku. No i znowu ja, potem Szczupła Pani, Nieśmiała Bibliotekarka, Moja Sąsiadka, Blond Intelektualistka, Elokwentny Dżentelmen w Szaliczku, ja, Szczupła Pani, Nieśmiała Bibliotekarka...
    Tak, mógłbym tak wyliczać bez końca w kółko, chyba wystarczy. Wszystkich nas było sześć osób.
    Więc jedyną osobą, która przebrnęła przez „O pięknie”, była Szczupła Pani. Poprosiliśmy ją o opisanie nam książki, która jej się, o dziwo, podobała, ale jakoś nas nie przekonała, że warto było czytać. Więc przeszliśmy do rozmowy o naszych sprawach, i miło nam się gawędziło, bo i tym razem była kawka z mlekiem i ciasteczka. Poza tym na stole leżały dwa stosy książek – kolejne dwie propozycje na grudzień.
    Elokwentny Dżentelmen w Szaliczku zaczął ustalać z Moją Sąsiadką, czy spędzili wspólne dzieciństwo na jednym podwórku (tak się zgadało w rozmowie o Sopocie), Elokwentny Dżentelmen w Szaliczku był przekonany, że całował się w dzieciństwie z kimś podobnym do Mojej Sąsiadki, ale Moja Sąsiadka mu wyjaśniła, że ona wtedy inaczej wyglądała, że Elokwentny Dżentelmen w Szaliczku musiał ją z kimś pomylić, a poza tym ona się w dzieciństwie z nikim nie całowała. Muszę jednak przyznać, że Elokwentny Dżentelmen w Szaliczku potrafi nieźle bajerować kobiety, głowę bym dał, że Moja Sąsiadka uważnie się przyglądała przez chwilę ustom Elokwentnego Dżentelmena w Szaliczku.
    Potem ja opowiedziałem o swojej wizycie w klubie Anawa na koncercie punk-rockowym, bo zaczęliśmy rozmawiać o subkulturach, następnie Blond Bibliotekarka opisała swoje wspomnienia z Przystanku Woodstock, jak jakiś obwieś poprosił ją, by się z nim podzieliła swoją zupą, ale ona się go nie bała, i powiedziała, żeby się odpieprzył. Muszę przyznać, że jak na bibliotekarkę, dosyć osobliwe słownictwo.
    Postanowiłem wtedy opowiedzieć o swoich poczynaniach teatralnych, co bardzo wszystkich zainteresowało, i musiałem obiecać, że 12-go grudnia opowiem ciąg dalszy. Potem oni zaczęli sobie dalej rozmawiać (Elokwentny Dżentelmen w Szaliczku zaczął ciągnąć za język Nieśmiałą Bibliotekarkę, by ta coś powiedziała, co ostatnio czytała, bo ona ze swojej nieśmiałości wcale się nie odzywała), a ja się przyjrzałem bliżej w tym czasie dwóm stertom przygotowanych dla nas książek. Pierwsza to była „Nieznośna lekkość bytu” Milana Kundery, a druga „Nie opuszczaj mnie” Kazuo Ishiguro. Ponieważ tę pierwszą czytałem bardzo, bardzo dawno temu, więc im przerwałem i zaproponowałem, byśmy na następne spotkanie przeczytali „Nie opuszczaj mnie”, bo zajrzałem do środka, i chyba mi się podoba. Też zaczęli przeglądać egzemplarze tej książki, i się zgodzili, że możemy tę książkę wybrać.
    Ciekawym, czy tym razem uda mi się dobrze przygotować do zebrania naszego klubu. Mam czas do 12-go grudnia (godz. 17.00) na przeczytanie książki, a więc niemało czasu. Za to 29 listopada 2007 o godzinie 18.00 w ramach naszego Dyskusyjnego Klubu Książki odbędzie się spotkanie, uwaga!, z Wojciechem Kuczokiem, tym, co napisał „Gnój”, na podstawie którego Magdalena Piekorz nakręciła swoje „Pręgi”, w których wystąpił Wiedźmin. Warto przyjść, więc podaję adres: Miejska Biblioteka Publiczna w Sopocie, ul. Obr. Westerplatte 16.

    Ostatnio zrozumiałem (po raz kolejny), po co się robi porządek. Otóż porządek nie tylko robi się po to, by ładnie wyglądało, ale przede wszystkim po to, by wiedzieć GDZIE CO JEST.
    Cóż, zrozumiałem, zrozumiałem. A bałagan jak w chałupie jest, tak jest. Nieziemski.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
19 listopada 2007

Chciałbym móc być sobą

    Coraz bardziej mi się w głowie rozjaśnia. Zaczynam rozumieć, co jest ważne, co jest do czego, po co warto coś robić. A wygląda to mniej więcej tak: ludzie w większości przypadków nie rodzą się pokręceni psychicznie. Pokręcenie następuje później, gdy mały człowiek dostaje się w tryby społeczeństwa, gdy wpada w łapy innych w ten sam sposób pokręconych nieco wcześniej, gdy biorą go w obroty inne, już pokręcone osoby. Otóż osoba z bakcylem jest w stanie przekazać podobnego bakcyla takiemu nowemu, świeżutkiemu, czyściutkiemu umysłowi. Ta osoba do tego jest święcie przekonana, że robi dobrze, że tego małego człowieka zaszczepia przed „złymi duchami”. I nie wie, że tak naprawdę motorem jej działania jest bakcyl, którego ona w swoim umyśle posiada. Bakcyl podsuwa jej „wiedzę”, która skłania tę osobę do działania mającego na celu uruchamianie, powoływanie do życia nowe, podobne temu poprzedniemu, bakcyle. I tak to się kręci.
    Stąd świat obecnie wydaje nam się taki zwariowany. Na przykład ten świat, który w wielkiej obfitości obserwujemy za pośrednictwem telewizji. Jest jakaś przyczyna, że świat ten jest taki zwariowany.
    Świat opiera się na informacji. Gdyby w eterze krążyły tylko prawdziwe informacje, żylibyśmy w przyjaznym, uporządkowanym, logicznym świecie. Tak jednak nie jest. Ma miejsce zjawisko, w wyniku którego informacja między nami jest z całą premedytacją przekręcana czy wręcz zakłamywana. W tej chwili nie będę pisać o tym zjawisku, ani o jego przyczynach. Poświęcę na to więcej miejsca w przyszłości.
    Teatr, czy sztuka w ogóle, nie powstaje po prostu dla przyjemności, czy też bo tacy jesteśmy zdolni. Te dziwne obrazy, te dziwne spektakle teatralne, te przedziwne piosenki, te dziwaczne utwory w muzyce poważnej, te tajemnicze wiersze, pokręcone poematy, wreszcie te zadziwiające paradoksy, które udało się wywieść z logicznych przesłanek filozofom – oto jest produkt uboczny tego potwornego zjawiska, zjawiska, wskutek którego żyjemy w zakłamanym świecie.
    Ale to nie jest jedynie produkt, czy też produkt uboczny. To jest także reakcja – reakcja obronna umysłu człowieka przed kłamstwem. Dzieła sztuki same często potrafią być nieźle zakłamane, ale dzięki nim możemy zobaczyć gołym okiem czy uchem, jak pokręcone są nasze umysły. Pokręcone, czyli... zakłamane. A skoro zakłamane, to... cierpiące.
    Doszedłem więc do wniosku, że warto się zainteresować sztuką, a teatrem w szczególności, w moim przypadku. Oto mam cel. Dzięki teatrowi przyczynić się do odkłamywania świata. Badać go, i zrozumieć, jak działają mechanizmy zakłamujące (a więc poznać psychologię, czy wręcz psychiatrię), i w ten sposób zdobyć wiedzę, zdobywać wiedzę, jak można przyczynić się systematycznie do skutecznego odkłamywania świata. Czy nie jest to piękny cel?
    Gdyby udało się zupełnie odkłamać świat, to wtedy mosty, domy, nowoczesne komputery, wydajne sposoby wytwarzania żywności, eksploracja kosmosu, czy w ogóle wszelkie badania naukowe – to wszystko rozwijałoby się wielokrotnie sprawniej, bardziej optymalnie. Ale co ważniejsze, ile niepotrzebnego bólu byśmy się pozbyli z naszych organizmów! Bólu strasznego – przewlekłego bólu psychicznego.

    Nic tak nie uzdrawia umysłu, jak mówienie o sobie. O sobie samym. I do tego być wysłuchanym! Niestety, ludzie nie chcą się nawzajem słuchać. Często jedni drugim zwracają uwagę: „Ach, jaki z ciebie egoista, jaki egocentryk, cały czas mówisz tylko o sobie, nic interesującego nie powiesz, tylko w kółko o sobie, tylko twoje problemy cię interesują”.
    Ale tak to już jest: gdy ktoś jest bardzo chory psychicznie, to nie jest w stanie „zainteresować się ciekawymi sprawami”. On non stop odczuwa potrzebę wywewnętrzniania się. Jak ja. Ja właśnie taki jestem. W każdym razie taki byłem. I najgorzej się czułem, gdy słyszałem: „Ach, już przestań! Już przestań się użalać nad sobą! Weź się, bracie, w karby!”
    Cóż, byłem sfrustrowany, czułem się jak szczur drażniony elektrycznie w labiryncie bez wyjścia. I obwiniałem się. Uwierzyłem, że to moja wina. „Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina” - chciałoby się powiedzieć. I tak sobie myślałem, ale na szczęście coś mi podpowiadało: „Nie ma winy, nie ma winy, nie ma żadnej wielkiej winy”. Podpowiadał mi to mój racjonalny umysł, który dosyć wcześnie spostrzegł, mimo wszechrozbrzmiewających się bzdur, że piękno świata polega na tym , że NIE MA W NIM NIELOGICZNOŚCI. Że to co nawet się wydaje kompletnie głupie i nielogiczne, jest po prostu trochę bardziej skomplikowane, ale nadal jest LOGICZNE.
    A skoro wszystko jest logiczne, to nie ma żadnej winy, bo moja wina w jakimś działaniu wynikałaby przecież z czegoś, gdzie mojej winy jeszcze nie było, więc czyżby moja wina była przesądzona? No to co to za wina, skoro była ona wcześniej przesądzona?
    A zatem nie ma żadnej winy, jest tylko bagno we mnie. I bagno to ze mnie chce się wydostać. Chcę gadać, chcę gadać, chcę gadać! I niech nikt mi nie mówi, żebym przestał gadać. Jeśli ten nikt nie chce słuchać, niech odejdzie, ale niech mi nie zabrania gadać. Bo tylko gadając mogę szybko pozbyć się tego bagna. Tylko wywalając je z siebie.

    Anonimowi Schizofrenicy! Anonimowi Neurotycy! Anonimowi Seksoholicy! Anonimowi Narkomani! Alkoholicy! Popaprańcy! Kleptomani! Awanturnicy! Hydraulicy wszystkich krajów, łączcie się! Rozmawiajcie ze sobą, opowiadajcie sobie, co Was gnębi w Waszej głębi! Czego się wstydzicie, czego w sobie nie rozumiecie, czego nie akceptujecie, czego inni w Was nie akceptują!
    Bo Donald ma rację, że miłość jest najważniejsza, tylko że nigdy tej miłości nie zaznacie, dopóki do końca nie wywalicie tego błota, które zatyka Wam wszystkie dziurki.

    W liceum miałem kolegę Tomcia, który bardzo mnie podbudowywał, bo mi mówił, że lubi ze mną rozmawiać. Ale myśmy nie rozmawiali o pięknych rzeczach, tylko o, nazwijmy to roboczo, filozoficznych problemach. Pamiętam dwa problemy. Pierwszy to była moja teza, że wszyscy jesteśmy egoistami. „Jak to” - pytał mój kolega Tomcio - „a altruiści, też są egoistami?” A ja odpowiadałem: „Ależ oczywiście! Altruiści to najwięksi egoiści na świecie. Czy wiesz, jaką oni radochę przeżywają, gdy komuś coś dają? Orgazm, kolego, orgazm przeżywają!” A Tomcio pytał, skąd wiem, więc mu wytłumaczyłem, że byłem w życiu parę razy altruistą, bardzo chciałem coś komuś dać, na przykład jakąś drogą rzecz, dałem temu komuś to coś, i wtedy przeżywałem orgazm. „A skąd wiesz, że to był orgazm, skąd wiesz?” - dopytywał Tomcio, więc mu zdenerwowany odpowiadałem, żeby mi nie zalewał, że on nie wie, jak to jest mieć orgazm, i wtedy robiliśmy się obaj czerwoni.
    Drugi problem to była moja teza, że wszyscy jesteśmy sobą. „Jak to” - pytał mój kolega Tomcio - „a jeśli ktoś coś udaje, to też jest sobą?” A ja odpowiadałem: „Ależ oczywiście! Jeśli ktoś coś udaje, to jak najbardziej jest wtedy sobą, bo to oznacza, że on jest po prostu udawaczem, i to leży w jego naturze, żeby udawać. Więc udając – jest on po prostu sobą!” Wtedy Tomcio wykrzyknął, że w takim razie Dorcia (nasza koleżanka) też jest zawsze sobą, i co ja wtedy na to, i wtedy ja się zastanowiłem, i rzeczywiście, musiałem się z nim zgodzić, że Dorcia jest wyjątkiem, ona to na pewno nigdy nie jest sobą. „Ale to jest wyjątek potwierdzający regułę!” - spuentował Tomcio, i sobie trochę porechotaliśmy. Co nam wyszło na zdrowie.

    Dziś, po latach wiem, że to z tym byciem sobą, to nie jest taka prosta sprawa. No bo spotkałem w swoim życiu osoby (niewiele ich było, trzeba przyznać), które były całkowicie spontaniczne i wyluzowane, a jednocześnie były pełne uroku i chwytały mnie (i nie tylko mnie) za serce. Bardzo im zazdrościłem. Gdy próbowałem je naśladować i pozwalałem sobie być spontanicznym, przez jakiś czas też potrafiłem być do rany przyłóż, czułem wtedy otaczającą mnie sympatię, i trach!, jak nie powiedziałem czegoś takiego, że wszyscy truchleli i kulili się w przestrachu bądź zażenowaniu! Cała sympatia gdzieś się ulatniała, a ja z wybałuszonymi gałami, przygarbiony, trzymałem się prawą dłonią za buzię przez najbliższe pół godziny. I tak, żeby mnie nikt nie widział, oczywiście.
    Więc wtedy zaczynałem się kontrolować, i to bardzo, i byłem wtedy elokwentny, zabawny i rozmowny niczym kawałek zbutwiałej deski. Ta samokontrola bywała tym większa, im większy był potencjał rażenia słowami przeze mnie moich rozmówców. I ja nie wiedziałem, skąd się to bierze, miałem jak najlepsze intencje mówiąc coś, dopiero po chwili, gdy było już za późno, orientowałem się, że mój rozmówca nie jest zdolny do dalszej ze mną konwersacji.
    Dziś, po latach wiem, że stuprocentowo być sobą, to znaczy móc być całkowicie spontanicznym. Bo te głupoty, które nam wylatują w czasie naszych wypowiedzi, mają swoje źródło. Zdrowy, pozbawiony mentalnego bakcyla człowiek nie mówi rzeczy niezgodnych ze swoimi intencjami. Więc nie musi się kontrolować. Może być sobą, i jest lubiany. Natomiast człowiek z bakcylem w głowie ma wybór: albo „być sobą”, czyli pozwolić bakcylowi się wtrącać w najmniej oczekiwanych momentach i wszystko psuć, albo się kontrolować, no i wtedy być mniej lub bardziej drętwym. Co oczywiście sympatii słuchaczy nie przysparza.

    Jakieś wnioski? Cóż, dopóki mam w sobie bakcyla, muszę się kontrolować. Ale on znika, i tej samokontroli będzie we mnie coraz mniej. Aż wreszcie, pewnego pięknego dnia, będę mógł całkowicie być... sobą.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
18 listopada 2007

Wspólnoty Anonimowych Schizofreników

    Piszę ostatnio trochę rzadziej, bo pojawiły się we mnie pewne wątpliwości. Otóż chodząc na spotkania Teatru LSD (Lustra Strona Druga) zacząłem czuć się nieuczciwie. No bo coraz lepiej poznaję te osoby, one coraz lepiej poznają mnie, czują do mnie zaufanie, a nie wiedzą, że ja o nich piszę na swoim blogu. To się robi w ten sposób taki Big Brother, tyle, że gorzej, bo obserwowane osoby nie wiedzą, że są obserwowane.
    Co prawda powiedziałem Alicji na początku, że prowadzę bloga, ale ona wtedy na to nie zwróciła uwagi i pewnie nawet o tym nie pamięta. W każdym razie nie dałem jej linka, i na tym się skończyło. Natomiast pozostałe osoby nie wiedzą nawet, że już gdzieś zaistniały w Internecie bez swojej zgody.
    Jeśli chodzi o moją rodzinę, to jestem w porządku: wszystkim powiedziałem o blogu, jak chcą, to mogą sobie go czytać i mieć ewentualnie do mnie pretensje, co bym na bieżąco uwzględniał (na razie pretensji żadnych nie było, oprócz pretensji Alberta, że „piszesz głupoty na tematy polityczne, na których w ogóle się nie znasz”). Zresztą tylko Albert chyba czyta mojego bloga, co jest zresztą w zupełności wystarczające, bo w ten sposób pilnuję się, by nikomu nie zaszkodzić ani nikogo nie obrazić. To są takie granice, które same się tworzą w świadomości, jeśli się wie, że zainteresowana osoba może przeczytać coś o sobie i nie być tym specjalnie zachwycona.
    Więc to dobra zasada, którą przyjąłem na początku intuicyjnie, by roztrąbić wszem i wobec o moim blogu (zapomniałem, jeszcze Gotfryd mnie kontroluje), tak jak Michnik roztrąbił wszem i wobec o wizycie korupcyjnej, jaką złożył mu Lew Rywin swego czasu. Takie roztrąbienie chroni nas przed powstaniem jakiejś bomby, która jak wrzód narasta bez naszej wiedzy i nagle wybucha raniąc nas niemiłosiernie. Po prostu w razie jakiegoś niebezpieczeństwa, na przykład zranienia kogoś lub siebie, sprawa szybko wychodzi na wierzch i można jeszcze zawczasu się wycofać i „ofiarę” swojego gadulstwa przeprosić (Michnik uniknął w ten sposób wplątania go w podejrzenia o jakiekolwiek akceptowanie wstępne propozycji Rywina).
    No tak, ale zarówno w Teatrze LSD nie roztrąbiłem o moim blogu, podobnie członkowie Dyskusyjnego Klubu Książki nie wiedzą, że można o nich przeczytać na forum publicznym (wiem, że nie jest to forum liczne, ale zawsze). Na przykład nie mam pojęcia, co by powiedział Łysy Facet z Werwą, gdyby się dowiedział, że nazwałem go Łysym Facetem z Werwą (nawiasem mówiąc zmienię jego nazwę na, powiedzmy, Elokwentny Dżentelmen w Szaliczku). Więc będę na razie powściągliwy w moich opisach, a w najbliższy wtorek powiem w LSD o moim blogu podając im adres. Mam nadzieję, że się odważę.

    Skrót LSD kojarzy się z pewnym narkotykiem, który co prawda podobno nie uzależnia, ale powoduje, że ludzie nie źle świrują. Podobno wywołuje niesamowite halucynacje. Wiem, że próbowali go Beatlesi, i nawet ich piosenka „Lucy in the Sky with Diamonds” jest aluzją do tego narkotyku. Wiem też, że może być niebezpieczny zwłaszcza dla osób chorych na schizofrenię, ponieważ uwalnia totalnie to coś dziwnego, co w nas tkwi. Przypuszczam, że można stracić nad sobą kontrolę i zachowywać się tak, jakby ktoś inny wstąpił w naszą skórę. Więc odradzam próbowania, nie tylko LSD, ale i innych narkotyków, bo można narobić w transie różnych głupstw, których będzie się potem żałowało. Nie mówiąc o uzależnieniu. Ja nigdy nie próbowałem żadnych narkotyków (raz mnie kiedyś w Paryżu moja kuzynka poczęstowała trawką, spróbowałem ostrożnie i... zrobiło mi się tak niedobrze, że już więcej nie próbowałem). I wolę, żeby tak zostało. Cenię sobie rześką i chłodną przenikliwość mojego, co prawda chorego, ale mojego, własnego, i do tego ukochanego umysłu. Wiem już, że jest to najcenniejsza rzecz, jaką posiadam.

    W ostatnim Dużym Formacie GW przeczytałem ciekawy artykuł o seksoholikach. Seksoholik to człowiek, który nie może przestać myśleć o seksie. Tak jak alkoholik o alkoholu czy nałogowy palacz o papierosach. Po prostu jest to przymus. Wewnętrzny przymus. Ja nie jestem seksoholikiem, ale miewałem w swoim życiu okresy, że zdawało mi się, że jak się nie dorwę do jakiejś (najlepiej obcej!) kobiety, to eksploduję. Pierwszy taki moment miałem chyba w szóstej klasie podstawówki. Potem miałem takie momenty nawet gdy byłem związany z kobietą dłuższy czas. Tyle, że chodziło mi o inną, obcą kobietę, czego moja kobieta nie była w stanie zrozumieć. A jak przyniosłem do domu świerszczyka, to powiedziała, że chyba oszalałem, i mam wybierać: albo świerszczyk, albo ona. Schowałem więc świerszczyka pod szafę, a jej powiedziałem, że wyrzuciłem, więc się uspokoiła, i nie była już zazdrosna o tego świerszczyka.
    No więc w tym artykule o seksoholikach przeczytałem bardzo ciekawą rzecz: że w niektórych krajach powstają Wspólnoty Anonimowych Seksoholików, dokładnie takie same, jak powstające od dawna Wspólnoty Anonimowych Alkoholików. I też stosują słynny program 12 kroków. Ja przeczytałem parę punktów tego programu, i jest tam parę bzdur (moim zdaniem), na przykład to, że jakaś „Siła Większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie”, w podtekście chodzi oczywiście o Boga. Otóż owszem, istnieje siła wyższa, ale tą siłą są po prostu niewzruszone prawa przyrody, dzięki którym bezmyślnie i bez żadnego wyższego projektowania wyewoluowało nasze życie. Więc jeśli nie będziemy robić głupstw, to samoistnie możemy wyzdrowieć z każdej NABYTEJ dolegliwości psychicznej dzięki procesom, jakie stworzyła natura, ale uwaga, natura przez małe „n”, bo nie wolno personifikować natury, bo wtedy powstanie złudzenie istnienia jakiejś rozumnej Natury, czyli inteligentnej Siły Wyższej, a to właśnie wiara w istnienie takich sił powoduje, że mamy przeróżne myśli kompulsywne: a to dotyczące seksu, a to nikotyny, a to alkoholu, a to chęci setnego sprawdzenia, czy się wyłączyło światło w domu czy też się wystarczająco umyło ręce. Więc nie leczmy naszych natręctw dokładnie tym, co te natręctwa właśnie powoduje: wiarą w inteligentne siły wyższe. Postaram się niedługo wyjaśnić, dlaczego to ta wiara powoduje, po dłuższym czasie jej wyznawania i umacniania, przymusowe (anankastyczne) myśli i odruchy, i jak działa ten „diabelski” mechanizm.
    Ale wróćmy do tych Anonimowych Seksoholików. Otóż siadają oni w kole na krzesłach, i wolno im mówić, ale tylko pojedynczo, i tylko o sobie. Gdy taka osoba już zacznie mówić, inni nie mogą jej przerywać, nie mogą o nic pytać ani oceniać czy komentować. Wolno tylko mówić o sobie.
    Pomyślałem wtedy sobie, że mogłyby też powstać na podobnej zasadzie Wspólnoty Anonimowych Schizofreników. Przecież to byłoby piękne, gdybyśmy mogli się tak spotykać i bez obawy o sobie opowiadać, wiedząc, że nikt nas nie odrzuci, że inni zaakceptują nas takimi, jakimi jesteśmy. Przecież to jest to, czego nam najbardziej potrzeba: móc swobodnie pogadać z kimś o SWOICH problemach, z kimś, kto nas zrozumie i tym samym wesprze. Bo inaczej czujemy się jak samotne, chore, wysychające drzewa.
    Tu mi się przypomina, co mi Gotfryd powiedział, gdy miałem pojechać na rozmowę kwalifikacyjną na studia doktoranckie, które wymyślił mój Promotor, żeby mnie zmobilizować do skończenia mojej pracy doktorskiej (która ciągle nieukończona leży na moim biurku). Otóż Gotfryd rozmawiał z moim Promotorem przez telefon tuż przed tą rozmową kwalifikacyjną, i przekazał mi, że jak już tam pojadę do Poznania, to żebym tylko mówił o matematyce, a nie mówił przypadkiem nic o sobie. Wiedzieli obaj, Promotor z Gotfrydem, że mam tę skłonność, i się obawiali, że komisja spyta mnie na przykład: „Jakie jest główne twierdzenie w pana pracy?”, a ja odpowiem wtedy: „No cóż, proszę państwa, długo nad tym twierdzeniem pracowałem, kosztowało mnie ono wiele wyrzeczeń, podczas dowodzenia go walczyłem z moimi natręctwami, trudno mi było się skupić, miałem też problemy z robieniem zakupów, które przecież są niezbędne, by kupić sobie coś do jedzenia, bez którego przecież nie da się niczego dowodzić, a tym bardziej wymyślać twierdzeń, więc... o czym to ja mówiłem? Aha, więc zakupy pomagał mi robić mój ojciec, któremu chciałbym tutaj bardzo podziękować za pomoc, bez której moje twierdzenie by nie powstało, a jest ono bardzo doniosłe, zawsze dowodziłem tylko doniosłych twierdzeń, już od dzieciństwa marzyłem, żeby zostać drugim Pitagorasem...”
    Tak, wtedy przewodniczący by mi przerwał: „Hmm, hmm, tak, rozumiemy pana, to bardzo interesujące, tak, hmm, dziękujemy panu, bardzo już panu dziękujemy, teraz nasza komisja się naradzi, a o wyniku z pewnością pana poinformujemy telefonicznie. Dziękujemy panu”.
    Na szczęście nie usłyszałem tego, bo w ogóle tam nie dojechałem, bo kilka dni wcześniej przerwałem branie zolafrenu, by mieć czystszą głowę, bo chciałem sobie różne rzeczy z matematyki powtórzyć, i w nocy przed wyjazdem obudziłem się po strasznym śnie, wpadłem natychmiast w urojenia, i opędzając się od nich jak od much biegłem z niedomkniętą torbą, rozchełstany, do pociągu, ale gdy już pociąg do Poznania podjechał, urojenia tak się nasiliły, że nie mogłem ich ignorować, po prostu spytałem panią w oknie, czy ten pociąg jest do Poznania, a ona powiedziała: „no nie wiem, nie wiem”, i ja już byłem pewien, że to Siła mówi do mnie ustami tej pani: „no nie wiem, nie wiem”, co miało oznaczać, że Siła się nie zgadza na mój wyjazd.
    I to jest chyba jedyna dobra rzecz, którą mi Siła podpowiedziała – dobrze się stało, że nie pojechałem wtedy przed tę komisję, a było to trzy lata temu. Wróciłem do domu trzęsąc się ze strachu, co też mi Siła rozkaże zrobić ze sobą w domu za to, że chciałem wbrew jej woli pojechać na egzamin, i rzeczywiście rozkazywała mi jak oszalała jakieś okropności, które mogły się dla mnie źle skończyć (na przykład żebym zadawał sobie ból – oszczędzę Wam szczegółów), ale ja już wtedy przeczuwałem, że to nie żadna Siła, że to w środku, w moim mózgu, jakieś świństwo coś do mnie gada. Że mi się to tylko wydaje, że to z zewnątrz. W takim razie nie wolno mi tego słuchać, więc położyłem się na łóżku powtarzając sobie z głośno bijącym sercem: „tylko spokojnie, tylko spokojnie”, i patrzyłem się na opakowanie zolafrenu zastanawiając się, czy aby nie lepiej zażyć z dwie tabletki, a Siła wtedy dostawała spazmów i krzyczała mi w myślach : „Nawet o tym, pieprzony chamie, nie myśl! Nawet o tym nie myśl, łajzo jedna!”, i tak mniej więcej w kółko powtarzała, a ja wbrew temu natłokowi myślowemu jeszcze bardziej się wyciągnąłem na łóżku, podłożyłem sobie ręce pod głowę i przenikliwie patrzyłem na opakowanie zolafrenu, coraz bardziej się uspokajając, a ta „Siła” coraz zajadlej na mnie krzyczała w myślach, ale ja już wtedy zaczynałem się uczyć odróżniać swoje myśli od nie swoich, i uspokajałem się, i coraz mniej bałem się „Siły”, aż w końcu powoli wyciągnąłem rękę wbrew ryczącemu zakazowi w stronę opakowania, trzęsącymi dłońmi je otworzyłem, wyłuskałem jedną tabletkę, potem drugą, i obie po kolei na sucho, bez popijania połknąłem, bo bałem się w ogóle ruszyć z tego łóżka do kuchni po wodę.
    Tabletki zolafrenu bardzo szybko zaczynają działać. Już po kilku minutach „Siła” gdzieś się rozpłynęła w powietrzu, natomiast ja, co prawda znów pod wpływem leku, ale znów mogłem odetchnąć z ulgą, że znów jestem sam ze sobą.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
12 listopada 2007

Frustracje obu płci

    Od kilku dni jestem nie do życia. A wszystko przez ten Dyskusyjny Klub Książki. Poczułem się szalenie zobowiązany, i od piątku rano (a może i od czwartku) próbowałem bezskutecznie przeorać się przez książkę „O pięknie” Zadie Smith, ale ni cholery nie potrafiłem. Robiłem co mogłem: wyobrażałem sobie postaci, relacje między nimi, kilkakrotnie czytałem różne dialogi i inne sytuacje. I nic! Owszem – dowiedziałem się tego i owego, ale nie mogłem załapać bakcyla książki, nie pociągnęła mnie, nie wciągnęła. Dreptałem w miejscu, przerzucałem strony, zaglądałem na końce rozdziałów, no robiłem dosłownie wszystko, żeby się zagłębić w fabułę – i... nic. Kompletna drętwota mózgu.
    Nie sądzę, by była to wina książki. Sądzę, że zbyt wiele wypełnia mnie myśli i uczuć, emocji, wrażeń, wizji czy fantazji, bym mógł się skupić na obcej mi prozie. Prozie innego człowieka. Co prawda równolegle chwytałem za Szekspira, i ten nawet mnie bardziej wciągał - dowiedziałem się już, skąd Prospero wziął się na wyspie, jak narodził się Kaliban, co poczuł Ferdynand do Mirandy, i dlaczego duch powietrzny Ariel chcąc nie chcąc musiał służyć Prosperowi. To wszystko jest w pierwszym akcie (a jest ich pięć), i jakoś bardziej mnie to w przerwach wciągało, gdy dla odmiany przerywałem „O pięknie” i chwytałem zrozpaczony po „Burzę”. Pewnie było tak dlatego, że jednak motywacja do przeczytania „Burzy” jest znacznie większa: chodzi o wystawienie spektaklu, co mnie kręci najbardziej na świecie.
    Dziś podjąłem męską decyzję (innej ze względu na moją płeć podjąć nie byłem w stanie), i poszedłem do biblioteki zwrócić książkę Pani Bibliotekarce i ogłosić dramatycznie, że nie będzie mnie w środę na zebraniu Klubu. A Pani Bibliotekarka pocieszyła mnie natychmiast, że książka nikomu nie przypadła do gustu, i żebym się nie martwił, i żebym przyszedł jednak na zebranie ot tak dla towarzystwa. No nie wiem. Może pójdę. Ale to trochę bez sensu tak bez znajomości tematu tam się pchać. Choć podobno inni też nie będą grzeszyć znajomością książki. Więc może będzie inna ciekawa rozmowa. O! - na przykład ja opowiem (jeśli mi dadzą) o moich wrażeniach z czytania „Burzy”. Albo powiem o moich samobójczych myślach po wyjściu speca od mojego cholernego okna, który w piątek postawił szklaneczkę z olejem rzepakowym na moim ukochanym starociowym potężnym biurku, który stoi pod cholernym oknem, i zrobił tym samym urocze ciemne kółeczko na blacie biurka, którego nijak nie mogłem wywabić po wyjściu pozbawionego chyba wyobraźni pana speca.
    Jeszcze nie wiem – pół na pół – pójdę albo nie pójdę (wybór ten jest dosyć oczywisty, choć znając moje niezdecydowanie łatwo sobie też wyobrazić stany pośrednie tej sytuacji), zdecyduję o tym w środę, a decyzję swoją uzależnię od stanu mojego nastroju, który co nieco się rozpogadza od wczoraj wieczorem, gdy już zacząłem sobie odpuszczać moją „winę”, że nie jestem w stanie czytać, i gdy zacząłem też stwierdzać po prostu, że po prostu akurat na to jestem jeszcze za bardzo... no... za bardzo... o, już wiem, za bardzo jeszcze mój Generator Niechcianych Myśli sobie bryka, jeszcze cholernik nie zniknął na dobre z mojego mózgu.
    Gdy tylko dałem sobie spokój z czytaniem, od razu humor mi się poprawił, a już gdy Telesfor dał mi dzisiaj pudełeczko ciasteczek prosto z Londynu (a dał mi je za kilka finansowo-pośredniczących przysług, które mu wyświadczyłem pod jego tutaj nieobecność), i pudełko podobno bardzo dobrej angielskiej herbaty, a jeszcze do tego rano był cudowny mrozik, i słoneczko się skrząc odbijało się w na wpół zamrożonych kałużach, które powstały w ostatnich dniach, to poczułem wyraźnie, że nadchodzi wiosno-zima, czyli takie skrzyżowanie zimy z wiosną, to znaczy mrozik, i owszem, ale są i elementy wiosenne, które powodują, że szumi człowiekowi w głowie, i ciekawiej wtedy rozgląda się on wokół siebie przypatrując się twarzom obcych ludzi, którzy wydają się jakby o pięćdziesiąt procent sympatyczniejsi, i ma się ochotę ich poznać. I ma się na to odwagę!
    Przynajmniej tak się człowiekowi chwilami wydaje.
    Niestety u mężczyzn skojarzenia wiosenne przyczyniają się do gwałtowniejszego rozbudzania ich libido, i to też ostatnio przyczyniło się ostatnio do pogłębienia mojej frustracji. Kiedyś o tym dokładniej opowiem, co o tym sądzę, ale teraz podzielę się tylko moim poglądem, że mężczyźni chyba bardziej cierpią od kobiet z powodu frustracji wywołanej niezaspokojonymi chętkami seksualnymi. Jest to oczywiście sprawka Generatora Niechcianych Myśli, który i tę okoliczność wykorzystuje, by pognębić człowieka.
    A oto co sądzę:
mężczyzna podnieca się seksualnie natychmiast, gdy zobaczy atrybuty roznegliżowanej kobiecości. To jest naturalne: zdrowy mężczyzna, gdy pokocha z wzajemnością jakąś kobietę, w pewnym momencie postanawia z nią się zbliżyć (razem z nią to postanawia), więc ona się przed nim odsłania, i wtedy mężczyzna robi się automatycznie gotowy do miłosnego zespolenia (kobieta nieco później). Otóż wirus mentalny wykorzystuje to piękne zjawisko z premedytacją i bez skrupułów. Po prostu ładuje w wyobraźnię mężczyzny obrazki przedstawiające nagie kobiety, a robi to często, często w najmniej oczekiwanych i pożądanych momentach. Są to tzw. fantazje seksualne, i facet chodzi podenerwowany i sfrustrowany po mieście nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Jeśli nie wyrabia psychicznie i zrozpaczony składa jakieś chaotyczne propozycje jakiejś przygodnej kobiecie, ta mu mówi: „ach, wy mężczyźni, wszyscy jesteście tacy sami, myślicie tylko o jednym”, i śmieje się z niego odpychając go, a ten facet sam zaczyna myśleć o sobie jako o wstrętnym, odpychającym potworze (myślącym tylko o jednym).
    Tak, z tego co wiem, kobiety mają psychikę trudniejszą do podniecenia od wewnątrz przez ewentualnego ich Generatora Niechcianych Myśli, dlatego podejrzewam, że czują rzadziej i słabiej frustrację z powodu seksualnego niezaspokojenia. I przez to nie rozumieją mężczyzn, obwiniając ich za tę ich „jednokierunkowość”. Dobrze by było, gdyby taka kobieta choć jeden dzień pobyła mężczyzną, i zobaczyła, jak to jest „myśleć tylko o jednym”. Myślę, że szybko by wróciła do swojej skóry.
    Ale przypuszczam, że kobiety mają inne zmartwienia (w końcu to one podobno wpadają częściej w depresję). Przypuszczam, że z kolei one są bardziej wrażliwe na punkcie ciepła, przyjaźni i poczucia bezpieczeństwa. I to z tej potrzeby pewnie najczęściej korzysta ich Generator Niechcianych Myśli (o ile go ma dana kobieta w swoim mózgu), naciskając na ten wrażliwy punkt ponad miarę, doprowadzając biedną samotną kobietę do frustracji, na przykład w pracy albo w trakcie robienia zakupów. Nie wiem, nigdy nie byłem kobietą, ale podejrzewam, że i one mają swoje, inne, ale równie bolesne frustracje, co frustracje seksualne mężczyzn.
    Ale nie uogólniajmy. Kobieta też potrafi się podniecić seksualnie będąc w samotności, i przez to mniej lub bardziej cierpieć, tak jak mężczyzna potrafi wyć z rozpaczy z tego oto powodu, że nie ma po prostu przy nim jego najbliższego przyjaciela. Lub nie ma go w ogóle.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
7 listopada 2007

Udzieliłem dzisiaj wywiadu

    Zadzwoniłem rano do Radia Gdańsk, bo nie byłem pewny, czy uda mi się dzisiaj skontaktować z Gotfrydem. Jednak udało mi się z nim później skontaktować, i potwierdził: audycja o Teorii Chaosu z udziałem jego i Bartłomieja zostanie nadana dwa razy: najpierw w nocy z czwartku na piątek 10 minut po północy, a drugi raz w piątek wieczorem o godzinie 22.05. Została wczoraj nagrana, a teraz Pani Redaktor to montuje. Potrwa 25 minut, z tym że Gotfryd i Bartłomiej nie będą cały czas mówić, bo jeszcze będzie mówić Jakaś Pani Filozofka o filozoficznym spojrzeniu na Teorię Chaosu. Jakaś Pani Filozofka nie będzie jednak z nimi rozmawiać bezpośrednio, bo była nagrywana osobno, o ile dobrze zrozumiałem Gotfryda.
    Ja dzisiaj słuchałem trochę Radia Gdańsk, ot tak, by się zorientować, jakie to radio. Ale jednak wolę RMF. Lubię ich poczucie humoru, w Radio Gdańsk trochę tego humoru jest jakby mniej, ale mogę się mylić, bo tylko dzisiaj tego radia słuchałem uważniej.
    Tak, zdecydowanie wolałbym udzielać wywiadów w RMF-ie. Nie tylko na temat Teorii Chaosu. Może zadzwonią kiedyś do mnie w tej sprawie. Na razie jednak mój telefon w tej sprawie milczy jak zaklęty.

    Dziś udzieliłem wywiadu mojej Pani Doktor. Słuchała z zapartym tchem, jak jej opowiadałem o swojej budzącej się aktywności. Była bardzo zadowolona. Tak zadowolona, że aż przerażony spytałem, czy w maju dostanę przedłużenie mojej renty. Uspokoiła mnie: powiedziała uprzejmie, że nie ma obawy.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
6 listopada 2007

Zwierzęta nie planują

    Ten pendrive to fajna sprawa, napisałem wczoraj dosyć długiego bloga spokojnie w domu, potem zapisałem go na pendrivie i w czytelni szybciutko go zapisałem na stronie internetowej. Jestem zadowolony z zakupu.
    Teraz jest rano, i gdy się obudziłem, zauważyłem, że nie chce mi się myśleć, nic nie rozważać ani nie rozstrzygać. Zauważyłem mianowicie, że i tak gdy coś zrozumiem, przychodzi to jakby samo, dana możliwość jakby sama się przede mną otwiera. Na przykład spostrzegłem, że ostatnio gdy jestem w kuchni, to jakby automatycznie chwytam różne śmiecie i wyrzucam do kosza. Czuję, że mam na to ochotę. Do tej pory ignorowałem śmiecie na stole, zbierałem je dopiero wtedy, gdy stół się pod nimi uginał.
    Albo to: dziś rano po obudzeniu nie puściłem sobie radia. Już od dawna sądziłem, że lepiej siedzieć czy robić coś w ciszy, ale poczucie samotności i ochota na muzykę zwyciężała – musiałem sobie włączyć radio, mimo że czułem, że ono w jakimś stopniu zagłusza moje własne myśli. Dziś rano poczułem chęć, by nie zakłócać ciszy wokół mnie, że lepiej będę się czuł w ciszy. Nie miałem ochoty uruchamiać radiowych dźwięków. Postęp? Chyba tak.
    Z tego morał chyba płynie, by nie główkować za dużo, jak by tu się nauczyć francuskiego, jak wtłoczyć tę umiejętność sobie do głowy. Trwa proces zdrowienia, i po prostu pewnego dnia sam poczuję ochotę na otwarcie książki czy CD i zgłębianie tajników tego języka. Moja głowa sama po prostu będzie tę wiedzę zasysała.
    Więc dziś już prawie w ogóle nie odczuwam ochoty na forsowanie umysłu poszukując recept na naukę języka, przeczytanie książki czy nauczenie się czegoś na pamięć, czy odkrycie metody na zaprowadzenie ładu w moim domu. Najważniejsze to dążyć do spokoju, starać się zapewnić sobie spokój, i robić to, co przychodzi bez trudu i z ochotą. W ten sposób stymuluję umysł do ozdrowieńczego rozwoju, pozwalam mu na samoistne odblokowywanie się – możliwości się same będą przede mną otwierały. Już się otwierają. Dzieje się to na przykład w ten sposób, że nagle coś rozumiem, nagle coś mnie oświeca, nagle widzę czegoś sens, i nagle w związku z tym zachciewa mi się coś zrobić. Robię to lekko, z ochotą, i jakby mimowolnie.
    Ale długo musiałem do tego dochodzić. Jeszcze pół roku temu głowę sobie łamałem, jaką tu zastosować metodę, byśmy ja i Penelopa mogli razem skutecznie zacząć się uczyć tego francuskiego. Głowiłem się, w jaki sposób się nastrajać, jak spojrzeć na tekst, jak koncentrować się na ćwiczeniach – i nic. Umysł był stale zablokowany, nie chciał nic zapamiętywać.
    Teraz rozumiem, że tu nie chodzi o żadną metodę. Po prostu trzeba odblokować umysł. To znaczy trzeba pozwolić mu się samemu odblokować. Dając mu spokój. I tyle. Dla odblokowanego umysłu nauka języka obcego to czysto naturalna sprawa – wystarczy mieć styczność z językiem: czytać teksty, pisać samemu, słuchać mowy, no i samemu starać się w tym języku rozmawiać. Ale jeśli ma się natrętne myśli, nic się na siłę nie wskóra. Można wkuć na siłę parę zwrotów, ale to nie jest znajomość języka. To jest dukanie.
    Więc dam sobie spokój z językiem francuskim i innymi sprawami dopóki nie poczuję, że już mnie ciągnie do tych spraw, a nie ciągnie mnie do rzeczy zgubnych. Będę robił to, co aktualnie wydaje mi się pociągające (i oczywiście wartościowe, bo na przykład papierosy też mnie pociągają). W tej chwili otworzyła mi się klapka na bloga, mam ochotę sobie po prostu usiąść i popisać na klawiaturze, co mi ślina na język przyniesie. To jest fajne. Oczywiście istnieje obawa, że w ten sposób zanudzę potencjalnego czytelnika, ale co mi tam – ten blog jest też w końcu dla mnie. To ja się tu leczę.
 
    Parę dni temu odezwał się Telesfor z Anglii. Przyjedzie tu na parę dni i chciał u mnie się zatrzymać. Struchlałem – Telesfor to wielkie chłopisko i bałem się, że swoimi wielkim stopami zadepcze mi moje świstki papierowe na podłodze, choćby nie wiem jak się starał je omijać. Więc w niedzielę po południu wpadłem w panikę, bo nie zdołałem przygotować jako takiego porządku na przyjazd Telesfora.
    Ale Telesfor zadzwonił z lotniska o szesnastej, zaczął się jąkać, głupio mu było, i powiedział, że zmienił plany i jednak jedzie do Grzegorza – swojego innego kolegi. „Sorry, Maciek, że ci zawracałem głowę, nie gniewasz się?” Czy ja się gniewałem? Mało sufitu z radości głową nie przebiłem. „Nie martw się Telesfor, nic nie szkodzi” - odpowiedziałem szybko ukrywając zachwyt tym obrotem sprawy - „zrób tak, jak ci będzie wygodnie. Pamiętaj jednak, że mój dom stoi zawsze przed tobą otworem” - dodałem obłudnie nie chcąc zdradzić się z przepełniającą mnie od stóp do głów radością. Nie to bym nie chciał widzieć Telesfora. Nie. W końcu Telesfor to mój przyjaciel z dzieciństwa. Po prostu bałem się, że Telesfor mieszkając u mnie kilka dni rozpierdzieli mi w drobny pył mój spokój, moją ciszę, mój stan ducha, moje poprawiające się samopoczucie, moje zdrowienie. Telesfor to naprawdę wielki chłop, i to chłop, który ma pewne nawyki, które zawsze mnie doprowadzały do białej gorączki, a nie śmiałem mu nigdy na nie zwrócić uwagi. Na przykład zawsze uwielbiał brać do ręki przypadkowe moje świstki i je czytał. Albo wchodził do mojego gabinetu i wszystko sobie oglądał. Książki, przedmioty, wszystko. Raz mnie poprosił, że chce coś porobić na komputerze, potem włączam komputer, a komputer nie działa. Krew mnie zalała.
    Pamiętam jak kiedyś, dawno temu, byłem wtedy z dziewczyną, jedliśmy pizzę i moja dziewczyna położyła na stole świeżo otwarty słoiczek z oliwkami. Taki dodatek do pizzy. Telesfor wziął ten słoiczek, odkręcił i zaczął jeść te oliwki prosto ze słoiczka, widelcem. Zjadł cały słoik tych oliwek, sam, i jeszcze powiedział: „Doskonałe te oliwki”. Tak, Telesfor parę razy w życiu doprowadzał mnie do furii, a ja z dobrego wychowania musiałem trzymać gębę na kłódkę i nie zwracałem mu uwagi.
 
    W ostatni piątek Kleofas odwoził mnie na siedemnastą na Orunię, i gdy mijaliśmy estakadę w Gdańsku Głównym, otworzyłem Puszkę Pandory i zacząłem mu tłumaczyć, dlaczego ja się czuję taki wypruty, a Kleofas tryska energią. „Widzisz, w moim mózgu trwa w tej chwili samoistny proces naprawczy, mój mózg się odkłamuje, pozbywa się wirusa, podczas gdy ty nie jesteś świadomy tego co ja, tego że ty też masz wirusa, więc wirus nie jest usuwany, twój mózg jest spokojny, twoje komórki nie pracują tak oszalałe ja u mnie, więc nie czujesz się tak wypruty jak ja, no i tryskasz energią” - powiedziałem jednym tchem. Kleofasa to trochę zdenerwowało. „Jak to!? Twierdzisz, że moje komórki nie pracują tak szybko jak twoje? A niby dlaczego?” - spytał z odrobioną pretensji, ale i z ciekawością w głosie. „Kleofas” - zacząłem po przyjacielsku - „ty nie chcesz przyjąć do wiadomości, że wiara w rzeczy niesprawdzalne jest efektem działania wirusa umysłu, to właśnie ten wirus powoduje, że kurczowo trzymasz się swojej wiary, w tym wiary w cuda. Ja zdałem sobie z tego sprawę, zrozumiałem wiele rzeczy, na przykład to, jak doszło do powstania wirusa, jak wirus działa, jak powinienem się zachowywać, by wirusa się pozbyć. W związku z posiadaną przeze mnie wiedzą moje komórki są zaalarmowane niebezpieczeństwem, że w mojej sieci z nich złożonej znajduje się zapisany intruz, który dezorganizuje pracę całego mózgu. W moim mózgu w tej chwili trwa swego rodzaju pospolite ruszenie, komórki szukają właściwej konfiguracji. Konfiguracji, w której już nie będzie wirusa, komórki będą już w całej swej ilości należały do mnie, będę stanowił jedno, nie będzie w moim mózgu oddzielnej partycji, która będzie miała swoją niezależną świadomość (nie moją!), której to świadomości będzie zależało na własnym przetrwaniu, więc partycja ta wraz ze swoją świadomością będzie mi się naprzykrzać i przeszkadzać na całego. Ponieważ moja sieć neuronowa zdała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, trwa w tej chwili w mojej sieci dosyć energiczna reorganizacja w jednym kierunku: by znikła wtórna, dezorganizująca życie człowieka strukturka neuronowa. Energia tego procesu jest tak wielka (no bo i niebezpieczeństwo i doniosłość sprawy są wielkie), że nawet nic świadomie już nie robiąc czuję się często nie jak koń po westernie, ale jak byk po rodeo”. Część mojej wypowiedzi przypadła na moment, gdy Kleofas zatrzymał samochód już pod Dworkiem Artura. „A nie sądzisz, Maciek, że informując mnie o tym mi w tej chwili zaszkodzisz, mój umysł wpadnie w chaos, zacznie się dziać dokładnie to co u ciebie? Może lepiej, bym pozostał w zgodzie ze swoim wirusem, w symbiozie, i bym miał spokój?” - spokojnie spytał Kleofas. Roześmiałem się, i odpowiedziałem: „Podobnie zareagował Telesfor, gdy tłumaczyłem mu swoją teorię. Powiedział do mnie, że rozumie, że w jego głowie może być właśnie taka sztuczna strukturka, ale on w takim razie chce mieć tę strukturkę, chce się do niej modlić i mieć z nią kontakt, bo on się z nią dobrze czuje (o ile ona w ogóle istnieje)”. Kleofas na to się roześmiał, ja mu zawtórowałem, bo to rzeczywiście jest dosyć śmieszne, że mówisz komuś, że dajmy na to ma na głowie rozrośniętego kaktusa, a ten ktoś odpowiada z pasją: „A może ja chcę mieć na głowie tego kaktusa?! Nie pomyślałeś o tym?!!”
    Zapewniłem Kleofasa, że nie chcę mu moimi teoriami mieszać w głowie ani dezorganizować mu życia, po prostu chcę rozmawiać i wspólnymi siłami dochodzić do jakiś konstruktywnych wniosków, do jakiejś optymalnej, no i niezafałszowanej wiedzy. Dodałem też, że i tak się o niego nie martwię, bo zdecydowanie mój bratanek należy do ludzi bardzo samodzielnie myślących,  wystarczająco samodzielnie, by poukładać sobie w głowie jak należy. „Jestem pewien, że prędzej czy później i tak zaczniesz roztrząsać te same problemy, co twój stryjek. Z twoją mocno już rozwiniętą inteligencją nie ma od tego odwrotu” - chciałem tym go trochę połechtać, ale naprawdę powiedziałem to, co do czego jestem święcie przekonany. Może nie święcie, ale głęboko.
 
    Kleofas odjechał, a ja wszedłem do Dworku Artura, minąłem recepcję i wszedłem do wielkiej auli. Była już 17.15, i Maciek przy stole rozmawiał z innymi członkami teatru. Była Klaudia, Agnieszka, Alicja (przyszła na chwilę, twarz miała ciągle zmartwioną środowym pożarem), Tomek, Kamil i Paweł. Przysiadłem się do nich i włączyłem się do dyskusji, która dotyczyła naszego projektu. Maciek opowiadał, że będzie mniej więcej raz w miesiącu, a my mamy zrobić w tym czasie różne rzeczy. Mamy stworzyć naszą kontaktową stronę internetową, tylko dla nas, byśmy wszystko wiedzieli, co się z naszym projektem dzieje. Trzeba wybrać sekretarza, który będzie wszystko zapisywał, pomysły, co było na zajęciach, wszelkie dokumenty warte utrwalenia. Poczułem od razu, że to coś dla mnie i od razu się zgłosiłem, że ja mogę być tym sekretarzem. Dostaliśmy też różne zadania. Ja na przykład mam poszukać reprodukcji starych obrazów przedstawiających pijaków, Kamil coś o żaglowcach, inni też dostali różne tematy, a wszystkie tematy związane z „Burzą”, bo ona będzie nas inspirować do naszego przedstawienia. Maciek wyjaśnił, że nie będziemy inscenizować „Burzy”, tylko tworzyć coś nowego zainspirowani jej klimatem.
    Oprócz tego mamy się zająć wszyscy muzyką, będziemy się uczyć grać na didżeridu – to taka długa drewniana rura wydrążona w środku, coś chyba w rodzaju góralskich dud (?). Didżeridu chyba pochodzi z Australii, w każdym razie z Azji. Będziemy się też wszyscy uczyć grać na tych kartonowych rurach, one wydają podobny dźwięk do didżeridu.
    Zapisywałem wszystko skrzętnie, co padło w czasie naszej burzy mózgów, stwierdziłem, że Maciek to dobry organizator i zna się na rzeczy. Mimo, że jest ode mnie dużo młodszy (ma poniżej trzydziestki), myślę, że się sporo od niego nauczę.
    Po dyskusji wstaliśmy i rozpoczęliśmy rozgrzewkę. Biegaliśmy swobodnie po sali i rzucaliśmy do siebie drewniany kij, który trzeba było dziarsko złapać i podać go dalej. Przy przypadkowym mijaniu się – biegaliśmy świadomie chaotycznie. Potem Maciek oddał pałeczkę Kamilowi, który pokazał nam, jak się masuje i rozciąga sobie stopę. Wtedy się przekonałem i zdjąłem moje halówki oraz skarpetki, i odtąd będę brał udział w zajęciach na bosaka.
    Robiliśmy różne ćwiczenia rozciągające, a potem Maciek polecił nam kręcić wyprostowanymi i wyciągniętymi na boki ramionami małe, średnie i duże kółka, a robił to strasznie długo, już myślałem, że odpadną mi ręce, ale głupio było tak wymiękać przy dziewczynach, gdy i one dzielnie kręciły, więc zacisnąłem zęby i wytrwałem do końca. Potem inni robili gwiazdy, ja powiedziałem Maćkowi, że nie dam rady, więc poradził mi, żebym zrobił „żabę”, czyli jak gwiazda na rękach, ale nogi podkurczone i nie za wysoko. Jako jedyny zrobiłem tę żabę, ale się głupio z tym nie czułem. I tak cud, że zrobiłem w ogóle żabę, jeszcze nie tak dawno z trudem przewracałem się na drugi bok leżąc w łóżku.
    Po rozgrzewce pokazaliśmy Maćkowi naszą improwizację, ale tym razem nie wyszła z takim rozmachem (może dlatego, że nie było dzieci), no i się wstydziliśmy Maćka. Maciek z Agnieszką i Tomkiem to oglądali, i po „spektaklu” Maciek spytał o zdanie Agnieszkę i Tomka. Tomek stwierdził, że on to odebrał jako pokaz walki o władzę. Walki pomiędzy Kamilem a Pawłem. Rzeczywiście strasznie sobie tę czerwoną szmatę tym razem wyrywali. To mi dało do myślenia. Robiliśmy to na żywioł. Rzeczywiście dzień wcześniej naprawdę miała miejsce walka o władzę między Pawłem a Kamilem. Czyżby podświadomości zagrały swoje role? Ja i Klaudia graliśmy role dodatków, dokładnie tak jak w czwartek w czasie kłótni między Pawłem a Kamilem – byliśmy wtedy rozjemcami. A więc nasza swobodna improwizacja chyba odtworzyła samoistnie to, co się stało naprawdę między nami dzień wcześniej. Ciekawe.
    Ogólnie Maćkowi się nie podobało. Powiedział, że się nie zrozumieliśmy (poczułem w tym momencie jakąś radość). „Mnie chodziło o to, byście stworzyli strukturę, coś gotowego i zaplanowanego. A wyście to tak zrobili, jakby w ogóle nie obchodził was widz. Jakby w ogóle widza nie było. Po prostu bawiliście się sobą, dla siebie. Nic nie przedstawiając konkretnego. Żadnej historii” - powiedział nasz reżyser i doradca. A ja aż w środku skowyczałem z radości. Toż właśnie to cały czas tłumaczyłem Kamilowi od początku, ale nie, on cały czas: „Improwizacja, improwizacja!”, tylko by chciał improwizować. Zero jakiejś umowy, jakiegoś scenariusza. Więc się cieszyłem, że Kamil dowiedział się tego od Maćka, bo dla Maćka ma on respekt, i chyba się go posłucha.
    Cały czas coś mi nie grało z tą „improwizacją” Kamila. To jest właśnie chyba istota człowieczeństwa – tworzyć coś gotowego, coś zaplanowanego. Uprzednio, przed samym aktem realizacji. Tym się odróżniamy od zwierzęcia – my planujemy przed akcją. Przygotowujemy się, myślimy abstrakcyjnie. Możemy zatem robić daleko bardziej skomplikowane rzeczy niż zwierzęta. Takie, jak na przykład przedstawienie teatralne.
    A więc moja koncepcja wygrała! Niech żyje SCENARIUSZ!!!
    Potem Maciek zaczął pracować z Agnieszką i Klaudią (Tomek musiał już nas opuścić), a myśmy obserwowali. Na przykład Agnieszka nie mogła zapamiętać swojego tekstu, więc Maciek kazał jej latać między nami i treść tekstu szybko nam komunikować, tak jakby chodziło o zaalarmowanie nas o niebezpieczeństwie (rzeczywiście tekst był o jakichś diabłach, które są już u bram). Agnieszka tak długo latała i coraz bardziej przekonująco straszyła nas z osobna tymi diabłami, aż Maciek dał jej odpocząć. Natomiast Klaudia się tego przestraszyła, i kiedy przyszła jej kolej, poprosiła Maćka tylko o przedyskutowanie jej tekstu, bez jego interpretacji.
    I to się mi w Maćku podoba: jak nie, to nie. Nie ma przymusu.
    Chociaż mnie trochę zdziwił. Jak osobno z nim rozmawiałem o tym moim sekretarzowaniu, to jednak polecił mi robić listę obecności, kto był na których zajęciach. „Musimy się dopingować do udziału w zajęciach, na różne sposoby” - powiedział.
    Coraz bardziej czuję chęć pracy przy tym projekcie, mimo że do udziału w imprezie w Liverpoolu „Contacting the world” jest ograniczenie wiekowe, i ja się już dawno nie łapię. Choć Alicja powiedziała, że będzie do nich mailować, może dla mnie się uda wywalczyć wyjątek. Ale co mi tam – nawet jak nie wystąpię z nimi w Liverpoolu, to i tak fajna zabawa. No i wiele się na pewno nauczę. Kto wie, może dzięki temu wyreżyseruję kiedyś swój własny, autorski spektakl.
 
    A w sobotę, niedzielę i wczorajszy poniedziałek nic nie robiłem. Głównie siedziałem w domu, rozmyślałem, słuchałem radia, i czułem... jak natręctwa coraz bardziej mi obojętnieją.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
5 listopada 2007

Pendrive

    Gotfryd wczoraj do mnie zadzwonił i oznajmił z dumą, że prawdopodobnie w czwartek wystąpi w Radio Gdańsk. Radio zwróciło się do jego zakładu na PG o wskazanie osoby znającej się na Teorii Chaosu, która mogłaby w specjalnej audycji opowiedzieć o Chaosie, i padło na Gotfryda. Więc Gotfryd z ochotą się zgodził, i zaprosił do rozmowy Bartłomieja, naszego kolegę pracującego na UG. Bartłomiej też zna się na Chaosie, i obaj będą o nim opowiadać w towarzystwie Pani Redaktor. Teoria Chaosu to teoria matematyczna zajmująca się przepowiadaniem przyszłości w sytuacjach tak skomplikowanych, w których tej przyszłości nie da się dokładnie przepowiedzieć. Takim przykładem są zjawiska meteorologiczne. Niby nie da się dokładnie przewidzieć miejsca i czasu powstania trąby powietrznej, ale można na przykład wyliczyć przybliżone prawdopodobieństwo powstawania takich trąb w danym miejscu na Ziemi w ciągu na przykład najbliższego tysiąca lat, i podać jakieś zależności tego prawdopodobieństwa od znanych nam różnych warunków pogodowych.
    Zjawiska meteorologiczne, albo te występujące na rynkach finansowych, są trudne do przewidzenia głównie z powodu tzw. efektu motyla, czyli zależności ogromnych zmian w przyszłości od malutkich zmian w teraźniejszości. Na przykład lekki ruch skrzydełek motyla w Japonii może spowodować powstanie huraganu na Karaibach, który bez tego motyla by nie wystąpił. Zjawisko to nazywa się wrażliwością na warunki początkowe, i to jest główna przyczyna, że niełatwo jest grać na giełdzie czy przepowiadać pogodę. Ale jednak z Teorii Chaosu coś wynika, i jednak twierdzenia tej teorii pozwalają pewne rzeczy przewidywać, dostarczać informacji użytecznych dla człowieka.
    Audycja z Gotfrydem i Bartłomiejem będzie nagrywana jutro, we wtorek, a puszczona w eter prawdopodobnie w czwartek. Jeśli Gotfryd potwierdzi nagranie audycji, napiszę w blogu wieczorem w środę dokładną godzinę emisji programu w Radio Gdańsk.
 
    Ostatnio coraz wyraźniej sobie zdaję sprawę z tego, że dobrze jest mieć ustaloną, spokojną koncepcję tymczasową swego życia, czyli mieć to życie jakoś zorganizowane w taki sposób, by nie gubić się w nim, by nie mieć ZA DUŻO do myślenia i planowania. Generator Niechcianych Myśli robi, co w jego mocy, by podsuwać mi nieskończoną ilość pomysłów, bym takiej prostej koncepcji nie ustalił, ale moc Generatora jest już bardzo słaba, i coraz bardziej jestem skłonny zaakceptować jakąś prostą, tymczasową koncepcję, w której nie ryzykowałbym zbyt wielkiej odpowiedzialności, a w związku z tym stresu i nerwów, które oczywiście działają na korzyść mącącego wszystko Generatora, który stara się kłopotami skłonić mnie, bym zaczął z nim rozmawiać, w ten sposób, że on by występował pod postacią „bozi”, a ja bym z tym wizerunkiem bozi rozmawiał w myślach (proces ten zwie się pospolicie modlitwą). Taka modlitwa utrzymywałaby status quo Generatora w moich komórkach. W ten sposób wszak on powstał, gdy miałem trzy latka. Kiedyś, mam nadzieję, że niedługo, dokładnie i naukowo to biologiczne zjawisko wytłumaczę.
    Wracając do mojej obecnej koncepcji życia, to zarysowuje się ona następująco. Radość życia da mi to, że będę robił coś fajnego. Będę więc na razie robił trzy rzeczy:
1. chcę pisać rzetelnego bloga, który pozwoli mi niejako z zewnątrz spojrzeć uczciwie na samego siebie;
2. chcę stworzyć z grupą teatralną na Oruni fajne, ciekawe przedstawienie;
3. chcę brać udział w dyskusjach Dyskusyjnego Klubu Książki.
    Te zajęcia mają mi dodać pewności siebie, mają nauczyć mnie, jak rozmawiać, jak dogadywać się z innymi ludźmi. Ja na razie jestem bardzo zablokowany i nieśmiały w kontaktach z ludźmi, a nieśmiałość ta nie jest wcale taka nieuzasadniona, bo rzeczywiście często zdarza mi się, że albo nie mam nic do powiedzenia (pustka w głowie), albo że gdy otwieram buzię, to wyskakują mi takie teksty, które zdumiewają, przerażają, czy wręcz obrażają moich rozmówców, wskutek czego jakiekolwiek porozumienie miedzy mną a tymi ludźmi urywa się, i to w sposób często przykry i bolesny, współpraca więc staje się po prostu niemożliwa.
    Po jakimś czasie ja sam rozumiem, co oburzyło mojego rozmówcę, czasami ciągle nie rozumiem, dlaczego ktoś zrobił głupią minę na me słowa, a czasami sam jestem przerażony tym, co mi się z buzi wyrwało. Jest nawet takie powiedzenie: „łatwiej strzałę w locie złapać niż raz wypowiedziane słowo z drogi zawrócić”. To dotyczy też oczywiście mojego bloga, ale jakoś dziwnie nie mam wielkich oporów pisząc go, może dlatego, że gdy piszę, towarzyszy temu refleksja, patrzę na tekst kilkakrotnie, więc jest czas, by wyłapać jakieś głupstwa i je zawczasu usunąć. Ale muszę przyznać, że inaczej się czuję mówiąc, a inaczej pisząc. O ile mówiąc często odczuwam wielki stres, który mąci mi w głowie, i to właśnie on powoduje, że wiązki głupot obficie wysyłam w przestrzeń kosmiczną, o tyle pisząc nie odczuwam stresu (może właśnie dlatego, że mam świadomość, że mam możliwość korekcji tekstu), i w związku z tym mogę być sobą takim, jakim siebie lubię, i tych głupot się rodzi w trakcie pisania o wiele mniej, niż w trakcie mówienia. Na przykład w dzisiejszym tekście do tego miejsca nic nie zmieniłem, poza paroma literówkami.
    Powyższe trzy cele wymagają z mojej strony pewnych przygotowań, ale wydaje mi się, że nie jest to plan na moje możliwości zbyt ambitny, i będę w stanie spokojnie, rzetelnie i bez stresu pracować nad tymi zadaniami w domu. Dodatkową cechą tych zadań jest to, że gdyby mi się psychika chwilowo załamała, mogę łatwo się taktycznie wycofać nie narażając nikogo na jakieś straty czy rozczarowania.
    Przede mną jest jeszcze jedno wielkie zadanie, w którym nie ma nic fajnego, a które jest niezbędne, bym mógł sprawnie funkcjonować. Chodzi mi o porządek i organizację. Mianowicie nie mam nawyku porządkowania na bieżąco, w moim domu mam całą masę różnej wielkości świstków, na których są moje przeróżne notatki, których za żadne skarby nie chcę wyrzucać, ale z których nie da się korzystać, bo są totalnie pomieszane i walają się w wielu kupkach niezbyt starannie rozmieszczonych po moim mieszkaniu. Więc muszę nauczyć się to porządkować, i to w końcu UPORZĄDKOWAĆ, ale jest też przede mną zadanie uczenia się organizacji moich poczynań, na przykład muszę się zastanowić, gdzie zapisywać telefony i adresy, gdzie zapisywać wydatki, gdzie trzymać rachunki za gaz i światło, gdzie zapisywać pomysły dotyczące moich celów, gdzie notować uwagi niezbędne do tego, by coś załatwić na mieście, gdzie zapisywać swoje wspomnienia czy literackie pomysły, które bardzo bym chciał kiedyś wykorzystać i zrealizować. Wiem, że trudno w to uwierzyć, ale WSZYSTKIE rodzaje powyższych świstków trzymam RAZEM bez żadnej reguły je rozróżniającej. WSZYSTKO  to trzymam RAZEM – WYMIESZANE BEZ SKŁADU I ŁADU. Po prostu jak powstaje jakoś notatka czy dokument, rzucam ten papier na którąś przypadkową kupkę i więcej o niej nie myślę. A potem...?
    A potem szukam tego kwadransami zrozpaczony, biegam wściekły między kupkami, przerzucam je trzęsącymi się rękami, bliski płaczu. O ile w ogóle mam na to energię, bo zwykle leżę bez czucia z pijackim, zdechłym wyrazem twarzy na sofie, i tylko gałki oczu mi się obracają leniwie obserwując i przechodząc z kupki na kupkę. Dotyczy to oczywiście tylko tych kupek, które są w zasiągu mojego wzroku, gdy leżę bez ruchu na tej sofie.
    Nigdy bym się nie zgodził, by ktoś mnie wtedy zobaczył, gdy tak leżę bez czucia z durnym, zniechęconym wyrazem twarzy.
 
    W ostatni czwartek przed naszą wielką improwizacją, w czasie naszej rozgrzewki trzyletni Krzysio biegał z bambusowym kijem i nim ostro wymachiwał, w końcu nie wytrzymałem i próbowałem mu kija odebrać, bo się bałem, że sobie go wbije w oko, albo się wdrapie na wysoką scenę po schodkach i zleci z tej sceny, potknie się wbijając sobie ten kij w swój brzuch. Więc się zacząłem z nim szarpać, wyrwałem mu tego kija, on się rozbeczał, a Kamil odebrał mi tego kija i dał z powrotem Krzysiowi mówiąc, że dziecko ma instynkt samozachowawczy i krzywdy sobie nie zrobi, i że nie należy dziecka w ten sposób uczyć strachu przed życiem. Poczułem się wtedy rozdarty: z jednej strony zgadzałem się w duchu z Kamilem, że należy dziecku pozwolić się zachowywać swobodnie ufając jego naturalnemu rozsądkowi, z drugiej całe życie byłem uczony strachu przed niebezpieczeństwem i panicznego usuwania wszelkich zagrożeń z drogi dziecka. Ma to w sobie Hilary, który nigdy mi nie ufał i wszystko wyrywał z ręki, miała to też w sobie trochę w mniejszym stopniu moja mama, która też spodziewała się najgorszego, gdy coś znalazło się w moich rękach. Więc sam gdy widzę coś w rękach małego dziecka – bardzo się boję albo o to dziecko, albo o tę rzecz w jego rękach.
    Zdecydowanie (skądinąd nerwowego) Kamila podziałało na mnie uspokajająco, przestałem się martwić o Krzysia, i Krzysio przeżył jakoś do końca naszej próby. Zresztą muszę przyznać, że syn Kamila, Kuba, jest niesamowicie rozsądny, jak na swój wiek, i jestem pewien, że jest to zasługa Kamila, który traktuje go tak, jakby Kuba był dorosły, pełnoprawnym człowiekiem. I widać w oczach Kamila wielką miłość i przyjaźń do swojego syna.
    Po próbie pojechaliśmy wszyscy przestronnym samochodem w stronę centrum Gdańska, a w samochodzie miała miejsce dosyć bojowa rozmowa między Pawłem a Kamilem. Paweł zarzucał Kamilowi, że ten nie potrafi prowadzić należycie zajęć, i w końcu Paweł wypalił, że Kamil nie ma dla niego autorytetu w przeciwieństwie do Alicji, która jednak ten autorytet dla Pawła ma. Kamil na to odparował, że my mu nie dajemy poprowadzić zajęć tak jak on chce, że nie dajemy mu kredytu zaufania, nie dajemy mu szansy, i dlatego te zajęcia z nim nam się nie podobają. Tu ja się włączyłem. Powiedziałem Kamilowi, że to jego wina, że nie obdarzamy go autorytetem i ma z nami kłopot, bo on w ogóle nie bierze pod uwagę naszych pomysłów. Że to on nie ma do nas należytego zaufania. Pawła jednak to nie uspokoiło, trochę jeszcze wylał pretensji do Kamila bez wchodzenia w przyczyny, i wysiadł w centrum. Pojechaliśmy dalej do Wrzeszcza, i ja tam koło kolejki wysiadałem, ale zanim wyszedłem, spytałem Kamila, czy chce wiedzieć, skąd jest nasza nie do końca przyjazna postawa w stosunku do niego. On powiedział, że tak, i wtedy mu powiedziałem, że jedlibyśmy mu z pewnością z ręki, gdyby tylko... traktował nas tak, jak traktuje on swojego ośmioletniego syna, Kubę. On się wtedy ucieszył, i stwierdził, że to dobry pomysł, że będzie nas traktował jak dzieci. Ja wtedy pokręciłem głową ze zniechęceniem, i wytłumaczyłem mu, że mnie źle zrozumiał, że jest akurat odwrotnie. Że on traktuje swojego Kubę nie jak dziecko, ale jak dorosłego, i w dodatku z przyjaźnią i szacunkiem. „Właśnie nie traktuj nas jak dzieci. Traktuj nas z szacunkiem, czyli od czasu do czasu odstąp od swoich wizji i wysłuchaj tego, co i my mamy tobie w czasie zajęć do powiedzenia”. Kamil się zadumał, po chwili się do mnie uśmiechnął i wyciągnął do mnie rękę. Podałem rękę Kamilowi, i siedzącym z tyłu Kubie i Klaudii, ale Krzysiowi nie podałem, bo już spał w swoim foteliku, też z tyłu.
    Następnego dnia wieczorem mieliśmy pokazać Maćkowi naszą improwizację, a rano pisałem bloga do dwunastej. Kleofas odbył robocze, owocne spotkanie z Gotfrydem na PG, i spotkaliśmy się u Hilarego o trzynastej. Kleofas w samochodzie miał dla mnie przygotowany swój czteroletni komputer. Tuż przed przyjazdem Kleofasa pobiegłem jeszcze do sklepu komputerowego i kupiłem sobie mojego pierwszego pendrive'a – dwugigowego! Do tego ma on „aggressive read and write rates”, i jest wodo- i wstrząso-odporny. Ma obudowę z takiej gumeczki, i do tego ma diodkę, która pokazuje, że się połączył z komputerem, gdy go się włączy do gniazda USB.
    Więc pojechaliśmy z Kleofasem do Sopotu, gdzie mój bratanek bardzo sprawnie zrobił mi porządek na moim zawalonym stole w gabinecie, usunął ze stołu mój stary, zepsuty komputer i zamontował swój, dużo lepszy i nowszy. Mam teraz 17-calowy monitor (a miałem piętnastkę), procesor o taktowaniu 2 GHz, pamięć 512 MB RAM, i na razie czterogigowy twardziel, ale w grudniu, jak Kleofas przyjedzie na przerwę z Warszawy, to zamontuje mi 80 GB. Od razu sprawdziliśmy mojego pendrive'a, który bezbłędnie zapisał przykładowy plik. Ten pendrive pozwoli mi pisać w domu, a wklejać tekst w Internet na zewnątrz. Kleofas zachęcał mnie mocno, bym zamontował sobie Internet w domu, ale ja jeszcze jakiś czas będę korzystał z czytelni i kawiarenki, bo nie wiem na razie, jaki Internet sobie zamontować. Na przykład kablówka oferuje telewizję, Internet i telefon razem w niższej cenie, ale ja nie wiem, czy ja chcę mieć telewizję w ogóle w domu (umowę się podpisuje na co najmniej 12 miesięcy), coraz więcej ostatnio robię różnych rzeczy zamiast rozmyślać, to i mniejszą ochotę mam na telewizję, nawet na Discovery. Po prostu lepiej coś samemu robić niż oglądać, co inni robią. Z drugiej strony jest parę rzeczy, które oglądam na telewizji kablowej u Hilarego, które są pouczające i interesujące z punktu widzenia rzetelnej wiedzy o świecie. Mogłoby mi się to przydać. Ale jeszcze się zastanowię, może mi wystarczy te parę programów, które i tak są dostępne w naszym budynku. Więc jeszcze się wstrzymam z tym Internetem.
    Gdy już zamontowaliśmy komputer i sprawdziliśmy, że wszystko, co mi potrzebne, na nim jest, przystąpiliśmy do rozwiązywania plansz z robotem zbierającym grzyby. Rozwiązywaliśmy to na laptopie Kleofasa, który tak operuje na tym laptopie, jak wirtuoz na fortepianowej klawiaturze. Moją rolą było tylko pomaganie mu w dostrzeżeniu właściwej strategii, z jaką należy napisać jak najkrótszy program sterujący.
    Niestety, w ogóle nie mogłem się skupić. Myślałem o zbliżającej się próbie z Maćkiem, o „Burzy” Szekspira, o moim nowym komputerze, a za nic umysł mój nie chciał się skupić na informatycznym robocie. Co innego Kleofas – wpadł w jakiś trans intelektualny, eksplodował pomysłami coraz lepiej aproksymującymi właściwe rozwiązanie. Patrzyłem na niego z ukosa i... widziałem siebie w swoich najlepszych latach. Kleofas, gdy głęboko nad czymś myśli, bardzo przypomina mnie. Robi identyczne miny. Bardzo dużo wspólnie rozwiązaliśmy zadań z matematyki i informatyki, od dziecka miał na tych polach ze mną kontakt, i trochę nasiąknął moimi nawykami. Jest to miłe. Z drugiej strony Kleofas bardzo się ode mnie różni, jest ode mnie znacznie bardziej pragmatyczny. Nie posuwa się aż tak daleko jak ja w filozoficznych rozważaniach. Zwłaszcza tych dotyczących wiary. Kleofas jest umiarkowanie wierzący, i reaguje alergicznie, gdy próbuję mu wytłumaczyć swój punkt widzenia, że wiara jest czymś irracjonalnym, a wręcz, jestem przekonany, też czymś bardzo szkodliwym. Nie ma on jakiś szczególnych wątpliwości co do przedmiotu swej wiary, albo też z tymi wątpliwościami się nie dzieli, się nie otwiera.
    Cóż, czas pokaże, co będzie myślał Kleofas za kilka lat. Na razie jestem pod wrażeniem jego rozwoju intelektualnego, stał się bardzo sprawny w operacjach logicznych i manualnych, rozwinęło mu się też bardzo poczucie humoru, zwłaszcza to abstrakcyjne, jest bystry i pomysłowy. Ciekaw więc jestem, czy jego sprawność intelektualna przełoży się na wątpliwości dotyczące tzw. spraw duchowych, wydaje mi się, że w tych sprawach panuje wiele przekonań nie do obrony przed myśleniem konsekwentnie logicznym, a Kleofas robi się coraz bardziej konsekwentny, szczególnie na polu myślenia krytycznego i logicznego. Będę więc z nim dyskutował na filozoficzne tematy, gdy tylko zdarzy się okazja, ale nie będę go naciskał, bo czego jak czego, ale nacisku ucząca się sieć neuronowa wręcz nie znosi, nie toleruje, taka jest jej natura. Natura jej uczenia się.
    Mój bratanek rozwiązał wszystko, co się dało rozwiązać do godz. 16.30, ja tylko się na niego patrzyłem jak sflaczały worek, wreszcie spakowaliśmy się i zeszliśmy do samochodu, którym Kleofas miał mnie zawieźć na Orunię.
    Bratanek tryskał dobrym humorem, ja też dobrze się psychicznie czułem mimo mojej intelektualnej klęski i coraz bardziej ogarniającego mnie wyczerpania. Chyba ten transfer komputera i kupno pendrive’a mnie tak wyczerpały. Wszystko, co wydaje mi się skomplikowane i wymagające wiedzy – wyczerpuje mnie do cna. Więc by dać temu wyraz, gdy już jechaliśmy, odezwałem się posępnie: „Czuję się tak, jakbym przerżnął harem”. Kleofas się roześmiał i nie mógł mi oczywiście pozostać dłużnym: „To się, wujek, mówi: czuję się jak koń po westernie!” Lubię, jak dopisuje mojemu bratankowi humor, lubię też, gdy tak sobie przyjacielsko wymieniamy uwagi. Kleofas od zawsze do mnie zwracał się „Maciek”, ale ostatnio zaczął żartem częściej zwracać się per wujek. Chyba oznacza to, tak myślę, że będziemy ze sobą coraz częściej rozmawiać o sprawach naprawdę istotnych.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
3 listopada 2007

Wielka improwizacja

    Chciałbym z wydarzeniami z mojego życia być na bieżąco, a tu proszę, takie zaległości, taka przerwa. Chciałbym wrócić do spotkania z Pisarzem Eustachym, ale na razie opowiem o teraźniejszości. Więc przedwczoraj było Święto Zmarłych, a ja nie cierpię sprzątać na grobach. Od dziecka zawsze się źle czułem, gdy miałem pójść po wodę, wymyć płytę, zagrabić liście, wstawić kwiatki, czy zapalić i postawić świeczkę. Domyślam się dlaczego. Chyba nigdy nie czułem tak naprawdę, że nasi bliscy odeszli i gdzieś tam są, i na nas czekają, z góry na nas patrzą. Myśląc o zmarłych albo myślałem o tym, co mi się z nimi przytrafiło, gdy żyli, albo wyobrażałem sobie, jak w tej chwili wyglądają pod ziemią ich szczątki. Zwłaszcza gdy patrzę na grób, to moja wyobraźnia wędruje dwa metry pod ziemię, otwieram nią pokrywę zbutwiałej trumny i przyglądam się rozkładającemu się ciału. Zwłaszcza o mojej mamie tak myślę. Widzę jej czaszkę, oczodoły pozbawione śmiejących się oczu, resztki zębów pozbawione ślicznych, śmiejących się ust. Widzę szkielet pokryty resztkami przylepionej skóry, kostki palców, które kiedyś czochrały moją czuprynę i przytulały mnie do swej miękkiej piersi.
    Nie szokuje mnie wtedy ten obraz. Kocham wtedy moją mamę bardziej niż wtedy, gdy żyła. Kocham ją bardziej teraz, gdy widzę jej rozpadający się szkielet, niż wtedy, gdy mi jej nie brakowało, gdy się z nią bawiłem, tuliłem, rozmawiałem, żartowałem, kłóciłem. Gdy byłem na nią wściekły, gdy wrzeszczeliśmy na siebie, gdy jej nienawidziłem, gdy czułem, że ona jest przerażona, co ze mnie wyrasta, i jak widząc, że przestaję być jej aniołkiem – przestaje mnie stopniowo kochać. Kochać tak jak wtedy na początku, gdy z niej wyskoczyłem.
    Powiedziałem więc wcześniej tacie i Zygrfydowi, że w tym roku nie idę na groby. I byłem zdziwiony, gdy żaden z nich tego nawet nie skomentował. Po prostu przyjęli to do wiadomości. Umówili się dzień wcześniej, że Zygfryd z Penelopą i Kleofasem podjadą samochodem pod dom towarowy koło Cristalu i zabiorą Hilarego. I następnego dnia, gdy Hilary wychodził na spotkanie, a ja tego dnia nocowałem u Hilarego, też poszedłem z Hilarym, by zawieźli mnie przy okazji do Sopotu. Miałem sobie pójść do siebie, ale jakoś zachciało mi się przejść z nimi na cmentarz, i potraktowałem to jako spacer. Więc oni przed cmentarzem kupowali różne potrzebne rzeczy do dekorowania naszych czterech rodzinnych grobów, a my z Kleofasem rozmawialiśmy o tym, jak skutecznie zaprogramować robota, żeby sprawnie pozbierał grzyby w labiryncie i nie wpadł przy okazji do wilczego dołu. Nie wiedziałem jeszcze, na czym ten język programowania robota polega, i Kleofas mi tłumaczył na razie na sucho, w powietrzu. Gdy już dotarliśmy do grobów, oni krzątali się koło nich (nie mieli wiele do roboty, bo dzień wcześniej był tam Albert i wszystko posprzątał, o ile mi wiadomo), a ja sobie chodziłem po okolicy i przyglądałem się krzyżom. Oglądałem metalowe figurki Chrystusa, które przedstawiały rozpiętego na krzyżu mężczyznę z bezwładnie zwisającą na piersi głową. Przyglądałem się tym figurkom, rozglądałem się wokół, i zastanawiałem się, ile do tej pory wyprodukowano na świecie figurek Chrystusa. To musi być chyba kosmiczna ilość, te wszystkie figurki na krzyżach przy grobach zmarłych od stuleci ludzi, no i trzeba policzyć figurki wyprodukowane na potrzeby kościołów. A ile wisi krzyżyków w domach? To są chyba setki milionów, jeśli nie miliardy! Miliardy Chrystusów, którzy rozpięci bezradnie na krzyżach mają smutno opuszczoną głowę. Kręciłem się wokół siebie i patrzyłem na tę wielką ilość otaczających mnie metalowych figurek. Figurek, które przypominają nam, że to my jesteśmy winni śmierci tego jednego człowieka, który został ukrzyżowany dwa tysiące lat temu. A wina ta jest w każdym w nas, i jest proporcjonalna do ilości tych wbijających się w oczy na każdym kroku smutnych figurek. Ilość tych figurek ma zapobiec temu, byśmy nigdy nie zapominali, że to my jesteśmy winni śmierci tego mężczyzny sprzed dwóch tysięcy lat, bo on chciał swoją śmiercią zmyć z nas grzech pierworodny. Tak, my jesteśmy winni. Grzech pierworodny naszych prarodziców, którzy zapoczątkowali ród ludzki kilka tysięcy lat temu, przechodzi z pokolenia na pokolenie, w jakimś sensie jest dziedziczny. Tak przynajmniej twierdzi chrześcijańska religia, o ile się nie mylę.
    Po refleksji nad ilością krzyży zauważyłem, że na cmentarzu rosną przepiękne, rozłożyste drzewa. Zwłaszcza jedno nieopodal było wysokie i miało mnóstwo równomiernie rozłożonych gałęzi rozpoczynających się na wysokości czterech metrów, a na samej koronie wysoko były trzy grube odnogi stanowiące wspaniałe siedzisko dla śmiałka, który by się odważył tam wleźć. Ja mam lęk wysokości, zawsze bałem się chodzić po wysokich drzewach, ale w tym momencie zapragnąłem wspiąć się cztery metry po łysym pniu, by dostać się do gałęzi, i po nich, jak po drabinie, wspiąć się do wspaniałej korony. Stamtąd zobaczyłbym pewnie jak na dłoni wielki cmentarz, a może i całe miasto – drzewo było wysokie.
    Mojego pragnienia jednak nie zrealizowałem.
    Gdy już kwiatki stały na swoich miejscach, a znicze miały zapalone płomyki, Hilary pochylił głowę przy grobie mojej mamy i na dobrą chwilę zatopił się w myślach. Podobnie zrobiła reszta moich towarzyszy, a ja poczułem, że powietrze jest przyjemnie wilgotne, i że robię się głodny (nie jedliśmy wszyscy jeszcze śniadania). Stałem za nimi w oddaleniu, na alejce, i zastanawiałem się, czy zależy mi, by i mnie kiedyś, gdy będę gdzieś leżał martwy, by i mnie ktoś odwiedzał i mnie wspominał. I doszedłem do wniosku, że chyba będzie mi już wtedy wszystko jedno.
    Gdy znaleźliśmy się na dole w samochodzie, Hilary poprosił o podrzucenie do SKM-ki w Kamiennym Potoku, podrzuciliśmy go więc, skąd pojechał SKM-ką do Gdyni na jeszcze jeden rodzinny grób. A potem Zygfydowie mieli mnie podrzucić do mnie, ale Kleofas spytał, czy pojechałbym z nimi na śniadanie do Gdańska, to rozwalimy sobie kilka plansz z tym robotem zbierającym grzyby, który musi unikać wilczych dołów. Ponieważ wiem, że śniadania u Penelopy charakteryzują się pedanterią i dopracowaniem, a śniadania u mnie charakteryzują się kromką chleba z masłem i ewentualnie płatkiem żółtego sera, przystałem na propozycję Kleofasa, choć wisiało nade mną zadanie nauczenia się scenki z „Burzy”. A zagadki z robotem też mnie zaintrygowały – chciałem zobaczyć wszystko na ekranie komputera na własne oczy.
    Zagadki wciągnęły nas na kilka godzin, ledwie zdążyłem wrócić do domu i się przygotować na zajęcia z teatrem Lustra Strona Druga (o nauce tekstu nie było mowy, przebrałem się tylko i spakowałem plecak), które miał wieczorem poprowadzić Maciek, który terminuje aktorstwo w jakimś ośrodku teatralnym w Gardzienicach pod Lublinem. Ale ani Maćka ani Alicji nie było, bo u Alicji w środę był pożar (zapalił się magnetofon o trzeciej w nocy podłączony tylko do sieci w kuchni), na szczęście spalił się tylko ten magnetofon i stół, ale wszystko zostało zaczadzone w całym mieszkaniu, dobrze, że trzy lokatorki się obudziły i ich nie zaczadziło. Dlaczego Maćka nie było, nie wiem, zajęcia poprowadził Kamil, a przyszła jeszcze Agnieszka, Paweł, syn Kamila Kuba, trzyletni brat przyrodni Kuby Krzysio, którego Kamil nie jest tatą, i jeszcze Klaudia. Krzysio nam cały czas przeszkadzał biegając i wołając „am, am”, i próbował mnie zaciągnąć do dystrybutora batoników na korytarzu, ale nie dałem się mu naciągnąć. Potem Kamil posadził go na nocniku, i Krzysio biegał następnie bez spodenek i majteczek, co bardzo nas wszystkich rozczuliło, zwłaszcza Agnieszkę i Klaudię.
    Kamil prowadził te zajęcia z zacięciem, biegaliśmy po sali i rzucaliśmy do siebie piłkę, wcześniej wykrzykując imię adresata. Kolejnym ćwiczeniem było podawanie sobie wyimaginowanej piłki, zupełnie tak, jak mimowie grali w tenisa pod koniec słynnego filmu Antonioniego „Powiększenie”. Strasznie mi się to podobało, wszyscy tak się zachowywali, jakby ta piłka naprawdę między nami latała.
    Gdy już porządne zmachaliśmy się tymi ćwiczeniami (ja zaproponowałem Kamilowi swoją wersję jednego z jego ćwiczeń, ale on jest strasznie nerwowy i apodyktyczny, i powiedział, że tylko jedna osoba powinna prowadzić zajęcia, i Pawłowi też nie pozwolił wprowadzać modyfikacji), przeszliśmy do pracy domowej, którą nam dwa tygodnie temu zadał mój imiennik Maciek, polegającej na tym, że swoje kwestie połączymy razem i stworzymy wspólny, krótki spektakl. Ja oczywiście zacząłem kombinować, jakby tu połączyć nasze kwestie, ale Kamil jest bardzo nerwowy i apodyktyczny, i nerwowo nas przekonywał, że tylko poprzez działanie i improwizację stworzymy coś naprawdę dobrego.
    Więc się rozpoczęło. Paweł stanął pośrodku owinięty długą na siedem metrów czerwoną szmatą, a my po bokach. Paweł zaczął wyć swoją kwestię przeciągle zaczynając od słów Ferdynanda: „o, nieboooo! - o, ziemioooo!”, a myśmy się wokół niego kręcili i coś tam tworzyliśmy (ja udawałem trzęsącą się w febrze mumię, która przewraca oczami i szybko mruga, coś tam sobie mamrocząc i sepleniąc). Gdy Paweł skończył swoją kwestię i opadł bezwładnie na krzesło przykrywając się do końca czerwoną szmatą, ja odegrałem swoją scenkę przemieniania się ze Stafono w Trynkulo, z Trynkulo w Kalibana, i z Kalibana w Ariela, z tym, że jako Ariel wyrwałem szmatę Pawłowi i biegałem z nią wokół sali, a szmata powiewała mi po bokach niczym skrzydła powietrznego ducha, którym jest Ariel. W końcu Ariel padł na podłogę, a Kamil rozpoczął swoją kwestię Gonzala – doradcy Alonsa, króla neapolitańskiego. Też się owinął niczym togą czerwoną szatą (czyli wspomnianą szmatą) i z dostojeństwem opowiadał o winogronach i innych dobrach, których ma być w państwie neapolitańskim pod dostatkiem. Wreszcie przyszła kolej na Klaudię, a Agnieszki już dawno nie było, bo musiała gdzieś lecieć, bo się śpieszyła. Gdy nasze role zatoczyły koło, nie przerywaliśmy i improwizowaliśmy dalej. Każdy robił coś po swojemu, ja się wdałem w filozoficzną dysputę z Kubą opartą na „Gwiezdnych Wojnach”, Paweł brał na ręce Krzysia, który też wyraźnie poczuł bluesa i włączył się do naszego przedstawienia. Klaudia padła przede mną na kolana i rozpaczliwie łkała chcąc włączyć się do mej dysputy z Kubą, ale myślmy udawali, że jej nie widzimy. Natomiast Kamil chodził między nami i zupełnie na nas nie zwracając uwagi wygłaszał płomienną mowę niczym rzymski senator. Było to przedstawienie niezwykle żywe, głośne i pełne patosu i ekspresji, szkoda, że nikt nas nie widział, i nie mógł nas podziwiać.
    No bo na sali nikogo poza nami nie było na widowni.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
2 listopada 2007

Proste, jasne, nie nazbyt skomplikowane koncepcje

    Bardzo ostatnio źle się czułem, czułem się wręcz tragicznie. Gnębiły mnie problemy, co do których nie byłem nawet pewien, czy są w ogóle realne. Poczułem się dopiero lepiej wczoraj, w Święto Zmarłych. Odetchnąłem pełną piersią. Można powiedzieć, że odżyłem.
    Wszystko przez ten Generator Niechcianych Myśli. To on powoduje, z czystą premedytacją, że myślę w sposób skomplikowany, wikłam się w spiętrzone rozumowania, miotam się w domysłach, co jest dla mnie dobre, a co nie. Planuję sobie nadchodzące dni z łapczywością, zachłannością i pośpiechem, więc albo wszystko wali mi się w gruzy, albo udaje mi się coś zrobić za cenę nerwów, zziajania i kompletnego zmęczenia i wyczerpania. To ten wstrętny generator podsyła mi te mylne tropy, podpuszcza, że coś jest ważne i nie cierpiące zwłoki, podkłada coraz to nowe pokusy, popycha mnie, bym się wikłał w konflikty z innymi ludźmi. To on działa w imię zasady „czym gorzej, tym lepiej”, bo chce wprowadzić chaos w moje życie, abym wreszcie uznał jego prawo istnienia, egzystowania w moim mózgu, i... bym zaczął się modlić czy odprawiać inne rytuały religijne, które utrzymywałby go przy życiu.
    Nic z tego! Wiem, że ten wstrętny potwór ma już swoje policzone dni, że dogorywa, a jawnym tego dowodem jest to, że nie tak łatwo mu jest już mnie zwodzić. Mam już wypracowane swoje sposoby, by nie dać się zapędzić w kozi róg, jestem ostrożniejszy, coraz bardziej uważny, coraz to bystrzejszy, sprytniejszy, zwinny i zgrabny. Ale daleko mi jeszcze do doskonałości.
    Na przykład przedwczoraj na spotkaniu naukowym Gotfryd chciał mnie zaskoczyć, i rzucił w moim kierunku długopisem w ten sposób, że długopis kręcił się w powietrzu. Pamiętam, jak widziałem ten długopis kątem oka jakby w zwolnionym tempie, jak do mnie się zbliżał po parabolicznym łuku, jak spokojnie wyciągnąłem rękę i złapałem ten długopis dokładnie w tym momencie i położeniu w powietrzu, które uznałem za najbardziej wygodne. Aż Gotfryd się zdziwił, myślał, że nie złapię, i stwierdził: „No, coś ci te zajęcia teatralne chyba dają”.
    Niemniej ciągle strasznie komplikuję sobie życie. Weźmy na przykład dzisiejszy dzień (który dopiero co się zaczyna). Kleofas spotka się za chwilę z Gotfrydem na Politechnice, obaj mnie wczoraj strasznie prosili, bym przybył na to ich spotkanie, obaj ciągle traktują mnie jako swoistego łącznika między nimi, bo Gotfryd ma mieszane uczucia w stosunku do osób znacznie od siebie młodszych, z drugiej strony Kleofas to mój bratanek, więc Gotfryd chce go traktować ciepło i z szacunkiem, i dlatego jestem mu potrzebny do towarzystwa, bo jak ja jestem, to dla niego mój bratanek przestaje być obcym gówniarzem.
    Z drugiej strony Kleofas ma wielki szacunek do Gotfryda, tak wielki, że krępuje się sam być w towarzystwie Gotfryda, i ja jestem potrzebny do rozładowania napięcia i spiętej sytuacji.
    Otóż zaplanowałem sobie wczoraj, że rano napiszę tego bloga, a oni mi narzucają, że mam przyjść koniecznie na to ich spotkanie (więc bloga bym nie napisał), Gotfryd mnie wręcz zaszantażował moralnie, że dostałem pieniądze z grantu, i mam się więcej udzielać – to rozkaz!
    A gówno! Mam ja dzisiaj inne plany, nie będę ich niańką, dlaczego ja mam zawsze zmieniać swoje plany na czyjąś korzyść!
    Po Gotfrydzie mamy się z Kleofasem spotkać u Hilarego, by obejrzeć zdjęcia ze Stanów. Kleofas przyjedzie ze swoim czteroletnim komputerem, który postanowił mi ofiarować za moją pomoc. On sobie kupił w Stanach dwa świetne laptopy, więc już tego komputera nie potrzebuje. Więc od Hilarego jedziemy do mnie z tym komputerem, by go złożyć i uruchomić, co potrzeba. Ale Kleofas bierze udział w takim konkursie organizowanym przez Microsoft na programowanie wirtualnych robotów, które na planszy zbierają grzyby i omijają wilcze doły. Chodzi o zaprogramowanie robota na różnych planszach o różnym stopniu trudności, by program ten zawierał jak najmniejszą liczbę znaków, a jednak by robot zebrał wszystkie grzyby. Są to prawdziwe łamigłówki, wczoraj rozwiązaliśmy z Kleofasem jedną całkiem trudną na początek (wczoraj mnie Kleofas dopiero tego nauczył osobliwego języka programowania), i dzisiaj Kleofas się uparł, że będziemy rozwiązywać następne plansze. Od godziny 13.00 do 16.30, aż rozwiążemy kilka plansz! A kiedy on mi złoży w tym czasie ten komputer??? Mam tam kilka do niego próśb, na przykład by podłączył mi w środku komputera mojego starego twardziela, bo mam tam swoje stare pliki, teksty sprzed wielu lat, a stary komputer mi wysiadł, i nie ma do nich teraz dostępu.
    Więc będziemy rozwiązywać najpierw te robotowe zagadki, potem z językiem na wierzchu on mi złoży ten komputer (albo i nie złoży), a o 16.30 Kleofas mnie zawiezie na Orunię, bo są dzisiaj specjalne zajęcia z Maćkiem spod Lublina, który prosił nas o nauczenie się kolejnego fragmentu „Burzy”, bo będziemy dzisiaj robić kolejne etiudy i je ze sobą łączyć do przygotowywanego przedstawienia, i ja, do cholery, nie nauczyłem się wybranego tekstu, ciągle nie mam pojęcia, o czym ta szekspirowska „Burza” jest, potrafię się tylko zataczać jak pijak Stefano, robić z siebie idiotę niczym trefniś Trynkulo, straszyć biedne dzieci zamieniając się w potwora Kalibana, i wzdychać delikatnie i zwiewnie jako Ariel, duszek powietrzny, z którym gada sobie główny bohater – Prospero.
    Czy taki rozkład dnia to optymalne rozwiązanie? Czy ma sens tak przeżyć dzień, że się myśli o stu rzeczach jednocześnie prowokując los do stwarzania sytuacji niewypałowych?
    Nie! Nie będę sobie komplikował losu! Będę sobie konstruował proste, jasne, nie nazbyt skomplikowane plany i koncepcje, by miały one szanse sensownej realizacji, bym miał czas kontrolować, co tak naprawdę się dzieje, i bym coś wyniósł ze spotykających mnie zdarzeń, bym się czegoś spokojnie zawsze nauczył, a nie pogubił się we własnych sidłach i był wściekły na zakończenie dnia.
 
    Gdy przychodzę wieczorem do domu, mam już sposób na moją wieczorno-nocną samotność. Polubiłem bardzo radio, a konkretnie stację RMF. Tylko mnie reklamy w niej denerwują (ale tylko trochę, czasem są nawet śmieszne), za to nadają fajne piosenki i mają fajnych, inteligentnych prezenterów, o takich ciepłych, dobrych, rześkich głosach. Ostatnio słyszałem taką rozmowę:
Prezenterka: Wiesz, że dzieci zadają czasem trudne pytania? To posłuchaj.
Dziewczynka (z nagrania): A ja mam takie pytanie: czy krokodyl jest bardziej długi, czy bardziej zielony? (koniec nagrania)
Prezenter: A ty jak myślisz?
Prezenterka: Sądzę, że jest bardziej długi. No bo popatrz: jak się patrzy na krokodyla z góry, to  jest on i długi, i zielony. Ale jak się patrzy na krokodyla od dołu, przez szybę, to krokodyl jest raczej tylko długi, bo ma białawy brzuszek. Więc suma sumarum krokodyl jest jednak bardziej długi.
Prezenter: A ja mam inną argumentację. No bo popatrz: jak się patrzy na krokodyla z góry, do jest on długi tylko wzdłuż, a zielony, zauważ, zielony jest i wzdłuż, i wszerz. Ergo: krokodyl jednak jest bardziej zielony.

    Bardzo lubię tych prezenterów, zaraz gdy wchodzę do mieszkania, włączam sobie to radio, i tak się czuję, jakbym miał ich u siebie w domu. I w tym czasie robię sobie jakieś swoje rzeczy, nie odczuwając samotności. A czasem to nawet wyłączam radio, bo nawet czasem to już chcę być sam w domu, w kompletnej ciszy, by móc się skupić nad czymś istotnym. Jest postęp!
    Na tym RMF-ie puszczają ostatnio taką fajną piosenkę „Czy pamiętasz” Marka Piekarczyka, który dawno, dawno temu był wokalistą słynnej grupy TSA. Na przykład pamiętam taką piosenkę „Trzy zapałki” („trzy zapałki kolejno – trzy zapałki kolejno – trzy zapałki kolejno – zapalone nooocą!”). Ale teraz Piekarczyk (tym razem z zespołem Yugopolis) nie śpiewa już takim cienkim, wydzierającym się głosem, ale głosem miłym, niższym, normalnym, i spokojnym:
 
Czy pamiętasz jeszcze siebie
z naszych dawnych dni
gdy młodszy był świat
czy pamiętasz o marzeniach
te rozmowy aż do świtu
chwile gdy życie miało smak

Powiedz co się z tobą stało
gdzie ten jasny blask
który w twoich oczach lśnił
czyżby z dawnych marzeń
okrutnie zakpił czas
i już nie wierzysz prawie w nic

Może właśnie przyszła chwila
by rozmawiać z sobą częściej
bez kłamstw rozdrapywania ran
może to nie wszystko jeszcze
może nie za późno będzie
by wreszcie stracony złapać czas

Czemu miałbyś wierzyć
w ten cały wokół chłam
gdy w tobie jest tyle prawd
wyrzuć z siebie żal
on ugasi oczu blask
przypomnij sobie dawne sny

Chociaż z naszych marzeń
nieraz zakpił los
jeszcze nie za późno jest
znaleźć własne miejsce
gdzie nie boli nic
i tam zbudować nowy dom...

Muszę się przyznać, że raz, słuchając tej piosenki – popłakałem się.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
27 października 2007

Rozmowy o literaturze

    Nie przytoczę dokładnie wypowiedzi poszczególnych osób na spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki, bo nie mam dyktafonu w głowie. Nie chcę nic wymyślać, od pewnego, dłuższego czasu wręcz obsesyjnie staram się, by w moim blogu nie było żadnych przekłamań, przekręceń, niedomówień, zatajeń czy fantazyjnych dodatków. Więc postaram się tylko oddać ducha rzeczonego spotkania.
    No więc Pani Bibliotekarka została poproszona o zagajenie rozmowy (ach, jakie te wszystkie bibliotekarki są nieśmiałe, jeszcze bardziej nieśmiałe ode mnie), co z lekką tremą i dosyć lakonicznie uczyniła. Zaczęła się dyskusja, głównie między Moją Sąsiadką, Łysym Facetem z Werwą i Panią z Niemiec. Z tej dyskusji wywnioskowałem, że „Dom Augusty” jest smutną opowieścią o braku uczuć, o uczuciowej pustce, o tym, że bohaterowie są samotnymi wyspami mieszkającymi, dajmy na to, pod wspólnym dachem. I wtedy powstało pytanie, czy sytuacja z książki mogłaby zdarzyć się gdzie indziej, nie w Skandynawii. Moja Sąsiadka stwierdziła, że w Polsce byłoby to niemożliwe, że Polacy są jednak bardziej w stosunku do siebie wylewni. Chciałem wtedy się włączyć do rozmowy, i zaprotestować, że ja, gdy jestem w swoim domu, to czuję się bardzo samotny i uczuciowo wyziębiony, a w mojej rodzinie może i głośno się dyskutuje, ale jest to tylko maska wylewności i serdeczności, w rzeczywistości każdy myśli tylko o sobie, jest tylko wrażliwy na swoim punkcie, i tak naprawdę to wszyscy nie myślimy zbyt dobrze o sobie nawzajem. Tak mi się wydaje.
    Jednak się nie odezwałem, gdyż trema trzymała mnie za gardło. Słuchałem dalej.
    Pani z Niemiec opisała sytuację w Niemczech, ale nie pamiętam, czy stwierdziła, że w Niemczech jest uczuciowo cieplej, czy nie. Chyba jednak stwierdziła, że trudno by jej było sobie wyobrazić sytuację z książki u naszych zachodnich sąsiadów.
    Łysy Facet z Werwą cały czas coś z werwą od siebie dodawał, ale skupiałem się tylko na jego werwie, był bardzo ekspresyjny, jak typowy Włoch, więc jego punktu widzenia nie zachowałem w pamięci. Pamiętam natomiast, że Moja Sąsiadka robiła się coraz smutniejsza, i w końcu z niej wylazło, że jednak ona czasami bardzo się źle czuje sama w domu, i że w Polsce często się zdarza, że nie zawsze możemy od tak sobie do kogoś zadzwonić i się umówić, by sobie od serca pogadać.
    Potem zaczęli dyskutować nad losem głównej bohaterki, czy się z nią utożsamiają, czy nie, czy ją polubili, czy jej na koniec dobrze życzyli, bo właściwie na końcu książki życie bohaterki podobno dopiero się zaczynało (ale nie mam pewności, czy dobrze to zrozumiałem, o tym otwartym zakończeniu). Facet w Moim Wieku zaczął coś opowiadać o sytuacji gospodarczej Szwecji, i o tamtejszym rynku pracy, i o warunkach socjalnych, a Blond Intelektualistka zaczęła się zastanawiać, czy ostatnia nagroda Nobla z literatury została słusznie przyznana, czy nie. Na to Pani z Niemiec stwierdziła, że nagrody Nobla często są przyznawane bez sensu, na przykład dla Elfride Jelinek za „Pianistkę”. Łysy Facet z Werwą podchwycił, że sytuacja opisana w „Pianistce” jest patologiczna, i nie bardzo rozumie, dlaczego za opisywanie takich nie zdarzających się patologii można dostać Nobla. Blond Intelektualistka na to odrzekła, że właściwie każdy odbiera książki po swojemu, każdy znajduje w nich co innego, i nagroda Nobla jest tylko umowna, bo nie ma czegoś takiego, jak najlepsza książka na świecie.
    I tu nie wytrzymałem. Musiałem włączyć się do rozmowy, nie chciałem siedzieć cicho do końca. Otóż zgodziłem się z Blond Intelektualistką, że ocena książki to bardzo indywidualna sprawa, a jako przykład podałem książkę Roberta Akereta „O mężczyźnie, który kochał niedźwiedzicę polarną”, jedyną książkę, którą dałem radę przeczytać w ciągu ostatnich siedmiu lat. A przeczytałem ją z przyjemnością, bez zmuszania się, wręcz z wypiekami na twarzy. Książka tak bardzo mi pomogła, na pewno przyczyniła się do mojego szybszego wyjścia z bardzo ciężkiej depresji, gdyż dowiedziałem się z niej, że nie jestem najbardziej pokręconym człowiekiem na świecie, że są przypadki dużo bardziej złożone. To bardzo mi pomogło, a do tego urzekła mnie prostolinijność autora, który bez zbędnych ozdóbek opisał rzetelnie swoich pacjentów, lekko i czasem z poczuciem humoru.
    Po mojej wypowiedzi zapadła trochę krępująca cisza, myślę, że z tym wyznaniem prosto z mostu o mojej depresji trochę członków klubu zaskoczyłem, powiedziałem to dosyć mocno i bez ogródek. Ale nie żałowałem.
    Potem Pani Bibliotekarka zapytała mnie po cichu, gdy inni znów zaczęli rozmawiać, czy też chcę zostać członkiem klubu, na co się chętnie zgodziłem, wypełniłem odpowiedni formularz, i zostałem członkiem klubu.
    Całe spotkanie trwało godzinę, na koniec rozpoczęła się dyskusja o tym, co będzie przedmiotem następnego spotkania, które ma się odbyć 14-ego listopada o godzinie 17-tej. Panie bibliotekarki wysunęły kilka propozycji, wyłożyły na stół kilka książek, i razem wybraliśmy książkę urodzonej w 1975 roku brytyjskiej pisarki Zadie Smith pod ładnym tytułem „O pięknie” („On Beauty”). Dostałem wraz z innymi, którzy poprosili, nowiutki egzemplarz grubej książki, i zamierzam ją przeczytać do 14-ego listopada, by tym razem już się nie szczypać, tylko dyskutować na całego.
    Bardzo jestem zadowolony, że tam poszedłem, jest tam miła, wręcz rodzinna atmosfera, gdyby ktoś chciał przyjść, to każdy może przyjść: Miejska Biblioteka Publiczna, Sopot, ul. Obrońców Westerplatte 16, tel. (058) 551-12-87 wew.23.
    Natomiast dwa dni później, w piątek osiem dni temu, wybrałem się na spotkanie z pisarzem Eustachym Rylskim w filii nr 1 Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Gdańsku, która się mieści przy alei Grunwaldzkiej 44 we Wrzeszczu. To już było liczne spotkanie, sporo takich spotkań się odbywa w tej filii.
    Eustachy Rylski to wysoki, chudy mężczyzna, o ostrych rysach, smukłej twarzy, smagłej cerze, który mówi dosyć zdecydowanie, donośnym głosem, lekko pretensjonalnie, arystokratycznie, ale to co mówił, miało to dla mnie głęboki sens i wydawało się z głębi serca, w związku z czym brzmiało bardzo prawdziwie.
    A co mówił? Pytania zadawała Anna Sobecka, ale nie TA Anna Sobecka, z byłego Sejmu. Więc prowadząca spytała Gościa o to najpierw, jak to się stało, że został pisarzem. Na to Pan Eustachy rozpoczął dłuższy wywód o determinizmie życia, w ogóle o determinizmie wszystkiego, w jaki on wierzy, to znaczy, że tak naprawdę nic od nas nie zależy, lecimy sobie przez wąską rurę, w której możemy skręcić troszkę w prawo, troszkę w lewo, ale to, dokąd dolecimy, od nas nie zależy, i tak musimy tą rurą lecieć.
    To mi się spodobało, też jestem zwolennikiem determinizmu, owszem, jest takie zjawisko jak wolna wola, nasza świadomość, podejmowanie decyzji, ale ja też uważam, że przecież nasze decyzje, to co sobie myślimy, to też jest zdeterminowane przecież przez ruch elektronów w naszych neuronach w naszym mózgu. Podzielam ten pogląd z panem Rylskim, a jest to pogląd bardzo zdrowy (o ile prawdziwy), gdyż zwalnia nas z nadmiernego przejmowania się błędami z przeszłości, jak i z martwienia się o naszą przyszłość.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
25 października 2007

Skromna koncepcja

    Już nie jestem taki narwany, już nie ciągnie mnie gdzie popadnie. Chciałbym sobie jakoś to życie poukładać. Uspokoić. Ciągle nie mogę sobie dać rady z moim bałaganem w domu, nie wiem, na czym to polega, że odrzuca mnie po prostu od poukładania tych książek, tekturowych teczek, zapisanych świstków, urywków z gazet, tak bym mógł łatwo znaleźć potrzebną rzecz szybko i bez pudła.
    To samo dotyczy rzeczy do ubrania, z tym mam podobny problem. Rzucam brudne rzeczy gdzie popadnie, a gdy już się tego zbierze kilka stosów, i wyczerpią mi się zapasy, robię hurtowe pranie, co jest piekielnie trudne, bo nie wiem, gdzie mam to wszystko porozwieszać.
    Chciałbym więc już nie myśleć o wielkich planach, do których po prostu nie jestem jeszcze gotowy, tylko stworzyć sobie taką prostą koncepcję życia, bym mógł być spokojny, że nic mi się nie poplącze, że mogę wiele czasu poświęcić na spokojną refleksję, bo uważam, że refleksja jest najlepszym sposobem na odwirusowanie umysłu. Refleksja, nie medytacja! Medytacja kojarzy mi się z modlitwą, z czymś aktywnym, aktywnie mieszającym w głowie i na siłę. Nie. Ja jestem zwolennikiem refleksji, a więc leżenia w rozluźnieniu i rozmyślania swobodnego, bez nacisków, na tematy, które same przychodzą do głowy.
    Choroba wie, że taka refleksja jest dla niej zabójcza, więc robi wszystko, by nas podniecić i skłonić do robienia rzeczy chaotycznych. Na przykład do niedawna nie mogłem się wieczorem od 23-ciej powstrzymać przed słuchaniem RMF-u, piosenki bardzo mnie napędzały, i przyjemnie było mi tak leżeć i delektować się rytmem i melodią. Niestety kończyło się to tym (na przykład dzisiaj w nocy),  że leżałem w ten sposób do drugiej w nocy, i podniecony (w sensie emocjonalnym) nie mogłem zasnąć. Niby rozmyślałem w tym czasie o wielkich planach, ale… no właśnie, nie była to spokojna, odwirusowująca refleksja. Nie były to spokojne rozważania nad gnębiącymi mnie bieżącymi kwestiami, tylko taki trans, który chyba jednak nic nie daje.
    Więc postanowiłem dziś (postanawiam tak już od wielu tygodni), że będę kładł się najpóźniej o 23-ciej do łóżka, bez oglądania telewizji i słuchania radia (radio wydaje się niewinne, a jednak). Chcę, by umysł jak najszybciej się uspokajał i w miarę wcześnie zasypiał, bym potem nie spał jak idiota do 11-tej czy 12-tej rano. Bo w ten sposób dzień ucieka. To przecież noc jest do spania.
    Z tym radiem i telewizją mam jeszcze jeden problem, ale na razie o tym nie opowiem. Powiem tylko krótko, że z pewnej pokręconej przyczyny czuję dyskomfort oglądając telewizję czy słuchając radia. Jest to niezwykle pokręcone w mojej głowie, nie chcę robić nic na siłę, nie chcę robić nic pod wpływem tzw. nakazów społeczno-moralnych, chcę robić wszystko racjonalnie, ze zrozumieniem i ochotą, a rzecz ta dotyczy uczciwości. Jeszcze na temat uczciwości się w przyszłości wypowiem, powiem tylko, że będąc maluchem byłem stuprocentowo prawdomówny, potem zacząłem kłamać, a potem zrobiłem kilka rzeczy, które są po prostu karygodne, trzeba o nich opowiedzieć, ale nie wstydzę się ich, uważam, że coś takiego jak grzech czy wina nie istnieje, że to są po prostu błędy powstałe na skutek przekłamań w mózgu, i nikt niczemu nie jest winien (czyżby więc nic nie było karygodne?). Więc wypowiem się na temat uczciwości, na temat swojej uczciwości w przeszłości, i co wymyśliłem, by z tym problemem się  uporać, by już raz na zawsze nie musieć się nad tym zastanawiać, i nie tracić przez to czasu.
    Myślę, że ludzie w tych sprawach będą coraz bardziej otwarci, już Gorbaczow próbował w okresie pierestrojki wprowadzić tzw. glasnost, czyli po polsku jawność. Nic tak nie usuwa tego wirusowego, ideologicznego paskudztwa, które wykiełkowało i się rozpełzło po ludzkich głowach u zarania dziejów ludzkości, nic więc tego nie usuwa tak, jak jawność, otwartość, szczerość i prawdomówność. To paskudztwo jednak robi aktywnie co w jego mocy, byśmy kłamali, kluczyli, kręcili, ukrywali, niedomawiali, zatajali, przekręcali, przeinaczali, i byśmy czuli, że te sztuczki są niezbędne do życia, i w ogóle „bo wszyscy tak robią”. Dzięki temu ciągle nie ma globalnej świadomości, na czym polega mechanizm powstawania zła, ciągle łamiemy sobie głowę, dlaczego inni są tacy źli, przecież mogłoby być tak pięknie. I szukamy remedium na całe zło bardzo często tam, gdzie, o ironio, właśnie tam to zło powstaje, tam znajduje pożywkę. Jak ćmy zwabione światłem – lecimy wprost na płomień, który nie okazuje się nam jednak zbyt życzliwy. Tyle tylko, że ciągle nie zdajemy sobie sprawy, że to właśnie przez ten płomień ciągle cierpimy.
    Wiem, że zabrzmi to górnolotnie, wręcz zuchwale, ale chyba zrozumiałem, w prostych zarysach, jak działa ten mechanizm powstawania zła na ludzkim świecie, i jak powstał, i wiem, że nie doszedłbym do tych wniosków, gdyby nie wszczepiono mi w dzieciństwie ideologicznego bakcyla, w związku z czym ujawniła się moja choroba w postaci schizofrenii. Człowiek, którego umysł jest zawirusowany zbyt lekko lub zbyt silnie, nie ma możliwości zaobserwowania pewnych zjawisk, jak i wyciągnięcia logicznych wniosków z tych obserwacji. Opowiem o mych przemyśleniach w przyszłości, na razie chcę pisać to, co naturalnie i samo spływa mi z palców na klawiaturę.
    Tak jak kiedyś był Renesans, zwany po polsku Odrodzeniem, tak czeka nas (być może już się zaczął ten okres), który być może będzie nazywany w przyszłości Wielkim Ozdrowieniem. Będzie trwał jakieś sto, dwieście lat. Kilka, może dziesięć pokoleń. Myślę, że ten proces, ten okres stał się możliwy dzięki postępowi elektronicznej komunikacji, kiedy to już nie jest tak łatwo przekłamywać informacje, które teraz bez problemów przelewają się z ust do ust i są łatwo weryfikowalne. Spójrzmy, jak krótko trwała przekłamana na wskroś i pełna nienawiści Czwarta Rzeczpospolita. Zaledwie dwa lata!
    Po Wielkim Ozdrowieniu nie trzeba będzie się już bać innych ludzi, nie trzeba będzie się już niczego wstydzić, nie trzeba będzie zamykać na ciężki łańcuch swego roweru przed uczelnią.
    Ludzie coraz łatwiej zdobywają się na otwartość, dzięki czemu coraz więcej wiemy o innych, co z kolei powoduje, że na tle problemów innych nie czujemy się już ze swoimi dziwactwami jedynymi świecie. Właśnie zobaczyłem w kiosku na pierwszej stronie Faktu, że Tomasz Raczek publicznie wyznaje, że jest gejem. Widocznie Pan Tomasz poczuł, że już nie musi się z tym ukrywać, że już nie musi czuć się zaszczuty. Wręcz przeciwnie, lepiej dla niego będzie, gdy jego sekret będzie publicznie znany, bo przestanie to już być sekret, w ten sposób temu sekretowi zostaną wyrwane kły i pazury, już nikt nie będzie mógł zaszczuwać Pana Tomasza uwagami, chichotami, groźbami, czy wręcz szantażem, bo stało się to po prostu zbyt jawne. Był problem – nie ma problemu.
    Ja osobiście nie jestem gejem, wręcz przeciwnie, ale wiem, co to znaczy czuć się innym. Całe życie byłem inny, myślałem w jakiś inny, pokrętny sposób, za co byłem wielokrotnie wyśmiewany przez wielu moich kolegów i wychowawców. Dziś wiem, że to właśnie mój pokrętny sposób myślenia był mniej pokrętny od sposobu myślenia tych osób, które w moim życiu nieźle mi się dały we znaki.
    Wracając do mojej prostej na razie koncepcji życia, to chcę wyeliminować z mojego życia to przyklejanie się do źródeł informacji, zawalanie się informacjami, chcę natomiast dać sobie jak najwięcej ciszy i spokoju, a jednocześnie próbować prostych działalności: obecnie pisanie mojego bloga (myślę, że dużo mi to daje), spokojny udział w zajęciach teatralnych na Oruni, i… tyle. Poza tym chcę solidnie popracować nad spokojnym i rozumnym nauczeniem się zaprowadzania i utrzymywania porządku w moich rzeczach – jest to sprawa priorytetowa, i niezbędna, bym w przyszłości mógł zrealizować coś bardziej ambitnego i skomplikowanego.
    Chyba prosta jest ta moja koncepcja? Mam kilka innych pomysłów, bardzo mnie one kuszą (kuszą – to jest dobre słowo!), ale wiem, że jeszcze jestem na te pomysły za bardzo zamyślony, roztargniony, chaotyczny i bałaganiarski. Uważam to i tak za wielki sukces dla mnie, że zdałem sobie z tego sprawę.
    Chcę tak żyć, tak wyznaczać sobie cele, sprawy i zadania, bym mógł sobie spokojnie, zrelaksowany i na luziku, a nie zziajany i niezdrowo podniecony, jechać sobie kolejką czy tramwajem w wybrane przez siebie miejsce.
    A więc koniec z łapczywością, zachłannością i pośpiechem!

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
24 października 2007

Dyskusyjny Klub Książki

    No! W końcu przyszła pocztą upragniona „Iluminacja”. To znaczy na razie mam awizo, muszę film osobiście odebrać na poczcie, no i oczywiście zapłacić należność. 20 złotych, w tym dziewięć za przesyłkę. Więc zaraz jak skończę dzisiejszego bloga, to biegnę na pocztę, a potem wsunę płytkę do urządzenia, i obejrzę ten zakazany mi przez Antonia obraz. Jeśli będzie warto, podzielę się wrażeniami niebawem.

    Osiem dni temu, we wtorek, pojechaliśmy, tym razem autobusem, na Orunię. Gdańsk-Orunię. Baltazar był bardzo spięty, nie odzywał się, czułem, że ostatnie zajęcia zrobiły na nim wrażenie, i ma bardzo mieszane uczucia. Nic dziwnego – dawno nie miał bezpośredniego kontaktu z nowymi ludźmi.
    Ja natomiast byłem radosny, jak szczygiełek. Przypomniały mi się czasy, gdy zasmakowałem w teatrze na podobnych zajęciach w Wybrzeżaku. Wtedy, jakby w przestrachu o swoje istnienie, choroba, po roku mojej fascynacji teatrem, ujawniła się. Jakby chciała mi przerwać ten proces, który zmierzał do pozbawienia życia mojej neurotyczności. Do usunięcia jej z mojej biednej głowy. Teraz, po siedmiu latach poczułem, że odblokowuję się po chorobie na tyle, by spróbować tej dziedziny jeszcze raz.
    To znaczy – nie mówmy hop – choroba jeszcze jest. Ale wygasa. Jestem tego pewien.
    Jeszcze wrócę do naszych pierwszych zajęć, bo pominąłem tam jeden szczegół, dosyć istotny. Otóż gdy Alicja poleciła nam wymyślić sobie trzy bramy, przez które przejście mieliśmy pokazać przy pomocy pary bambusowych kijów, Baltazar się zaciął. Nie chciał tego robić. Powiedział, że tego nie czuje, i będzie się tylko przypatrywał. Co mnie uderzyło, ze strony Alicji nie było ŻADNEGO namawiania, przekonywania, że to przecież proste, i tak dalej. Od razu mu odpuściła. To był szok, bo zawsze w takich sytuacjach widziałem, że ludzie się bardzo namawiają, by przezwyciężyć lęk. Pamiętam, jak mnie zmuszano, bym się nie bał i w końcu skoczył ze słupka do basenu. Nie dałem jednak rady, ale dano mi wtedy odczuć, że grupa uważa mnie za tchórza.
    Teraz już wiem, że najważniejsze są własne odczucia. Nie należy ulegać czyimś namowom, jeśli czujemy wewnętrzny opór. Nawet pod groźbą, że zostaniemy wyśmiani. Niech się śmieją. Ja mam swoje powody, by nie robić nic na siłę. Takie jest moje zdanie.
    Więc ta reakcja Alicji mnie uderzyła. Potrząsnęła mną. Potem, w ostatnią sobotę, podobnie zachował się mój imiennik Maciek w stosunku do mnie. Ja nawet chciałem na siłę przezwyciężyć swój lęk, ale on to wyczuł, i mnie powstrzymał. Poczułem się przy nim jak uczniak, mimo, że jestem od niego starszy o jakieś 15 lat. Zaimponował mi.
    Wracając do wtorku, to od 20-tej siedzieliśmy w gabinecie Alicji, i dużo czasu poszło na jakieś organizacyjno-finansowe kłótnie między Kamilem a Alicją. Uważałem, że Kamil trochę przesadza, ale nie mieszałem się do tego, w końcu jestem tu nowy. Zacząłem natomiast rozmawiać z synem Kamila, ośmioletnim Kubą, z którym się tak rozmawia jak z dorosłym. Kuba nie okazuje żadnego lęku w stosunku do osób dorosłych, i tak się wypowiada, jakby był dorosły. Widocznie w domu traktują go jak dorosłego. Fajnie ma więc ten szkrab, zazdroszczę mu. Mnie w dzieciństwie często traktowano jak KOGOŚ BARDZO NIEWAŻNEGO.
    Przyszła jeszcze Alina, która jest niesamowicie wygadana i przebojowa, Klaudia, która raczej jest cicha, Weronika, która jest prawą ręką Alicji, i Małgosia, która w ogóle się nie odzywała.
    Gdy już Kamil nagadał się z Alicją, Aliną i Weroniką, a ja z Kubą (Baltazar milczał jak zaklęty), poszliśmy do Wielkiej Sali na dole. Tej ze sceną. Alicja dała nam prawie dwumetrowe kolorowe rury z dykty, i mieliśmy w dwóch cztero-osobowych grupach przygotować jakąś historię przy pomocy tych rur. Moja grupa zrealizowała rozbicie się parostatku czy żaglowca, a grupa druga jakieś wiatraki, ale dobrze nie zrozumiałem. W pewnym momencie ich występu zauważyłem, że oni są tylko we trójkę, a Małgosia siedzi sama na stole pod ścianą w kucki. Podszedłem do niej i spytałem, dlaczego nie robi z nimi tych wiatraków, a ona tylko uśmiechnęła się smutno, i powiedziała, że ona tego nie czuje, i że jest jej dziś jakoś smutno. Ale widziałem, że sprawiło jej przyjemność, że ktoś zauważył, że jej nie ma w grupie.
    Zajęcia były bardzo udane, ale krótkie, z powodu tej gadki na górze. Po 22-giej rozjechaliśmy się do domów.
    Aha, zauważyłem, że Baltazar jakoś bez przekonania pod koniec brał udział w zajęciach, czułem, że na następne zajęcia pójdę bez niego. Myślę, że przytłoczyła go jednak gadatliwość niektórych osób i otwartość. Gdy się przebywa w zbyt gadatliwym i żywiołowym dla siebie otoczeniu, łatwo się zamknąć w sobie jak ostryga.

    W środę postanowiłem pójść na spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki w mojej bibliotece na Obrońców Westerplatte 16 na temat książki „Dom Augusty”, którą napisała szwedzka pisarka Majgull Axelsson. Nie czytałem tego, ale ciągnie mnie obecnie w te miejsca, gdzie miałbym okazji porozmawiać na ciekawe tematy z osobami mi nieznanymi. Jak zwykle, czułem lęk przed nieznanym, zwłaszcza, że nie miałem pojęcia, o czym ta książka traktuje.
    Gdy wszedłem do ciepłego pomieszczenia między książkami w naszej bibliotece, usłyszałem okrzyk: „O! Mój sąsiad!” Wtedy zauważyłem moją sąsiadkę, której mówię „Dzień dobry” i nic więcej, gdy mijamy się na klatce. Ale zawsze mi się wydawała osobą sympatyczną i dobrą. Ma dobre oczy i ładne rysy. Przypomina mi moją mamę.
    Więc się ucieszyłem, że być może poznam bliżej moją sąsiadkę, i usiadłem przy wielkim stole, zastawionym ciasteczkami, kawą i książkami – egzemplarzami omawianej powieści. Przy stole (przyszedł jeszcze po mnie jeden facet), siedziało już jedenaście osób: ode mnie na lewo – Pani Bibliotekarka, Starsza Pani, Moja Sąsiadka, Druga Bibliotekarka, Facet w Moim Wieku, Milcząca Dama, Łysy Facet z Werwą, Pani z Niemiec, Blond Intelektualistka, Nieśmiała Bilbliotekarka. I ja – Nieśmiały Schizofrenik.
    Pani Bibliotekarka zagaiła nieśmiało krótki wstęp, i rozpoczęła się gorąca dyskusja, której bez słowa gorąco się przysłuchiwałem. Pierwsze skrzypce grała Pani z Niemiec, która ponoć spędziła tam szmat czasu. Książka omawia niezwykle zimny, północny, skandynawski dom, który przypomina lodówkę, gdzie ludzie są jak sople, i głównej bohaterce (Andżelice?) żyje się podle, ale próbuje ona ułożyć sobie jakoś życie.
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
23 października 2007

Rzeźbiarze ludzkich ciał

    W radio usłyszałem „Beautiful girls” Seana Kingstona – piosenka stylizowana na lata 60-te. Bardzo uwodzicielska piosenka. Rozmarzyłem się. Ale dała mi do myślenia. Mianowicie zdałem sobie sprawę, że piosenki o dziewczynach, o kobietach, do kobiet, zawsze opiewają ich urodę („długie nogi – nogi, nogi, nogi”), ich kruchość, delikatność, ich czuły dotyk, seks z nimi, ewentualnie są piosenki tragiczne – o zdradzie, o odejściu, o różnych aspektach miłości, ale…! Ale nigdy nie słyszałem piosenki opiewającej inteligencję dziewczyny. Jej poczucie humoru, jej werwę, jej fantazję, spryt, wyobraźnię, kreatywność, inwencję, inicjatywę, wiedzę, odwagę, ciekawość świata, krotochwilność, poczucie rytmu, wulgarność, prawdomówność! Nigdy! Nigdy nie słyszałem słów z muzyką, które opisywałyby to, że można by się z tą dziewczyną zakumplować i fajnie, ciekawie z nią spędzać czas.
    Podobnie jest z piosenkami o mężczyznach. „Silnym ramieniem obejmie cię”, albo, że miał piękne oczy, pięknie patrzył w oczy i głęboko, albo też, że był silny, stabilny, miał potężne ramiona i szeroką, owłosioną klatę piersiową. Choć większość piosenek o facetach jest negatywna – zdradził, okłamał („mam już dość twych kłamstw”, „teraz zostaniesz zupełnie sam”), odszedł do innej, zranił. Krótko mówiąc piosenki ślizgają się po powierzchni, i te o kobietach, i te o mężczyznach, są o powierzchowności, o uczuciach, o przyjemnościach niższego szczebla, ale nigdy nie słyszałem utworu zachwalającego inteligencję faceta, jego inwencji, zdolności przywódczych, zdolności artystycznych, słowem – zachwalającego to, co ma ten facet w głowie.
    Ciekawe, z czego to wynika. Uważam, że ta wielka rozpadalność związków, którą obserwujemy, wynika z tego, że za namową kolorowych pism i naśladując naszych kolegów i nasze koleżanki, gonimy za iluzją, za cechami powierzchownymi, natomiast nie doceniamy tego prostego kryterium – czy mi z nią, z nim, fajnie, ciekawie się rozmawia? Czy gadam z nim, z nią, tylko po to, by zadzierzgnąć znajomość i w końcu pójść do łóżka, żeby po prostu nie było się samemu, czy też rozmawiam z kimś dlatego, że ta rozmowa jest naprawdę ciekawa, jest o czymś, o czymś fascynującym, że oboje podziwiamy obiekt naszego wspólnego zainteresowania, a nie jesteśmy zafascynowani tylko i wyłącznie sobą, blaskiem naszych pięknych oczu?
    Jeżeli człowiek nie potrafi fascynować się światem, a chce się tylko zafascynować czyimś ciałem lub czyjąś osobowością, to jego związek jest skazany na co najmniej wypalenie się i wzajemną zgryzotę. Bo wszystko się w końcu nudzi. Więc tylko osoby, które potrafią dostrzec piękno w nieograniczonym, otaczającym nas świecie, mają gwarancję, że świat nigdy im się nie znudzi, i mogą go bez ograniczeń eksplorować w towarzystwie sobie podobnej osoby.
    Więc tak sobie słuchałem „Beautiful girls” coraz bardziej zdegustowany, gdy nagle piosenka skończyła się, i bez pardonu wtrąciła się Rihanna (czytaj Rijana) ze swoją mocną i dynamiczną piosnką „Shut up and drive”, co oznacza „zamknij się i ruszaj”. Lubię fajne, dynamiczne piosnki, więc posłuchałem Rihanny, zamknąłem się, i ruszyłem do biblioteki, by już się nie rozmarzać nadmiernie, tylko zabrać się do realizacji moich zamierzeń.
 
    Zygfryd wypatrzył promocję lotów w jakiejś linii, i wybiera się za 2 złote do Edynburga ze swoim przyjacielem z lat szkolnych. Lecą w grudniu na trzy dni, a ja obliczyłem, że koszt lotu w jedną stronę wyniesie Zygfryda złotówkę. To chyba tanio, Zygfryd uwielbia wypatrzać różnego rodzaju promocje, ma wtedy niesamowitą satysfakcję.
    Niemniej ja bym nie poleciał, mam lęk przed lataniem samolotem, kiedyś już latałem samolotami, cztery razy, i zawsze się wtedy zastanawiam, co jest pod podłogą. Gdy już wtedy do mnie dotrze, że pod podłogą nic w zasadzie nie ma, czuję się bardzo niepewnie, i liczę sekundy do chwili wylądowania samolotu.
    Dlatego na razie nie będę się zmuszał do lotów samolotem, nawet za dwa złote. Wiem jednak, że kiedyś będę musiał pogodzić się z tą formą transportu, bo jestem ciekawy świata, a podróżowanie po świecie środkami naziemnymi to wielka strata czasu. Czasu, którego przecież mamy tak do śmierci niewiele.
 
    Bardzo mi się podoba Bogdan Zdrojewski z Platformy Obywatelskiej. Jest to facet spokojny, zrównoważony, inteligentny, dobrze mu z oczu patrzy. Życzliwy ludziom. I ładnie się wypowiada. Chciałbym mieć takiego wujka, którego mógłbym często odwiedzać i sobie z nim pogadać. Niestety nie mam wujków, no może jednego w Ameryce, ale jak chciałem odwiedzić kiedyś jego rodzinę i poprosiłem ich listownie o przysłanie mi zaproszenia (miałem wtedy jakieś 20 lat), to jego żona odpisała mi w panice „Maćku, nie przyjeżdżaj, tutaj gwałcą nawet chłopców”. Wtedy tato mi wytłumaczył, że ciocia nie lubi naszej rodziny od czasu, gdy poznała w Polsce moją babcię, i żebym się tym nie przejmował, może wujek kiedyś przyjedzie i nas odwiedzi, jeśli mu ciocia pozwoli.
 
    Dziewięć dni temu w niedzielę znów spotkaliśmy się na warsztatach teatralnych na Oruni. Pojechałem tam z Baltazarem, Alicja czekała na górze w swoim gabinecie, a na sali baletowej spotkaliśmy Paulę, która była w skarpetkach i kręciła się przed wielkim na całą ścianę lustrem. Gdy zobaczyła, że chcę wejść w butach, krzyknęła, że koniecznie trzeba tu zdjąć je, co z Baltazarem uczyniliśmy, z tym, że ja miałem w plecaku tzw. halówki, tj. takie tenisówki na halę sportową - wolę w nich się poruszać, niż na bosaka. Gdy już się przebraliśmy, przyszła po nas Alicja, która powiedziała, że zaczekamy na resztę na górze w gabinecie. Tam pokazała nam w Internecie swoje strony, tj. stronę jej teatru: WWW.lustra.konto.pl, stronę, na której można się dowiedzieć czegoś o Miejskim Domu Kultury na Oruni (tam się mieści tzw. Dworek Artura): WWW.gak.gda.pl, oraz stronę projektu, w którym jej teatr ma wziąć udział: WWW.contactingtheworld.org.
    Przyszła jeszcze tylko Alina, która się bardzo zresztą spóźniła. Wreszcie zaczęliśmy zajęcia na sali, oczywiście przy ulubionej, orientalnej muzyce płynącej z małego odtwarzacza.
    Pierwsze ćwiczenie polegało na rysowaniu po ścianach. To znaczy mieliśmy sobie wyobrazić, że do jakiejś części ciała jest przyczepiony bardzo długi ołówek, i my ruszając tą częścią ciała rysujemy tym ołówkiem po wybranej ścianie czy suficie.
    Najpierw ołówek był przyczepiony do nosa, potem do czoła, do brody, do czubka głowy, do ramienia, do brzucha, do biodra, i na koniec mieliśmy sobie wyobrazić, że mamy ten ołówek w tyłku. Czyli trzeba było rysować pupą. A rysowaliśmy wielkie i małe kółka, przemieszczające się po ścianach.
    Drugie ćwiczenie polegało na prowadzeniu drugiej osoby koniuszkiem palca za koniuszek palca tej osoby, z tym że ta prowadzona osoba miała zamknięte oczy. Gdy ja byłem prowadzony, powoli stąpałem, bo nie miałem do prowadzącej mnie osoby zaufania, zwłaszcza, że Alicja przyniosła skądś takie wielkie klocki-przeszkody, i rozstawiła je po całej sali.
    Dalej było utrudnienie. Osoba prowadzona miała nadal zamknięte oczy, natomiast sterowało się ją przy pomocy słownych rozkazów, i należało doprowadzić ją do krzesła, na którym miała z zaufaniem usiąść. Głupie uczucie, gdy ma się usiąść na czymś, czego się nie widzi, z zamkniętymi oczyma.
    Następnie sterowaliśmy sobą za pomocą delikatnych szturchnięć w ramię. Teraz już coraz bardziej czuliśmy do siebie zaufanie, i mieliśmy przyśpieszyć kroku. Parę razy się władowałem na te klocki, bo prowadząca mnie osoba zbyt późno dawała mi znak.
    Po tych ćwiczeniach sterujących przyszedł czas na żywe rzeźby. Jedna osoba w parze zamykała oczy i stała wyprostowana, a druga lekko ją dotykała: w głowę, w ramię, w łokieć, w dłoń, w plecy, w tył nogi na wysokości kolana. Po tym sygnale osoba z zamkniętymi oczyma miała wykonać delikatnie wskazany ruch we wskazanym miejscu, po czym powoli wrócić na miejsce. Czyli na przykład, gdy Alina dotknęła mnie w tył głowy, to ja tę głowę przechylałem do przodu, po czym jak na gumce wracałam z tą głową.
    W tym czasie Alicja kazała czasem cicho osobom dotykającym zmieniać rzeźbioną osobę, więc nigdy osoba dotykana nie wiedziała, kto nią steruje.
    I potem przyszedł czas na prawdziwe rzeźby. W parach jedna osoba stała wyprostowana, a druga (przy pomocy nadgarstków, nie dłoni!) ruszała ręce, głowę, nogi, tułów osoby nieruchomej, tak by coś z niej wyrzeźbić. Poruszana osoba miała się sama z własnej woli nie ruszać. Tylko się poddawać naciskowi. W ten sposób można było stworzyć niesamowite żywe rzeźby. Co ciekawe, gdy ja byłem rzeźbiony, gdy stałem chwilami nieruchomo, gdy mój rzeźbiarz się zastanawiał, nie czułem żadnego zmęczenia – czułem się tak, jakbym był z kamienia czy z gumy, i z łatwością potrafiłem zamrzeć w bezruchu w najdziwniejszej nawet pozie.
    Na koniec rzeźbiarstwa Alicja poleciła trzem osobom ustawić się w linii obok siebie, a czwarta osoba rzeźbiła te trzy osoby razem. To był niesamowity widok – takie trzy rzeźby obok siebie w różnych w stosunku do siebie pozach. Do tego czasami Alicja mówiła „stop” - osoba rzeźbiąca miała zamrzeć w bezruchu, i wtedy padało imię, np. „Paula”, i Paula ożywała i zabierała się do rzeźbienia.
    Po rzeźbiarstwie był masaż – Alicja wyznaczyła pary: ja-Baltazar i Paula-Alina.
    Najpierw ja robiłem masaż leżącemu na brzuchu Baltazarowi. Alicja pokazała mi, jak się robi masaż dłońmi, palcami, a nawet łokciami. Głównie był to masaż kręgosłupa. Strasznie się zmachałem, trwało to długo, Alicja bardzo dużo nam dawała wskazówek, ale na koniec Baltazar wstał przeciągając się, i powiedział do Alicji: „Nie wiedziałem, że z Maćka taki dobry masażysta”. Zdziwiłem się, bo Baltazar jest do mnie niezwykle krytycznie nastawiony, i jeszcze za nic mnie do tej pory w życiu nie pochwalił.
    Potem Baltazar mnie masował, czułem się, jakby po mnie walec przejechał. Ale też na koniec Baltazara pochwaliłem. Nieźle sobie radził, mógłby być jednakże nieco bardziej delikatny.
    Po masażu była przerwa, a po przerwie było takie ćwiczenie, że mamy sobie wyobrazić kulkę, i że tę kulkę turlamy po całym naszym ciele przy pomocy dłoni. To mi się podobało, i rzeczywiście tak się w końcu zasugerowałem, że nie dotykając się wcale dłonią czułem tę przesuwającą się kulkę (wielkości piłeczki pingpongowej) po brzuchu, ramionach i nogach.
    Potem robiliśmy asany, czyli takie ćwiczenia z jogi. Siedzieliśmy po turecku albo na piętach, ale mi było bardzo trudno to robić, bo jestem drętwy i drewniany jak Pinokio przed zamienieniem się w prawdziwego człowieka.
    Po tych asanach jeszcze rozmawialiśmy siedząc na tym nieskazitelnie czystym parkiecie w koło, a Baltazara bardzo interesowały czakry, czyli punkty energetyczne na ciele człowieka. Bo Alicja kazała nam wyobrazić sobie, że mamy różne otworki – w plecach, z tyłu szyi, z tyłu głowy, na czubku głowy, i przez te nieistniejące otworki oddychać. To już było poza możliwościami mojej wyobraźni, zresztą nie wierzę w istnienie żadnych czakr ani żadnych otworków w ciele, jeśli ich tam nie ma. Ale Baltazar bardzo szczegółowo Alicję o to wypytywał, bo on wierzy, że przez te czakry mamy kontakt z duchową energią, która jest gdzieś tam we wszechświecie. Sorry, ale dla mnie jest to czysta imaginacja.
    Jak widać, dosyć długie jest to moje opowiadanie, chyba nie mogę być aż tak szczegółowy, bo nigdy tego wpisu nie skończę.
    Zajęcia trwały jakieś cztery godziny, byliśmy trochę spoceni, więc chętnie szybko znalazłem się w domu, gdzie mogłem się odświeżyć. Za dwa dni od tamtej niedzieli, we wtorek, znów się wybrałem już na standardowe zajęcia teatru „Lustra Strona Druga”, co jutro opiszę.
    To było tydzień temu, a dziś znów jest wtorek, i też się tam wieczorem wybieram. Ciekawym, co będzie.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 października 2007

Mocniejsza stymulacja neuronów

    Świat jest potwornie zakłamany. Po pierwsze mamy w głowach pewne konfiguracje neuronów, które zakłamują aktywnie obraz świata przez nas postrzegany; po drugie konfiguracje te wykorzystują naszą mowę do skłaniania nas do powtarzania bzdur, czyli tzw. bdurnych memów, czyli zdań orzekających o czymś. Istnieją memy prawdziwe (na przykład poprawny przepis na ugotowanie jajka na miękko), ale istnieje też mnóstwo memów bzdurnych, na przykład pod postacią bzdurnych przysłów. Chciałbym kilka z nich teraz omówić.
    Cztery bzdurne przysłowia:
1. „To jest cnota na cnotami – trzymać język za zębami.”
2. „Nie mów nikomu, co się dzieje w domu.”
3. „Pytany co słychać, zawsze mów „wszystko co najlepsze”. Przyjaciela ucieszysz, a wroga pognębisz.”
4. „Śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem, a kolację oddaj wrogowi.”
    Dwa pierwsze zniechęcają do dzielenia się informacjami na temat, co się u nas dzieje. Gdyby wszyscy się trzymali tej filozofii, nic o sobie byśmy nie wiedzieli, czyli nic nie moglibyśmy sobie nawzajem doradzić, pocieszyć się, ani w ogóle nie moglibyśmy ze sobą współpracować, bo byśmy z braku informacji się nawzajem bali, patrzyli na siebie podejrzliwie.
    Trzecie jawnie namawia do kłamstwa. Pozornie jest wszystko logiczne, ale po jakiego grzyba sugeruje mi się, że ja mam mieć w ogóle jakichś wrogów? A może ja już nikogo nie uważam za swojego wroga, może mam dość wrogości?
    Czwarte może i daje dobrą receptę na zdrowe odżywianie się, ale znów, pod pozorem logicznej mądrości sugeruje, że posiadanie wrogów jest rzeczą naturalną. Nie mam zamiaru nikogo uważać za wroga, a jeśli na kogoś będę chwilowo zły, to mu i tak nie podsunę złośliwie kolacji, tylko schowam do lodówki, i zaproszę mojego „wroga” na śniadanie.
    Jak widać, meta-przysłowie „Przysłowia mądrością narodów” nie jest zbyt mądre, ale można je sparafrazować: „Przysłowia starannie przemieszaną mądrością i głupotą narodów”.

    Aby wyzdrowieć, muszę odwirusować mój mózg. Od kilku dni uzmysławiam sobie, że najlepszy sposób na odkłamanie swojego umysłu to aktywne opisywanie obserwowanego świata. Obserwowanego w teraźniejszości, jak i ze wspomnień. To odkrycie skłania mnie, by jak najwięcej pisać. Teraz będę pisać coraz więcej. Zobaczyłem tego sens. Nie muszę się na nic silić. Nie muszę zmierzać w żadnym kierunku. Po prostu będę odtwarzać na papierze, co zobaczyłem na własne oczy, albo co wydawało mi się, że zobaczyłem. Będę opisywać wszystko (chyba, że poczuję intymny opór), i będę się wystrzegał przekłamań. To powinno przyspieszyć odkłamanie, odwirusowanie mojego umysłu.
    Aby się stymulować do pisania, będę starał się równomiernie brać w czymś udział, wychodzić ze swojego zamczyska, wychylać nosek ze swojej norki. Będę odwiedzał różne miejsca, będę chciał poznać nowe rzeczy, ale nie będę tego robić zbyt szybko. By nadążyć z opisywaniem swoich wrażeń. To niesamowite, co się widzi, gdy się opisuje spokojnie, w samotności, zaobserwowane przez siebie sceny. Można zobaczyć na spokojnie, co tak naprawdę się wydarzyło, można zrozumieć coś, czego się nie dostrzegło na miejscu, można nawet spojrzeć na wszystko z zewnątrz – i zobaczyć samego siebie!
    Tak, to powinno mocno stymulować mózg, to powinno przyspieszyć pracujące neurony do poszukiwania właściwej ich konfiguracji. Teraz to widzę i czuję – to mnie motywuje.

    Przy okazji mogę coś stworzyć. Mogę napisać opowiadanie, mogę napisać scenki, którymi mogę się bawić w teatr, na przykład w Teatr „Lustra Strona Druga”. Już widzę, że nie muszę niczego wymyślać, by zabawić się w pisarza czy dramaturga. Wystarczy, że w odpowiedniej formie opowiem o czymś, co mi się przytrafiło. Już to samo wydaje się nieprawdopodobnie zabawne. Po co „tworzyć”, wymyślać historie, by kogoś pouczać czy umoralniać? Życie jest najlepszym, najzabawniejszym, najbardziej inteligentnym nauczycielem. Ja chcę się od niego uczyć, a nie je poprawiać wstecz.
    Jednak nie da się opisać wszystkiego. Trzeba dokonać pewnego rodzaju montażu, powybierać to co znaczące, posklejać to w odpowiedniej kolejności, by wyrazić prawdziwą myśl. I tu jest miejsce na twórczą interwencję (ingerencję) człowieka-twórcy.
    Życie jest jak kobieta. Nie wolno mi jej zmieniać. Wolno mi ją ubrać według własnego gustu, wolno mi dotykać jej rąk, nóg, brzucha i głowy, by wymodelować z niej żywą rzeźbę. Potem ostrożnie ją spytam, czy mogłaby na chwilę zastygnąć w bezruchu. A potem pójdę za statyw z przykręconym aparatem, i… cyknę jej zdjęcie.
    A potem to zdjęcie jej pokażę. Może się jej spodoba.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
21 października 2007

Od czego zależy odwaga?

    Maciek (mój imiennik, tyle że on ma tak na pierwsze) uświadomił mi wczoraj w MDK na Oruni (Alicja go zaprosiła, i tylko się przypatrywała zajęciom), że jeszcze długa droga przede mną, jeśli chcę pójść w ślady Moliera. Ćwiczenia, jakie z nami przeprowadził, pokazały mi, jaki jestem drętwy. Fizycznie i psychicznie. Jak kłoda. Ale nastroiły mnie te zajęcia optymistycznie, przynajmniej mogę mieć nadzieję, że na nic jeszcze w moim życiu nie jest za późno. Że wszystko jest możliwe.
    Cały ostatni tydzień był dla mnie piorunujący. Od poprzedniej soboty do wczorajszej. Opiszę to dokładnie w najbliższych dniach, począwszy od drugiego dnia warsztatów z Alicją, czyli od niedzieli sprzed tygodnia.
    Chyba już wiem, po co jest pisarstwo, po co jest aktorstwo, po co są książki, po co jest teatr. Tak naprawdę, po co to jest? Otóż wydaje mi się, że w ten sposób opisujemy świat. Opisać świat – to znaczy – poznać go. Ten kto opisuje wiernie świat – odkłamuje go. Bo świat jest potwornie zakłamany. Można powiedzieć, że korzeniem zła na Ziemi jest... kłamstwo. Kłamstwo, które jeden człowiek przekazuje drugiemu człowiekowi, ale i samookłamywanie się, czyli kłamstwo, które jest wplecione w nasz własny mózg. Czasem na przykład zdaje nam się, że robimy coś dobrze, a tak naprawdę robimy komuś krzywdę. Na przykład jakiejś pani się wydaje, że jeśli nie powie chłopcu o śmierci jego matki, to ona oszczędzi mu cierpień, okłamując go, że matka jednak żyje. A kłamstwo ma krótkie nogi, w końcu chłopiec się dowie o śmierci matki, a ponieważ się łudził, że matka żyje, więc cierpienie będzie tym większe.
    Tak, bardzo często okłamujemy się, że kłamstwo jest często niezbędne, że często jest usprawiedliwione. Właśnie ten pogląd, to jest chyba jedno z największych kłamstw, jakie krążą wśród nas.
    Powstaje pytanie, skąd się wzięła w nas skłonność do kłamania, skoro w interesie ludzi, interesie ogólnie pojętym, jest mówienie prawdy? Nie będę w tej chwili rozwijał tego wątku, powiem tylko, że ma to dużo wspólnego z tak zwanymi wirusami umysłu, które zadomawiają się w naszych mózgach, a o których w przyszłości postaram się szerzej wypowiedzieć.

    Piękna pogoda wyciągnęła mnie dziś o 14-tej z domu, poszedłem do punktu wyborczego oddać mój głos. Żółcie, czerwienie, brązy, zielenie, te wszystkie odcienie ciągle pokrytych liśćmi drzew pięknie się mienią w słonku, które bez żadnych przeszkód oświetla naszą małą, ale piękną planetę. Wieczorem będę z wypiekami na twarzy śledził pierwsze, przybliżone wyniki. Ciekaw jestem, co też dzisiaj wybierzemy. Co też zmalujemy.
    Jutro wybieram się na spotkanie grupy członkowskiej mojej spółdzielni mieszkaniowej, coraz bardziej budzi się we mnie postawa obywatelska. Postawa aktywnego mieszkańca. Kiedyś miałem gdzieś tego typu sprawy. Ale teraz, obecnie uważam, że warto wiedzieć, co się wokół człowieka dzieje, wtedy łatwiej się podejmuje decyzje. Mówi się czasem, że to jest kwestia odwagi – zdolność do podejmowania szybkich decyzji. Gówno prawda. Odwaga to jest tylko skutek, nie przyczyna. Ta zdolność, ta odwaga zależy od rozeznania. Od posiadania wiedzy na dany temat. Wiesz, że coś warto zrobić – masz odwagę. Nie masz pełnej informacji – to i są wątpliwości, więc i odwagi brakuje.
    Moje ciągłe wahanie przy podejmowaniu decyzji, mój strach wynikał z ignorancji, z braku rozeznania. Nie interesowałem się po prostu istotnymi sprawami, które mnie jak najbardziej dotyczyły. Głowa w piasek. Teraz to się zmienia. Nadal nie podejmuję decyzji, gdy czuję wahanie, ale w tym czasie ustalam, czego by tu się dowiedzieć. Czego warto się dowiedzieć. I po jakimś czasie decyzja przychodzi sama.
    Ktoś, kto podejmuje szybkie decyzje bez pełnego, możliwego do zdobycia rozeznania, nie jest odważnym człowiekiem. Jest ryzykantem.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
19 października 2007

Ryba psuje się od głowy

    Wczoraj zapomniałem dodać, że z tego podminowania wziąłem po południu całą tabletkę zolafrenu, zamiast pół tabletki wieczorem. Wieczorem już nic nie wziąłem, ale spałem dobrze (tzn. budząc się co dwie godziny) i dziś czuję się jako tako. Jestem bardziej chaotyczny w środku niż zwykle, ale nie aż tak niespokojny, jak wczoraj.

    Teraz a porpos wyborów. Głosuję od 1989 roku. Chyba tylko raz nie poszedłem na wybory, gdyż było wtedy ze mną naprawdę źle. Ale tego nie pamiętam dokładnie, bo mój kontakt z rzeczywistością był wtedy prawie zerowy. Był to rok 2001 – apogeum mojej urojonej wizji sterowanego przez radio świata.
    Jednak nigdy nie przyszło mi do głowy, że mój głos niewiele znaczy. Że praktycznie nie ma wpływu na wyborczy wynik. Po prostu wyraźnie czuję, że warto głosować.
    Dlaczego warto? Bo ryba psuje się od głowy. Jeśli chcę żyć w fajnym kraju, tym krajem powinni rządzić naprawdę mądrzy ludzie. A nie ludzie zadufani, przekonani o swojej nieomylności, żądni władzy dla niej samej. Powinni rządzić ludzie zrównoważeni, a nie natchnieni, „charyzmatyczni” fanatycy.
    Problem w tym, jak odróżnić natchnionego fanatyka od człowieka zrównoważonego. Zarówno fanatyk, jak i człowiek zrównoważony, mówią o sobie, że są zrównoważeni. Pierwszy więc kłamie, drugi mówi prawdę.
    Oczywiście to nie jest tak, że każdy jest stuprocentowym fanatykiem albo w pełni zrównoważonym człowiekiem. Są też stany pośrednie. Więc trzeba dobrze się przyglądać. Czasem nie ma idealnych ludzi, i trzeba wybrać mniejsze zło.
    Ale nie zawsze tak jest. U mnie w Sopocie mam sprawę w miarę jasną.

    Powodzenia! Trafnego wyboru!

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
18 października 2007

Podminowanie

    Czułem się dzisiaj bardzo podenerwowany, w zasadzie bez przyczyny. Już nie mam natręctw w takim stopniu jak kiedyś, ale czuję się do teraz taki strasznie podminowany. To zabawne – nie ma przyczyny, a coś mnie w środku napędza, tak jakbym coś stracił, ale czuł to tylko podświadomie, nie pamiętając co straciłem.
    Ale ja nic nie straciłem! Coś chyba we mnie, w środku, w moim mózgu, nie jest zadowolone z tego, że ja zaczynam sobie przypominać, co to znaczy fajnie żyć. I jest z tego powodu zazdrosne.
    To taka moja interpretacja, ale czy tak jest w istocie... ? Czas pokaże. Może kiedyś będzie można zeskanować dany mózg, i potwierdzić albo zaprzeczyć moim hipotezom.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
17 października 2007

Bambusowe kije

    Wczoraj poczułem się jak zdrowy, normalny człowiek. Przez chwilę. Nie jak chory na schizofrenię, ale jak zdrowy. Mianowicie chciałem Kamilowi skopać tyłek. Bo mnie wnerwił. Czy widzieliście kiedykolwiek wnerwionego schizofrenika skopującego komuś tyłek?
    Co do słowa "schizofrenik", to uważam, że nie jest ono obraźliwe, i że nie trzeba koniecznie używać sformułowania "chory na schizofrenię". Podobnie mówimy na kogoś krótko "hydraulik" zamiast "zajmujący się hydrauliką". To, że ktoś jest hydraulikiem, nie oznacza, że będzie nim do końca życia. Podobnie ja jestem schizofrenikiem, ale każdego dnia, powolutku, przestaję nim być.
    Kamil jest niewątpliwie neurotykiem. Ja jestem niewątpliwie neurotykiem. Tyle, że ja jestem neurotykiem z większym doświadczeniem, z dłuższym stażem. Wiedziałem, by mu ustąpić. A on, żądny władzy, totalnie zlekceważył moje pomysły, i musiało być tak, jak on chce.
    Problem polega na tym, że ja eksploduję pomysłami, i zawsze mam w głowie bardzo szybko rozbudowany i precyzyjny scenariusz. On tego nie ma. On lubi improwizację, i olał mój scenariusz.
    No cóż, ustąpiłem, i zrobiliśmy w czteroosobowej grupie tak, jak on chce. Niestety – nie wyszło najgorzej. Nasza grupa zaprezentowała scenkę z czterema rurami z dykty, każdy miał swoją półtorametrową rurę, i odegraliśmy wielki parostatek, który rozbija się na morzu, po czym zamienia się on w tratwę, która to tratwa zamieniła się w szałas, a my w tym szałasie zamieszkaliśmy.
    To było wczoraj na moich pierwszych zajęciach z Teatrem „Lustra strona druga”. Jutro zajęć nie ma, ale w sobotę są, i mamy przygotować 6-cio minutowy występ indywidualny zainspirowany fragmentem „Burzy” Szekspira. Fajnie, przygotuję coś z Baltazarem. Nareszcie zaczyna się coś dziać.
    A teraz o pierwszych, sobotnich zajęciach sprzed czterech dni.
    Usiedliśmy po turecku w kole na podłodze. Po kolei: Alicja, po jej lewej Kuba, Agnieszka, Paula, Kamil, Baltazar, Alina i ja. Czyli ja miałem po lewej Alicję, a po prawej Alinę. Potem tak: klepiemy kolana, klaszczemy i podnosimy kciuki do góry. Takie trzy ruchy. I Alicja mówi: „Alicja – do – Kuby”. Wtedy Kuba mówi: „Kuba – do – Baltazara”, wtedy Baltazar: „Baltazar – do – Agnieszki”, i tak dalej. Nie jest to łatwe, gdy się nie zna imion świeżo poznanych osób. Trzeba to zsynchronizować z ruchem: kolana, klask dłońmi i kciuki. Ale świetne ćwiczenie, by zapamiętać imiona i się do siebie przyzwyczaić.
    Potem na przemian stukaliśmy dłońmi w kolana i dotykaliśmy różnych części ciała: czubek głowy, prawe ucho, lewe ucho, nos, ramiona, łokcie, i koniec. I trzeba było sylaba po sylabie zsynchronizować to z wierszykiem:
        Pewnego razu babcię straszył duch,
        Ale babcia była głucha,
        Więc choć duch starał się za dwóch,
        Nic babcia nie bała się ducha.
    Robiliśmy to indywidualnie, jeden się produkował, reszta się patrzyła i... się śmiała, bo było pełno błędów.
    Potem było ćwiczenie dykcyjne. Wstaliśmy, i próbowaliśmy szybko wyrecytować:
        Kto to tutaj tak tupie?
        To tata tutaj tak tupie.
        Tak tupać po szalupie,
        Toć to głupie!
    Potem trzeba było tak dygać i pstrykać palcami i śpiewnie recytować:
        Bo to jest jazz, jazz, jazz...,
ale dalej nie pamiętam, bo było to bardzo długie i skomplikowane, nikt tego nie potrafił za Alicją powtórzyć. Ale Alicja wyglądała komicznie, gdy to przed nami odegrała. Ośmioletni Kuba najbardziej się uparł i próbował to zrobić, ale też mu się nie udało. Nawiasem mówiąc nigdy nie spotkałem tak rozgarniętego dzieciaka w tym wieku. O czym do końca przekonałem się wczoraj, bo sobie z nim pogadałem. Chyba się polubiliśmy.
    Po tej rozgrzewce każdy wziął jednego kija bambusowego. Takiego 2-metrowego. Najpierw każdy miał chodzić z tym kijem i wywijać nim tak, jak podpowiadała wyobraźnia, wszyscy jednocześnie. Potem mieliśmy zastygać w miejscu w wybranej pozie z tym kijem, i zrobić pięć takich „zdjęć”. Trzeba było przygotować taki pięcio-zdjęciowy film. Płynne ruchy i... zastygamy na trzy sekundy. Po wytrenowaniu indywidualnym wchodziliśmy po kolei na scenę i staraliśmy się to połączyć w coraz większej grupie. Gdy już wszyscy byli na scenie i się zsynchronizowaliśmy, to efekt końcowy tej pracy mogła podziwiać tylko Alicja, która jako jedyna została na parkiecie.
    Fajne wyszły historyjki z tych połączeń: na przykład Alina zastygła w pozycji wędkarza łowiącego ryby, a Baltazar zamarł w bezruchu z kijem wyciągniętym do góry, jakby chciał ją trzepnąć w głowę. Czysty przypadek.
    Potem wróciliśmy na parkiet i zastygaliśmy w różnych pozach, i tylko jedna osoba biegała wymachując kijem, aż kogoś dotknęła lekko, i ona zastygała, a dotknięty ruszał dalej.
    Potem w parach dotykaliśmy się kijami i robiliśmy różne akrobacje i wygibasy tak, by się kije nie oderwały od siebie.
    Następnie Alicja poleciła nam, by wziąć sobie jeszcze drugi kij, i każdy wymachiwał i biegał już z dwoma kijami. Nie było to łatwe, ale byłem zdziwiony, jak się stopniowo rozluźniałem, i jak całkiem zręcznie sobie z tymi kijami dawałem radę. Całe moje długoletnie odrętwienie ze mnie spłynęło, cała ta sztywność.
    Wszystko to działo się przy jakiejś indyjskiej muzyce, lub przy takich przeciągłych, wolnych zawodzeniach a la Tom Waits. To chyba Alicji ulubione klimaty, potem opowiadała, jak była w Tybecie, i że w ogóle uprawia medytacje. Jeśli chodzi o medytacje, to ja byłbym ostrożny, za bardzo mi się to kojarzy z modlitwą, czyli wyobrażaniem sobie kontaktu z kimś lub czymś, kogo się nie widzi, i nie ma się pewności, czy to coś istnieje.
    Ale w czasie zajęć ta muzyka mi nie przeszkadzała, bardzo pasowała do tego, co żeśmy z tymi kijami wyczyniali. Można powiedzieć nawet, że się wczułem w klimat.
    Na koniec były bramy. Trzeba było wymyślić trzy bramy w tańcu z dwoma kijami, odtworzyć przechodzenie przez trzy, kolejne bramy. Ja poczułem się jak afrykański wojownik, który idzie przez dżunglę i napotyka na trzy tajemnicze przejścia, które nie chcą się od razu otworzyć. Swoje pomysły indywidualnie, po kolei pokazywaliśmy. Alicja nas bardzo za to pochwaliła.
    Gdy sobie spoceni usiedliśmy, by odpocząć i się powoli przebierać, pogadaliśmy na temat swoich poglądów na teatr. Alicja zgodziła się ze mną, że też nie lubi, jak sztuka ma tylko epatować widza zaskoczeniem, obrzydliwościami i zgrozą, a nie daje nic konkretnego do poważnych refleksji.
    Umówiliśmy się wszyscy na niedzielę następnego dnia. A następnego dnia miały być zajęcia na sali baletowej – z lustrami i drążkami.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
16 października 2007

Warsztaty teatralne

    O godzinie 11.27 z Wrzeszcza jedzie specjalna kolejka aż do Tczewa, więc można minąć Gdańsk Główny i znaleźć się aż w Gdańsku Oruni. Jest to dzielnica, która niegdyś cieszyła się sławą tak zwanego zadupia, ale ogłoszenie o warsztatach teatralnych zrobiło na mnie wrażenie, i zdecydowałem się tam pojechać wziąwszy ze sobą dla towarzystwa ciągle mrukliwego w stosunku do mnie Baltazara. To, że się zgodził, uważam za swój osobisty sukces.
    Tuż przed dwunastą wysiedliśmy na małej stacyjce i rozpoczęliśmy poszukiwania Miejskiego Domu Kultury. Trochę pobłądziliśmy, zrobiliśmy wielkie koło, a okazało się, że Dom Kultury jest tuż przy stacyjce, tylko z drugiej strony peronu trzeba wyjść. Ale z nas ciamajdy!
    Na Oruni jest dużo starych, nie otynkowanych, ceglanych budynków. Więc elegancki Dom Kultury bardzo się odróżnia od okolicznej zabudowy tej odległej dzielnicy. Weszliśmy do niego z ciekawością.
    W środku pełna kultura – miły pan w recepcji w mundurku, miły ochroniarz, czyste ściany, tablice informacyjne, automaty z colą, kawą, herbatą i czekoladą. Spytałem pana recepcjonistę o zajęcia z panią Mojko, i wskazał mi wielkie drzwi. Baltazar spytał o toaletę i tam poszedł, ja natomiast podekscytowany wszedłem do wielkiej auli.
    Aula zrobiła na mnie wrażenie. Jest duża, nie było pośrodku krzeseł, na drugim końcu jest podniesiona wielka drewniana scena, a na niej po lewej czarny fortepian. Rozglądałem się po niej z natychmiastową wizją: „O! Tutaj kiedyś wystawię swoją sztukę”. Jestem bardzo sprawny w tworzeniu ambitnych wizji, jestem taki „wizjoner szybki Bill”, tylko niewiele z tych moich wizji w moim życiu do tej pory się zmaterializowało.
    Ale uważam, że lepsze wizje bez realizacji, niż w ogóle nie mieć żadnych wizji. Dla ludzi mniej przebojowych natura wymyśliła świat wyobraźni, i dobrze zrobiła, bo przynajmniej człowiek mniej przebojowy się nie nudzi we własnym towarzystwie.
    Po chwili zauważyłem, że pod oknem z prawej strony siedzą trzy panie przy stole, które zachęcająco do mnie skinęły. Podszedłem do nich: była to pani Alicja Mojko i dwie dziewczyny, które też przyszły na zajęcia. Pani Alicja, która natychmiast zakazała do siebie mówić „pani”, poprosiła mnie, bym się przedstawił. Opowiedziałem więc o tym, że kiedyś pracowałem jako matematyk, potem zachorowałem na ciężką depresję (tylko depresję!), a teraz z tego wychodzę, a ponieważ bardzo mnie teatr pociąga, więc przyszedłem. Dodałem też, że ostatnio odkryłem, że lepiej nic nie tworzyć samemu, niech wszystko wymyśla się samo, i opowiedziałem, jak kiedyś byłem w liceum klasowym błaznem, strasznie moją klasę rozśmieszały moje komentarze na lekcjach, więc stwierdziłem, że w przyszłości zostanę komikiem. I zacząłem wtedy wymyślać żarty na siłę, co spowodowało, że przestałem być zabawny. Więc porzuciłem zamiar zostania komikiem, i znowu byłem zabawny. Więc znowu zapragnąłem być komikiem, i znowu przestałem być zabawny. I tak w kółko – raz chciałem być komikiem, a raz rozczarowany rezygnowałem. Więc w końcu zrozumiałem, że zostanę komikiem, tylko nie wolno mi tego postanawiać.
    Alicja skomentowała, że mnie rozumie, że to jest najfajniejsze w teatrze, że wystarczy razem popracować na scenie, a najfajniejsze historie same się tworzą. Coś w tym jest.
    Za chwilę dołączył do nas Baltazar, który się przedstawił, że skończył filologię klasyczną, a obecnie nie pracuje, tylko się rozgląda i poszukuje. Przyszedł na te zajęcia, bo był ostatnio dwa razy w teatrze i trochę to go zainteresowało.
    Co do jednej dziewczyny, Aliny, to się dowiedziałem, że studiuje teatrologię na UG, i też kiedyś działała w Wybrzeżaku, a druga, Paula, nic na razie o sobie nie powiedziała.
    Alicja opowiedziała, że jej zajęcia będą dotyczyć głównie ruchu, tańca, pracy z własnym ciałem, a dzisiaj będziemy też pracować z kijami bambusowymi. Trochę się tym rozczarowałem, bo ja chcę pisać i grać realistyczne, mówione role, a taniec to ostatnia rzecz, jaką potrafię robić (to znaczy – nie potrafię!), ale potem co się działo, co opiszę, miło mnie rozczarowało. Wszystko, co było potem, na pewno mi się w przyszłości przyda. Tak myślę.
    Zajęcia w tę sobotę i niedzielę będą jednorazowo płatne (40 zł za dwa dni), a potem możemy sobie przychodzić na zajęcia Teatru Alicji „Lustra strona druga”, które się odbywają we wtorki, czwartki i soboty od godz. 20.00 do 22.00, w tym samym Domu Kultury.
    Okey, przyszedł jeszcze Kamil ze swoim 8-letnim synkiem Kubą, przyszła też jeszcze jedna dziewczyna, Agnieszka, i zaczęliśmy zajęcia. Alicja się martwiła, że nie mamy sportowych strojów, ale ją uspokoiłem, że nam wszystko jedno, możemy się pobrudzić i w tym, co na sobie mamy, nic nam to nie szkodzi.
    Wszyscy ściągnęli buty, oprócz mnie, bo szkoda mi było moich nowych skarpetek. Akurat miałem na sobie jedyne moje skarpetki, na których mi bardzo zależy.
    Więc opiszę główne ćwiczenia, których uczyła nas Alicja. Ale zrobię to dopiero jutro, bo właśnie do czytelni wszedł chłopak, który mnie zaraz wygryzie, bo już za długo siedzę przy komputerze.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
15 października 2007

Syndrom złośliwej nieśmiałości – część druga

    Pamiętam, jak dwa lata temu próbowałem nawiązać kontakt z pewną dziewczyną (dwa lata temu ledwo moja świadomość zaczynała kontaktować), a akurat przyjechał ze Stanów po 15-tu latach niewidzenia się Tolek, mój najlepszy kumpel z podstawówki, i zwierzyłem mu się, że jestem przerażony zbliżającym się terminem spotkania z ową dziewczyną. „O czym ja z nią będę gadał?” – pytałem Tolka, a Tolek zrobił minę mistrza uwodzenia dam, i rzekł spokojnym, głębokim tonem: „Maćku, cała sztuka polega na słuchaniu. Kobietom nie zależy, byś ty mówił. One chcą mówić. One chcą się wyżalić. Ty masz tylko słuchać, masz pozwolić im mówić. Ta dziewczyna będzie zachwycona, jeśli ty będziesz tylko mówił „aha, rozumiem, no popatrz, coś takiego, nie do wiary”, a ona będzie trajkotać o butach lub wypłakiwać swoje problemy”.
    Jakoś nie uwierzyłem Tolkowi, i taki mnie strach opanował, że doprowadziłem do tego, że do spotkania nie doszło. Jakoś nie uwierzyłem, że dziewczynie wystarczy, że ona będzie się produkować, a ja będę tylko pomrukiwał.
    Gdy miałem z Tolkiem po 12 lat, Tolek też mnie pouczał, jak przeprowadzić taktycznie randkę po kinie. Gdy mu powiedziałem wtedy tak samo, że nie wiem o czym gadać, kazał mi na kartce zapisać sobie tematy, schować kartkę w lewej dłoni i dyskretnie na nią spoglądać, gdy zapadnie krępująca cisza. W ten sposób tematów miało nie zabraknąć, ale to i tak nic nie dawało, bo z niewiadomych przyczyn trzęsłem się przed dziewczyną bardziej niż przy odpowiedzi na lekcji historii.
    Również za sprawą Hilarego byłem po brzegi wypełniony kompleksami, które podwójnie sznurowały mi usta. Mianowicie Hilary zawsze posiadał niezwykłą łatwość nawiązywania kontaktów z obcymi, co obserwowałem z zazdrością, gdy jechałem z nim pociągiem. Zajmowany przez nas przedział zawszy wypełniał radosny głos Hilarego, który po mistrzowsku prowadził rozmowę. Pamiętam, że wszystkie zagadywane przez niego osoby były zachwycone moim tatą.
    Jednak miałem za złe mojemu tacie to, że nic w takich chwilach jego zahukany syn go nie obchodził. W ogóle nie zwracał na mnie uwagi i nie przejmował się, że ja tylko słucham, a nic nie mówię. Że w ogóle się nie odzywam. Nigdy go to nie zaniepokoiło, nie próbował o tym ze mną rozmawiać, podzielić się ze mną swoimi tajnikami, arkanami sztuki prowadzenia rozmowy.
    Wracając jeszcze do rad Tolka, to nawet zakładając, że dziewczyna zaakceptowałaby takiego nieśmiałka-niemowę, który oferowałby jej tylko życzliwe wysłuchiwania, to ja i tak nie mógłbym skorzystać z tej rady, bo co jak co, ale słuchać to ja nigdy nie potrafiłem. Pamiętam, jak na wykładzie z geometrii algebraicznej u znanego profesora matematyki Andrzeja Białynickiego-Biruli (jego brat Iwo jest znanym fizykiem) postanowiłem mu sprawić przyjemność i bez przerwy kiwałem głową (jak taki piesek z tyłu samochodu) z bardzo mądrym wyrazem twarzy (moje zdolności aktorskie umożliwiają mi stworzenie nieprawdopodobnie mądrego wyrazu twarzy), ale jednocześnie myślałem o niebieskich migdałach i w ząb nie rozumiałem wykładu. Profesor Andrzej B-B zaczął się do mnie zwracać: „A teraz pan Piotr (na pierwsze mam Piotr) nam powie, czy wszystko jasne i czy mogę jechać dalej”. Zaczął mnie traktować jako wyrocznię, czy wszystko jest w porządku na tablicy i czy uznaję, że możemy kontynuować. Więc ja, nic nie rozumiejąc, czasami mówiłem: „Wszystko jasne, panie profesorze, jedźmy dalej”, ale czasem dla niepoznaki mówiłem też na przykład: „Tam w prawym rogu tablicy jest wzór, którego nie rozumiem. Z czego on wynika?” Więc Profesor kontynuował lub się zatrzymywał na wyjaśnieniach, i był święcie przekonany, że jestem najpilniej uważającym studentem, bo inni się nie odzywali w ogóle i siedzieli jak trusie.
    I tak było do egzaminu. Profesor chyba mnie bardzo polubił za moją aktywność na jego ukochanym przedmiocie. Tym większe było jego rozczarowanie, gdy mnie przepytywał na egzaminie: okazało się, że niczego z wykładu tak naprawdę nie rozumiem, i wyszło na jaw całe to moje udawactwo. Gdy wychodziłem z tróją w indeksie z jego gabinetu, odwróciłem głowę, i zobaczyłem, że Profesor patrzy na mnie z mieszaniną zdumienia i obrzydzenia.
    Od tej pory mówię zawsze do moich rozmówców: „czy mógłbyś powtórzyć, troszkę się zamyśliłem”. Bywa, że i 10 razy tak rozmowę przerywam. Wtedy to już zależy od indywidualnej jednostki, czy zrozumie mnie i powtórzy, czy się obrazi mówiąc: „nie będę dziesięć razy powtarzać” – i po rozmowie.
 
    Za oknem słońce i czyściutkie niebo. No, może parę rzadkich chmurek. Niby jesień, a ja się czuję, jakby była wiosna.
    Ciekawe, jak się będę czuł na wiosnę.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
13 października 2007

Syndrom złośliwej nieśmiałości

(Tekst pisany wczoraj w piątek)
    Wczoraj wieczorem poczułem się u siebie bardzo samotnie. Hilary wyjechał do sanatorium, a Józefina zaczęła się do mnie odnosić po jego wyjeździe jakoś tak bardziej oficjalnie, że mam mniejszą ochotę u nich siedzieć (może o to jej chodziło?), i niejako czuję się zmuszony do przebywania w swoim mieszkaniu, gdzie jestem kompletnie sam, nie licząc kilku pająków, które bez zameldowania za moją zgodą pomieszkują.
    Zadzwoniłem do Gotfryda o 22-giej, bo dawno się z nim nie widziałem, a potem do Penelopy, by jakoś rozproszyć to okropne poczucie samotności.
    Zygfryd i Penelopa jadą jutro do Warszawy, by powitać Kleofasa i jego dziewczynę. Wezmą też udział w hucznych imieninach mojej ciotki, na których się zjawi cała jej rodzina, z dwiema jej córkami, a moimi kuzynkami, z ich mężami, dziećmi i wnukami (czyli prawnukami ciotki). Bardzo ich tam dużo, i w tej wczorajszej samotności strasznie mnie kusiło, by też się zabrać do Warszawy z tej okazji, ale w końcu stwierdziłem, że z kolei taka ilość ludzi to dla mnie teraz byłaby przesada w drugą stronę, i zdecydowałem, że jednak zostanę w moim poczciwym Trójmieście.
    Bardzo mnie ciągnie do ludzi, i to jest bardzo bolesne, bo nie mam łatwości nawiązywania nowych kontaktów. Nie mogę sobie więc wybrać łatwo swojej dziedziny działalności, bo boję się eksplorować nowe środowiska.
    Mechanizm jest taki: gdy mam kogoś poznać, opanowuje mnie, właśnie wtedy – jak na złość, chorobliwa nieśmiałość. Mam pustkę w głowie, i nie mam nic do powiedzenia. Trudno zatem się nawzajem poznać, gdy się nic nie mówi.
C.d.n.

Z ostatniej chwili (dziś jest sobota):
    Wczoraj przeczytałem w „Co jest grane”, że dziś i jutro w Gdańsku Oruni odbędą się warsztaty teatralne z panią Alicją Mojko. Od 12-tej do 17-tej w Miejskim Ośrodku Kultury przy ulicy Dworcowej 9. Pojechaliśmy tam więc z Baltazarem, i Baltazar jest bardzo zadowolony, że, ciężko bo ciężko, ale w końcu dał się namówić.
    Ja sam nie musiałem się namawiać zbyt długo, posłuchałem swojej rady, by się na te warsztaty wybrać, i powiedzieć zadowolony – to mało powiedziane. Jestem zachwycony.
    Ale opowiem o tym wszystko, gdy skończę temat syndromu złośliwej nieśmiałości, który chyba powoli rozpływa się w powietrzu. Ale trochę jeszcze się z nim pomęczę. To nie ulega wątpliwości.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
11 października 2007

Punk not dead – część druga

    Natomiast to, co zaczęło się dziać na środku sali, przechodzi wszelkie pojęcie. Czy ktokolwiek widział prawdziwy punkowy taniec??? Ta grupa chłopaków ubranych jak na satanistyczny wiec zaczęła swój taniec, a polegało to na tym, że każdy z nich energicznie przebijał się przez grupę rozpychając się łokciami, popychając, rozpychając, uderzając barkiem, i do tego podskakując w rytm muzyki. Zrobiło się jedno wielkie kłębowisko czarnych ciał, gdzie co jakiś czas ktoś upadał, i reszta szybko i troskliwie go podnosiła. Wyglądało to strasznie brutalnie, a jednocześnie byli dla siebie bardzo czuli. Można powiedziać, że czule się okładali i potrącali z energią i szybkością Bruce’a Lee w „Wejściu smoka”.
    Tymczasem wokalista i chyba lider grupy zapowiedział utwór „wulgarny”. Ostrzegł niejako publiczność, żeby się nie przejmowała.
    A słowa tego kawałka były następujące:
„Psy na ulicy, psy na ulicy, psy na ulicy. Psy, psy, psy!!!
Psy na ulicy, psy na ulicy, psy na ulicy. Psy, psy, psy!!!” I tak kilka razy.
    Refren natomiast był taki:
„Ram tam ta ram, ja spierdalam, ram tam ta ram, ja spierdalam, ram tam ta ram, ja spierdalam, ram tam ta ram, ja spierdalam.” I tak z osiem razy.
    A potem znowu była zwrotka o tych psach na ulicy, i znowu refren.
    I tu znów pokusiłem się o analizę literacką tekstu. Otóż tekst ten skojarzył mi się z moimi urojeniami, gdy wydawało mi się, że na ulicy strasznie dużo ludzi chodzi z psami na smyczy. Brałem to wtedy do siebie. Wydawało mi się, że „Siła” daje mi do zrozumienia, że ja jestem takim psem na smyczy, który ona prowadzi, i że mam się jej jak pies słuchać. W tym wewnętrznym przekazie była jednocześnie wyrażona w stosunku do mnie przemoc, agresja, pogarda i groźba. I poniżenie.
    Może więc autor też miał podobne wizje na ulicy, gdy widział psy na smyczy, i stwierdził, że musi uciekać, co wyraził w refrenie.
    Przed innym kawałkiem w zapowiedzi padło słowo „Beatles”, co mnie zamurowało, ale rzeczywiście, w gąszczu dźwięków, które za chwilę mnie zaatakowały, z trudem wyodrębniłem linię melodyczną pewnej wesołej piosenki Beatlesów, chyba zawierającej frazę, o ile pamiętam, „little girl”, ale raczej nie był to tytuł tej piosenki.
    Mimo, że nie były to utwory zbyt skomplikowane w warstwie muzycznej i słownej (zresztą w innych utworach słowa były prawie niezrozumiałe), bawiłem się przednio, a nawet chciało mi się śmiać, takie mi się to wydawało sympatyczne.
    Gruby chłopak nachylił się nagle do mnie i spytał „Może mi pan teraz popilnować miejsca?” Oczywiście, że mogłem. Oczywiście, że PAN może popilnować miejsca. Gruby chłopak i chuda dziewczyna oddalili się w kierunku baru, a ja zostałem sam na kanapie, której musiałem bronić jak lew, dopóki nie wrócili.
    Tymczasem chłopcy pośrodku szaleli, siedzący na kanapach podrygiwali, i wtedy pojawiła się drobna ładna dziewczyna, która w rogu zaczęła sama delikatnie tańczyć, lekko ruszając biodrami i kręcąc rytmicznie stopami, raz jedną, raz drugą. „Zniszczą ją” – pomyślałem o chmurze rozbijających się o siebie kolesi, którym teraz towarzyszyły w tej bitwie co odważniejsze dziewczyny przy kości. Ale nie. Cała ta banda biła się w środku, ale bardzo uważała na widzów siedzących i stojących (mi na buty nadepnęli tylko dwa razy), i na tę Księżniczkę, jak nazwałem drobną dziewczynę tańczącą samotnie, której nic do końca się nie stało.
    Po „Born in the PRL” wystąpiła grupa „Plebania”, która przyjechała z Helu, i ciekawie grała, też ostry punk, ale ich perkusista interesuje się podobno kulturą Indian i wprowadził do brzmienia grupy indiańskie elementy: zawodził do mikrofonu typowe indiańskie „ijooojijooo”, do tego była basówka, nie było żadnej gitary, był za to wokalista, który śpiewał po „indiańsku”, tzn. wydawało się, że śpiewa w jakimś narzeczu, powiedzmy Apaczów, ale chyba tylko tak markował, bo wątpię, by nauczył się prawdziwego języka indiańskiego.
    Niestety koło mnie, gdzie siedziałem, zaczęła tańczyć jakaś dziewczyna z piwem w ręku, albo nierozgarnięta, albo mnie prowokowała, bo to piwo trzymała wprost nad moją głową, i wiedziałem, że to kwestia czasu, aż zostanie potrącona przez kogoś z „bandy”, i żółte piwo wyleje się na moją beżową kurtkę. Nie zdobyłem się na uprzejmą uwagę w stosunku do tej dziewczyny, miała w swojej twarzy coś zaczepialskiego, być może gdybym ją poprosił o odsunięcie się z piwem nieco, zawartość kubka wylądowałaby na mnie całkiem świadomie.
    Wstałem więc z kanapy i poszedłem sobie na tyły stojących słuchaczy, by jeszcze chwilkę posłuchać „Plebanii”, po czym mocno już ogłuszony i zmęczony opuściłem ten tętniący decybelami lokal, nucąc sobie pod nosem refren wspomnianej wyżej piosenki o psach.
    Wracając do domu zastanawiałem się, co oznacza dla tych ludzi ten brutalno-delikatny taniec, którego byłem świadkiem. Doszedłem do wniosku, że jest to dla nich, być może podświadomie, symbol życia w brutalnym świecie, w jakim przyszło im żyć. Chcą więc to odtworzyć w swoim klubie, tyle że w klubie wiedzą, że nie mają się czego bać, że są wśród swoich, że sobie nawzajem krzywdy nie zrobią. Że tylko udają agresję.
    Myślę, że w ten sposób pozbywają się prawdziwej agresji, która w nich, w zakamarkach ich głów, gdzieś tam się kotłuje.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
10 października 2007

Punk not dead – część pierwsza

    W dodatku do Gazety Wyborczej „Co jest grane” w jednym miejscu napisali, że klub Anawa jest w Gdańsku, a w drugim miejscu napisali, że w Gdyni. W każdym razie na ulicy Warszawskiej 5. Wklepałem więc w google „Anawa klub”, i wyszło, że w Gdyni. Fajne są te google. A tak kiedyś się tego bałem.
    Więc w sobotę o osiemnastej wszedłem do kolejki i pojechałem do Gdyni. Ciekaw byłem, co to za klub, i czy ubrałem się odpowiednio. A ubrałem się na jasno-beżowo.
    Cóż, nie ubrałem się odpowiednio. Barczysty chłopak pełniący funkcję bramkarza był bardzo groźny, a do tego był ubrany zupełnie na czarno. Więc na mnie, beżowego, spoglądał dosyć podejrzliwie. Do tego zażądał ode mnie 8 złotych na wypadek, gdybym chciał wejść. Dałem mu więc 8 złotych i bardzo niepewnie wszedłem do środka, bo już przez jego ramię widziałem, że ten lokal jest jakiś złowrogi, czerwono-czarny, i ściany ma odrapane. A przy barze zaraz przy wejściu siedziały osoby tak mniej więcej dwa razy młodsze ode mnie, i wcale nie ubrane na beżowo, ale na czarno i na czerwono. No, bardzo się bałem.
    Minąłem więc bar i zobaczyłem salkę tak mniej więcej 6 metrów na dziesięć. Pod trzema ścianami ustawione obok siebie były miękkie kanapy trzyosobowe, a pod czwartą ścianą stała perkusja, dwie gitary i mikrofon na statywie. Wszystkie kanapy były zajęte przez ludzi wieku około 20 lat, ubranych jak w Jarocinie czy Przystanku Woodstock, bardzo zajętych rozmawianiem, popijaniem piwa, a co poniektórzy paleniem papierosów. Obok pewnej pary (gruby chłopak z chudą dziewczyną) było jedyne miejsce wolne, więc usiadłem rozglądając się z przestrachem. Nikt jednak na mnie nie zwrócił najmniejszej uwagi, albo tak udawali. To było dla mnie dziwne, bo jednak mam czterdzieści dwa lata, i na dwadzieścia już nie wyglądam.
    Małe, dyskretne, różnokolorowe światełka mrugały dosyć jaskrawo przesuwając się po sali. Wyjąłem z lewej kieszeni pomarańczowy soczek i dyskretnie zacząłem go popijać czekając, co będzie dalej.
    Minęła 19-ta, ciągle jednak na koncert się nie zapowiadało. Ja wypiłem swój soczek, odstawiłem butelkę za kanapę, i zachciało mi się do toalety. A tu parę stojących osób doszło. Zastanawiam się, czy zwrócić się do grubego chłopaka per ty, czy per pan. W końcu wybrałem per ty: „Mógłbyś mi przypilnować tego miejsca?”. „Nie ma sprawy” – odburknął, i znów wrócił do rozmowy z chudą dziewczyną. Wstałem i udałem się do toalety, która ku mojemu zdumieniu okazała się całkiem przyzwoita.
    Gdy wróciłem, jakaś dziewczyna się do nich dosiadła na moim miejscu, ale szybko wstała, gdy para jej zwróciła na mnie uwagę. Usiadłem wygodnie i poczułem się znacznie pewniej.
    Jakiś chłopak wziął ze statywu mikrofon i zaczął do niego wyliczankę: „Raz, dwa, jeden – hej, ha! – raz, dwa, jeden – hej, ha!, hej! – jeden, raz, dwa, hej, ha, ha!” – i tak w kółko. Ktoś chyba w kącie, ale go nie widziałem, majstrował przy wzmacniaczach. Ja w tym czasie obserwowałem wszystko dookoła, i zauważyłem na ścianie naprzeciwko mnie napis: „Anawa, Anawa, teatr to dziwny, teatr jedyny” – słowa z piosenki Marka Grechuty. Nad napisem była podświetlona reklama „Campari Vodka”, na której widniał czerwony napis u dołu: „Are you strong enough?” To pytanie dało mi do myślenia, nie znałem jeszcze na nie odpowiedzi.
    Dopiero o 19.45 zaczęło się coś dziać. Na środku sali powoli zbierała się grupka chłopaków ubrana w spodnie moro w plamy a la niemieckie czołgi, czarne koszulki z wielkimi białymi trupimi czachami i innymi demonami z przodu i z tyłu, a na nogach większość miała glany (tak się chyba nazywają takie ciężkie sznurowane czarne wysokie buty). Stroje mieli przerażające, tatuaże na rękach też mnie nie uspokajały, ale buzie mieli takie łagodne, i sposób rozmawiania ze sobą taki przyjazny, że trochę zacząłem w środku pękać ze śmiechu. Oczywiście na zewnątrz miałem przepisowy, surowy, punkowy wyraz twarzy.
    Przy perkusji pojawiła się krótko ostrzyżona dziewczyna, bardzo drobna, która wyglądała prawie jak chłopak z ładną buzią – tak była ubrana i taką miała figurę. Wzięła do rąk gitarę elektryczną, założyła na siebie pas od gitary. Rąbnęła w struny – myślałem, że ogłuchnę. „Trą, drą, drą, drą, wzgzghyzrrr, trą, drą, trą, drą, wzgrzzzyysrr” – zmieniała proste akordy i tak waliła, że się rozejrzałem – nikt na ten hałas nie zwrócił najmniejszej uwagi.
    Potem przyszedł chłopak i wziął drugą gitarę, i dał podobnego czadu. Czadowali teraz razem, a ja się zastanawiałem, jaki będzie dalszy los moich bębenków. Tymczasem przyszedł perkusista, i zaczął naparzać (ten termin wydaje mi się najodpowiedniejszy) w swoje bębenki, czyli perkusję. Tu przypomniałem sobie, jak byłem kiedyś pierwszy raz w życiu na koncercie Republiki, i nie mogłem po nim spać.
    Dorzućmy do tego basistę, który za chwilę się zjawił i też dał czadu, a po nim przyszedł wokalista, który uciszył swoją bandę, i oznajmił, że nazywają się „Born in the PRL” i będą supportować zespół z Helu „Plebania”, który zagra po nich. Wtedy zauważyłem za perkusistą wielką płachtę z namalowanym napisem „Plebania” i tańczącym Indianinem, a dookoła tego rysunku powtarzał się w koło napis www.plebania.org.pl. Jednak nie zajrzałem na tę stronę do tej pory.
    Wokalista „Urodzonych w PRL-u” zapowiedział utwór „Żagiel”, i się zaczęło. Tak ostrej muzyki do tej pory nie słyszałem. Po prostu łomot i łoskot. Kilka prostych sfuzowanych akordów bardzo rytmicznie uderzanych. Oto punkowa muzyka. A słowa tej pieśni były następujące:
    „Możesz być żaglem” – drwfu, drwfu, drwfu – „możesz być wiatrem” – dą, dą, dą - „możesz być żaglem” – drwfu, drwfu, drwfu – „możesz być wiatrem” – dą, dą, dą - „możesz być żaglem” – drwfu, drwfu, drwfu – „możesz być wiatrem” – dą, dą, dą - „możesz być żaglem” – drwfu, drwfu, drwfu – „możesz być wiatrem” – dą, dą, dą”. I tak dalej.
    W myślach dokonałem pobieżnej analizy literackiej tekstu. Otóż wydaje mi się, że autor chciał powiedzieć, że jeśli chce się dokądś dotrzeć, coś osiągnąć (alegoria żeglarskiego rejsu), można się do tego przyczynić na wiele sposobów. Można na przykład dostarczać energii, ale można też tę energię absorbować, kumulować i wykorzystywać w konkretnym celu. Sądzę, że autor miał na myśli pracę zespołową.
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
9 października 2007

Tusk terapeuta

    Dziś rano obudziłem się z ciężarem na sercu. I ciężar ten z godziny na godzinę robił się coraz większy. Próbowałem go zrzucić, rozwiać te ponuractwa, ale moje wysiłki były na nic. Czym bardziej chciałem się pozbyć tego dołowania, tym bardziej mnie ono dominowało.
    Oglądałem więc TVN24. Donald Tusk trochę mi pomógł. Zawsze go umiarkowanie lubiłem, ale dziś mi zaimponował. Powiedział, że każda z form debat mu odpowiada, czy to na stojąco, czy na siedząco, czy będzie 10 pytań, czy pięćdziesiąt, byleby tylko panowie Kwaśniewski i Kaczyński chcieli stanąć do tej debaty. A ci strasznie marudzą, mam wrażenie, że za bardzo im na tych debatach nie zależy. Ostatecznie Kaczyński podobno się zgodził na piątek wieczorem, natomiast Kwaśniewski coś kręci z poniedziałkiem.
    A Tusk mówi jasno: „Zaakceptuję wszelkie warunki i terminy”. Nawet chce przenieść swoją zaplanowaną wizytę wyborczą na Śląsku, by być w piątek wolnym.
    Więc Tusk dziś mi trochę pomógł, ale i tak nie byłem w stanie pisać o sobotnim koncercie punkowym.
    Ale już się nauczyłem, by się nie załamywać do końca, gdy mnie ciężar przygniata, bo to prędzej czy później ustępuje. Trzeba tylko trochę poczekać.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
8 października 2007

Pa, pa, wewnętrzny policjancie

    W ostatni czwartek, a dziś jest poniedziałek, miałem umówioną wizytę u mojej Pani Doktor. Idąc do niej zastanawiałem się, czy jak zwykle będę gadał jak nakręcony. Zwykle podniecam się u niej i czuję wewnętrzny przymus, by jak najwięcej jej powiedzieć. Do tej pory tak się zazwyczaj rozkręcałem, że biedna musiała często po 45 minutach mi przypominać, że za drzwiami czekają inni.
    Idąc do niej byłem spokojny, nietypowo spokojny, byłem więc ciekaw, czy wchodząc do gabinetu nakręcę się jak zwykle. Otworzyłem więc drzwi, i obserwując siebie samego spytałem Panią Rejestrującą, czy można wejść. Wtedy poczułem lekką falę emocji, ale bardzo lekką, śladową.
    Gdy usiadłem naprzeciwko siedzącej za biurkiem Pani Doktor, lekka fala emocji ciągle mi towarzyszyła, ale miałem pełną nad sobą kontrolę. Autorefleksja cały czas była obecna w mojej świadomości. Zapytany, spokojnie opowiedziałem lekarce, co przez ostatnie dwa miesiące się wydarzyło i jak ogólnie się czuję. Słuchała mnie zaciekawiona, bo widziała, że jestem nietypowo spokojny, acz zadowolony i chętny do relacji. Siedziałem u niej z pół godziny, po czym sam uznałem, że już się nagadałem. Nie nakręciłem się. Sukces.
    Potem poszedłem do siebie, gdzie porobiłem trochę porządków, głównie z sobą samym, a następnie pognałem na kolejkę, bo chciałem zobaczyć otwarcie Galerii Bałtyckiej – miałem chrapkę na sklep Saturn, podobała mi się ich reklama sprzętu komputerowego, bo mój staruszek niedawno wysiadł, a i przedtem nie nadawał się do podłączenia do Internetu, więc korzystam po chorobie z mojej czytelni nieopodal i kawiarenek internetowych, co jest na dłuższą metę niewygodne, gdyż coraz częściej czuję chęć zajrzenia do sieci i czerpania z niej informacji (to wielka sztuka nie latać za byle czym surfując, a szukać dokładnie tego, co warto), i fajnie będzie, gdy będę miał dostęp do Internetu u siebie w domu. Ostatnio odkryłem mapę trójmiasta na www. trojmiasto. pl, gdzie można zzoomować mapę do kilku ulic i znaleźć dowolną ulicę o danej nazwie. Cudowne, jeśli się chce gdzieś iść w nieznane miejsce.
    Idąc na kolejkę w Sopocie spotkałem Kleopatrę, której nie widziałem dawno, jakoś ostatnio rzadko się spotykamy. Szła do sklepu z ciuchami, a ponieważ oboje się śpieszyliśmy do swoich sklepów, więc rozmawialiśmy kilkanaście sekund.
    W dzień otwarcia Galerii Bałtyckiej we Wrzeszczu była tam kupa ludzi. Trudno było się przecisnąć. Utkwił mi w pamięci obraz dwóch dziewczyn, które oglądały wielki filar. „Zobacz, tutaj jest tynk niedokończony” – powiedziała jedna – „jak tak można otwierać sklep dla tylu ludzi, a taka tutaj niedoróbka!” Uśmiechnąłem się. Wszyscy dookoła chcą coś w promocji kupić tanio, a ta ogląda sobie filar i narzeka. Poczułem do niej sympatię. Lubię upierdliwych ludzi. To normalne, bo zwykle ludzie lubią sobie podobnych.
    W sklepie Saturn też było ciasno, ale podobało mi się, że towar jest estetycznie wystawiony. Przyjaźnie. Przyjaźniej, niż w Media Markt. Nie cierpię tego ich hasła: „Nie dla idiotów”. Skoro nie dla idiotów, to moja noga u was nie postanie – często sobie myślę.
    Oglądałem długo sprzęt komputerowy, bo bardzo mnie to zaczęło ostatnio interesować. Już wiem, co to jest pendrive, gniazdo USB, i że pendrive’y mają różne prędkości zapisywania i odczytywania. Przypomniałem sobie, co to jest pamięć operacyjna, częstotliwość taktowania procesora, pamięć twardego dysku, i jakie są płyty główne i rodzaje kart graficznych. To wszystko trzeba wiedzieć, jeśli chce się wybrać właściwą konfigurację komputera.
    Następnego dnia w piątek rano Hilary pojechał na trzy tygodnie do sanatorium w Inowrocławiu. Trochę sobie od nas odpocznie. Zaraz po jego wyjeździe przylecieli z Londynu Melchior i Baltazar. Melchior był bardzo zmartwiony, bo celnicy zabrali mu z bagażu ręcznego dwie butelki wina i jakieś leki homeopatyczne. To były drogie francuskie wina, i nigdy jeszcze nie widziałem Melchiora tak zmartwionego. Trochę bluzgał na celników nazywając ich złamasami czy jakoś podobnie. Potem wyjął z kieszeni funta i parę pensów, i dał mi je mówiąc, że to na szczęście. Podejrzewam, że była to reszta z zakupu owych win.
    W sobotę znowu z Baltazarem poszliśmy na długi spacer, i w tramwaju doznałem iluminacji. Otóż ja od dawna odczuwałem i ulegałem czemuś, co nazywam wewnętrznym pressingiem. Czuję w sobie wewnętrznego policjanta, który każe mi wszędzie się śpieszyć i robić różne rzeczy na siłę, w strachu, że coś stracę. Więc to co ten policjant robi nazywam pressingiem, natomiast to co ja później robię pod wpływem tego pressingu nazywam forcingiem (czytaj forsingiem). Forsuję samego siebie, czyli robię coś na siłę. Otóż jadąc tramwajem nagle mnie olśniło, że ja nie muszę się tego pressingu słuchać. Że jeśli go znowu poczuję, zawsze mogę go olać, nawet jeśli miałbym coś stracić. A co tam, wolę być na luzie i dzięki temu szybciej zdrowieć. Wiem, że łatwo tak to sobie powiedzieć, ale w tym tramwaju nagle mnie tak rozluźniło, bo pomyślałem sobie: „Maciek, ty nic nie musisz! Słyszysz? NIC NIE MUSZISZ!!!”
    Przez cały spacer czułem się tak lekko i swobodnie. Poczułem się tak, jak tuż przed klasówką z historii dowiadywaliśmy się, że pani z historii zachorowała i klasówki nie będzie. Ach, co za wspaniałe popołudnie się wtedy po lekcjach kroiło!
    W czasie spaceru z Baltazarem wdepnęliśmy do mojej czytelni i zamówiłem sobie w internetowym sklepie „Iluminację” Zanussiego, ma przyjść w ciągu tygodnia. Ciekaw jestem tego filmu.
    Być może w związku z wyżej opisanym przeżyciem w tramwaju tego dnia wieczorem coś mi odbiło (trudno to inaczej nazwać) i wybrałem się na koncert punk-rockowy. To dopiero było niesamowite przeżycie, ale wszystko opowiem jutro.
    Natomiast gdy wróciłem z tego koncertu, zadzwoniła Penelopa. Była roztrzęsiona, prawie łkała. Powiedziała, że nie może zrozumieć, jak mogłem zrobić takie świństwo i wysłać tego maila do Kleofasa. Kleofas był bardzo zmartwiony moim mailem i zadzwonił do swoich rodziców z pretensjami, że nie przekazali mi informacji we właściwym czasie. Potem wziął słuchawkę Zygfryd i powiedział, że postawiłem na swoim, zepsułem odpoczynek Kleofasowi na Hawajach, a tak mnie prosił, bym nic Kleofasowi o swoich pretensjach nie pisał. Ja mu jednak odpowiedziałem twardo, że dobrze, że Kleofas wie, nie będę w sobie dusił złości na niego, i że dobrze, by się chłopak nauczył, że takich spraw się przez pośredników nie załatwia. Uniknie w ten sposób przykrości z obcymi osobami w przyszłości. W końcu Zygfryd zmiękł, a Penelopa wzięła słuchawkę i zaprosiła mnie na niedzielę na obiad na kotlety mielone.
    Więc wczoraj poszedłem do nich na obiad, i było bardzo wesoło.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
6 października 2007

Jogurtowe ciasto

    Ostatni dzień września to była niedziela. Zapowiadała się piękna pogoda, z przyjemnością więc przyjąłem zaproszenie Baltazara, by pójść na spacer. Wybraliśmy naszą najczęstszą trasę: do Jelitkowa tramwajem z Wrzeszcza (tramwaj nr 6), a potem spacerkiem do Sopotu, a może i dalej. Wyruszyliśmy o godzinie 11.00.
    Baltazar skasował bilet za 2.80, a ja za 1.40, bo z tytułu renty, którą mam na razie do przyszłego maja, mam zniżkę na tramwaje. Na kolejkę nie mam, ale za to mam miesięczny na trasie Sopot - Gdańsk Główny. Więc mogę się przemieszczać swobodnie.
    Uwielbiam jechać tramwajem do Jelitkowa. Oczywiście, jeśli znajdę sobie siedzące miejsce. Siedzę sobie wtedy i patrzę, jak powoli za oknem zmienia się widok.
    Więc najpierw jest kino Żak i tramwaj skręca. Potem ten dom, pod którym wybuchł gaz, i go odbudowali. Potem szklarnie z pasącymi się kozami i pętla tramwajowa z zajezdnią. Potem mój uniwersytet, na którym pracowałem dobry kawałek życia. Wreszcie Oliwa, i znowu pętla przy Parku Oliwskim. Następnie przystanek do zakrętu w prawo w Pomorską, i dalej jazda wzdłuż Żabianki. Na koniec trzy przystanki do skrzyżowania, gdzie 12-tka skręca w stronę Zaspy, ale my jedziemy prosto jeszcze dwa przystanki wzdłuż drzew do końcowej pętli w Jelitkowie. Tu wysiadamy.
    Zwykle idziemy z Baltazarem w milczeniu, ale po 5 minutach jeden drugiego zaczepia i zaczyna się dyskusja. Dyskutujemy wtedy: o wirusie mentalnym zwanym przez nas Doradcą (w pejoratywnym znaczeniu), o pressingu, któremu nosiciele Doradców ulegają i ścigają się bez sensu z czasem, o motorku w tyłku, o forcingu, który Doradcy stosują na swoich nosicielach, o gafach, jakie ostatnio popełniliśmy w skutek podszeptów naszych Doradców, o dystansie do samego siebie, który w dłuższej perspektywie demontuje strukturę Doradcy w mózgu, o dobrym spaniu, o nieuleganiu wpływom, o robieniu tyle, na ile nas stać i nie więcej, i o tym, jak ocenić na ile nas stać.
    Gdyby ktoś nas wtedy słuchał, to albo by jak najszybciej się oddalił, albo wezwałby karetkę z psychiatryka. Myślę, że to o czym rozmawiamy, nie byłoby zrozumiałe dla 99% populacji.
    Na szczęście nikt nas nie słucha, i możemy sobie swobodnie rozmawiać bez narażenia na szwank naszej wolności osobistej.
    W tę ostatnią niedzielę doszliśmy do kawiarni Atelier, gdzie troszkę odpoczęliśmy, i ruszyliśmy dalej do Orłowa. Minęliśmy Kolibę (to taka nadmorska góralska tawerna), a potem wzdłuż plaży i wzdłuż lasu. Aż doszliśmy do mola w Orłowie, gdzie skręciliśmy w lewo do kolejki.
    Zrobiłem się nieziemsko głodny, więc zaszliśmy tuż przed przystankiem kolejki do sklepu spożywczego, gdzie za szybką zobaczyłem nieziemsko smacznie wyglądające ciasto o wysokości 6cm. Pani Sprzedająca powiedziała mi, że jest to ciasto jogurtowe. Poprosiłem ją więc o duży kawałek 12cm na 24cm (tak na oko), i żeby go przekroiła na pół. Do tego kupiłem sobie puszkę Coca-Coli, a Baltazar też coś sobie kupił do picia. Ciasto zostało zapakowane na tekturowej tacce w biały papier.
    Na przystanku SKM w Orłowie jest taki drewniany pomost nad torami, na który się wchodzi i schodzi drewnianymi schodami na peron. Baltazar zszedł na peron, ale ja sobie usiadłem na tych schodach w połowie. Była piękna pogoda, jakby ciągle było lato, a teren wokół tego peronu jest niezabudowany i swojski, jakby to było na wsi.
    Otworzyłem moją puszkę i rozwinąłem papier. Zjadłem mój kawałek ciasta, a jadłem go długo, bo był duży, i musiałem szeroko otwierać usta, by go ugryźć. Popijałem kolejne kęsy colą, i czułem się bosko. Wręcz nieziemsko. Zero wiatru, słoneczko, a pode mną kilku ludzi leniwie czekało na ciągle nie przyjeżdżającą kolejkę.
    Gdy zjadłem swój kawałek, drugi zaniosłem Baltazarowi, który stał jak głupek na peronie. Nie spodziewał się, że kupiłem też ciasto dla niego, więc się zdziwił, ale po chwili i jego kawałka już nie było. Też stwierdził, że to ciasto jogurtowe jest boskie. Wręcz nieziemskie.
    Przyjechała kolejka, i pół godziny później byliśmy już we Wrzeszczu, gdzie czekali na nas Józefina, Hilary i obiad.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
5 października 2007

Iluminacja

    Opowiadając o spektaklu „Drapacze chmur” zapomniałem dodać, że gdy wchodziliśmy do Teatru na Plaży, w drzwiach na zewnątrz stał Marek Brand i obserwował przedpole, więc mu się ukłoniłem, i on się nam ukłonił. Zapomniałem też dodać, że on sam występuje w swoich sztukach (ma dość charakterystyczną posturę i wygląd), a tym razem w sztuce wystąpił on, drugi aktor z jego teatru, oraz gitarzysta, który siedział w rogu sceny, był lekko podświetlony, przypominał trochę z fryzury i twarzy aktora Pierra Richarda (np. film „Pechowiec”), i tworzył tło muzyczne na podłączonej do wzmacniacza gitarze akustycznej, odzywał się też parę razy zaczepiany przez tamtą dwójkę.
 
    Następnego dnia, w sobotę, wybrałem się po obiedzie do Ali i Antonia. Rozmowa zeszła na temat, czy artysta powinien tworzyć, inicjować swoją wizję, czy też czekać na wenę, aż dojrzeje i ta wizja sama stanie mu przed oczyma, i wtedy będzie on mógł ją zrealizować. Antoniowi spodobało się, że wyraziłem nieco odmienny pogląd niż dotychczas wyrażałem, a mianowicie stwierdziłem, że nie należy gwałcić swojej wyobraźni, że należy czekać, aż komórki w mózgu same znajdą jakąś konfigurację, i artysta nagle poczuje, że ma coś do powiedzenia i to wyrazi. Ale dopiero wtedy. Nie powinien nic wyduszać z siebie na siłę.
    Antoniowi ta koncepcja się spodobała, natychmiast wyszedł gdzieś i wrócił z płytką DVD oznajmiając, że jest to film Krzysztofa Zanussiego „Iluminacja” na ten właśnie temat, z przedmową Tatarkiewicza, i w ogóle jest to fabuła poprzeplatana dokumentalnymi fragmentami z wypowiedzi różnych znanych autorytetów moralnych i naukowych. Bardzo chciałem od niego pożyczyć ten film, ale mi odmówił, bo powiedział, że ten film mi pomiesza w głowie, i tylko mi puścił tę przedmowę Tatarkiewicza.
    Nie mógł mnie bardziej zachęcić, właśnie znalazłem w Internecie możliwość zakupienia tego filmu, może to zrobię. Ale Antonio chyba mnie tylko tak zrozumiał, jak chciał. On mnie chyba zrozumiał, że iluminacja, inaczej oświecenie, jest darem, na który trzeba się przygotować i cierpliwie czekać. Darem, a zatem od kogoś. Od kogo? Od jakiegoś boga oczywiście. Przygotować się, to znaczy prosić boga, a prosić, to znaczy przez modlitwę oczywiście.
    Nie! Nie o to mi chodziło! Tego właśnie boję się najbardziej na świecie – modlenia się. Uważam, że właśnie rozmawianie z kimś, kogo się nie widzi, w myślach, kogo tak naprawdę nie ma, prowadzi do powstania w mózgu czegoś, co generuje różnego rodzaju urojenia. Przez modlitwę sami się o to prosimy – nasz mózg spełnia nasze życzenie: chcesz mieć bóstwo, to je masz – mów do wyimaginowanego bóstwa dostatecznie długo, a mózg wytworzy jego symulację i… bóstwo w końcu do ciebie przemówi. Prawdziwe bóstwo? Nie! Symulacja bóstwa, którą wyhodowałeś sobie w swojej sieci neuronowej, czyli w swoim mózgu.
    Mi chodziło o cierpliwość, ale nie w czekaniu na odpowiedź jakiegoś tam bóstwa, ale właśnie na ozdrowienie, odblokowanie się części mózgu, w której właśnie takie „bóstwo” się kiedyś tam zalęgło. Chodziło mi o to, że jeśli coś nam natrętnie przeszkadza być artystą, nie należy z tym walczyć na siłę, ale czekać. Czekać na iluminację. Ale ta iluminacja oznacza po prostu efekt ozdrowienia, samoistnego ozdrowienia, które cały czas w naturalny sposób postępuje w naszym mózgu, jeśli damy mu na to szansę, jeśli zapewnimy mu odpowiednie warunki, czyli przede wszystkim… spokój.
    Nie wdałem się jednak w tę dyskusję z Antoniem, bo gdybym mu coś takiego powiedział, to pewnie wyrzuciłby mnie z domu. Mówię poważnie. Więc jakoś ominęliśmy temat. Ale filmu mi nie pożyczył.
    Za to odezwał się Leoncjo, 20-letni syn Ali i Antonia. Opowiedział, że z grupką swoich kolegów i koleżanek ze studiów i z liceum chcą nakręcić film amatorski. Bardzo się tym zainteresowałem, w jego wieku kręciłem filmy (i to fabularne!) na podwórku z kolegami amatorską kamerą 8mm (niestety wszystkie je wywaliłem na śmietnik w napadzie urojeń – tak kazała mi „Siła”), a teraz czasy się zmieniły, są niesamowite możliwości techniczne dostępne dla zwykłego śmiertelnika (np. łatwy komputerowy montaż), tak naprawdę sukces filmu leży w pomysłowym scenariuszu, no i… w zręcznej realizacji. Ale nie jest to już niemożliwe, niedostępne, nawet dla studiujących dwudziestolatków.
    Zapaliłem się. Na razie nie mam pary, by samemu się pokusić o realizację filmu, ale scenariusz? Czemu nie, mógłbym napisać. Zaproponowałem to Leoncjowi. Przekonałem go, że konkretny, świeżo wydrukowany scenariusz, jeszcze pachnący świeżym atramentem i zgrabnie skonstruowany, będzie silnym bodźcem dla rodzącej się właśnie jego ekipy zielonych, póki co, zapaleńców. Przystał na to, aczkolwiek przestraszył się nieco mojego zapału, jaki wyraziłem. Zapewniłem go, że mój scenariusz nie będzie go do niczego zobowiązywał, po prostu jeśli będzie chciał, jeśli mu się spodoba, będzie mógł go użyć.
    Swoją drogą nie wiem, czy się wywiążę z samoistnego zobowiązania, moja energia na pstrym koniu jeździ, dzisiaj na przykład cały dzień byłem do niczego. Słomiany ogień towarzyszył mi całe życie, obserwuję jednak, że mój zapał, w ogóle, staje się coraz bardziej stabilny.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
4 października 2007

Wszyscy jesteśmy geniuszami

    Dokładnie siedem dni temu, a dziś jest czwartek, wybrałem się wczesnym wieczorem z Baltazarem na bilard. Baltazar uwielbia bilard, gdy tylko to możliwe, ogląda rozgrywki w snookera w telewizji na kanale sportowym, bez przerwy wtedy słyszę: „Ronnie O’Sullivan bezbłędnie rozegrał swoją sytuację – wszystkie wymagane bile znalazły się w uzach” albo „Twarz Stephena Hendry’ego nie zdradza żadnych emocji. Zobaczmy, od której bili tym razem zacznie”. W snookera gra się na wielkim stole pokrytym zielonym suknem, i zasady tej światowej odmiany bilarda nie są mi znane. Natomiast wiem, jak się gra w zwykłego bilarda, w który można sobie pograć w klubie Joker naprzeciwko dawnego kina Bajka przy ul. Jaśkowa Dolina we Wrzeszczu. Tam też poszliśmy z Baltazarem tydzień temu.
    W klubie jest kilka stołów, są chyba też te większe, ale my dostaliśmy mniejszy, bo tylko ten był wolny. Co było nam na rękę.
    Stół posiada 6 uz, czyli koszyków, w które mają wpadać bile. Bil jest 14: siedem „pełnych” i siedem „z paskiem”, oraz jedna czarna i jedna biała. Tę białą się uderza kijem, by jak najwięcej własnych bil strącić ze stołu do uz. Jeden gracz ma „pełne” bile, drugi „z paskiem”. Gdy żadna własna bila nie wpadnie do uzy, kolejka przechodzi na rywala. Gdy już się wbije wszystkie swoje bile, przychodzi czas na czarną, którą trzeba wbić do jednej, wcześniej określonej uzy.
    Pierwszą rozgrywkę wygrałem ku memu zdumieniu, ale później Baltazar wziął się do roboty i ostatecznie wygrał ze mną pięć do dwóch. Ale i tak byłem zadowolony.
    W tym klubie jest też kawiarenka internetowa, z której czasami korzystam. Można też sobie kupić coś do picia, i tylko dym papierosowy mnie drażni, jeśli ktoś pali. Bardzo mnie zresztą drażni, i trudno mi uwierzyć, że gdy osiem lat temu poczułem się jak zwierzę w klatce, to zacząłem z nerwów palić, paliłem chyba przez dwa miesiące, i to po paczce dziennie. W końcu jednak się opamiętałem. Zdjęcie czarnych płuc palacza, jakie przez przypadek zobaczyłem na ulicy, skutecznie wybiło mi z głowy tę nową rozrywkę.
    Baltazar bardzo szybko się ostatnio zmienia. Od początku nie darzył mnie sympatią, chyba go denerwowałem swoim przemądrzałym sposobem wypowiadania swoich opinii, rzeczywiście miałem skłonność do krytykowania wszystkiego dookoła i robienia wrażenia osoby przekonanej o wyjątkowości własnej osoby. To była płachta na byka dla Baltazara, bo on też myśli o sobie, że jest niepowtarzalnym geniuszem. Różnica jednak polegała na tym, że mi nie przeszkadza, że on czy ktokolwiek inny myśli o sobie, że jest geniuszem, uważam nawet, że wszyscy ludzie na Ziemi są geniuszami w jakiejś dziedzinie, tylko są mniej lub bardziej psychicznie zablokowani, i o tym nie wiedzą. Baltazarowi jednak bardzo przeszkadzało, że ja uważam się za geniusza, bo on by chciał być jedynym geniuszem na świecie. Moim zdaniem to niesprawiedliwie.
    Baltazar jednak się zmienia ostatnio, podobnie jak i ja. Już mnie chyba nie nienawidzi, a czasem nawet mam wrażenie, że mnie toleruje i chcąc nie chcąc mnie lubi chwilami. Czasami czuję, jakby wicher jakiś rozpędzał ciemne chmury nad naszymi głowami.
    W piątek więc, sześć dni temu, wybraliśmy się do Teatru Na Plaży, w którym działają dwie instytucje teatralne: Teatr Atelier im. Agnieszki Osieckiej oraz Sopocka Scena Off de BICZ. Teatr ten mieści się przy ul. Mamuszki 2 w Sopocie, jakieś 3 minuty od mola w stronę mola w Orłowie. Jest tam też fajna kawiarnia. Lubię tam sobie pójść na herbatę smakową i patrzeć przez okno na morze. Bardzo spokojne miejsce. Idealne dla frustratów.
    Sztuka nosiła tytuł „Drapacze chmur”, autorstwa Marka Branda (czasem piszą Brandt), który założył parę lat temu swój własny teatr offowy o nazwie Zielony Wiatrak. Pan Marek pisze bardzo osobiste teksty i nie boi się wyrażać dokładnie tego, co mu w duszy gra. Gdy słucham jego tekstów, wydają mi się bardzo bliskie. Są to teksty żywe, kolorowe, buńczuczne, czasem naiwne, ale stuprocentowo prawdziwe. Bardzo to w nim cenię. Tę prawdziwość. Kiedyś go nawet poznałem osobiście, próbował mi pomóc wejść w świat teatralny, ale musiałem się wycofać.
    O dziewiętnastej weszliśmy z Baltazarem do małej teatralnej sali i szybko zajęliśmy świetne miejsca na samym środku widowni. Od razu byłem zachwycony. Widownia została odnowiona, są tam teraz nowe wygodne fotele, jak w multikinie. Poza tym nikt nikomu nie zasłania, rzędy szybko pną się do góry.
    Jest tam bardzo kameralnie i przytulnie. Wiem, że Sopocką Scenę Off de BICZ prowadzi pani Ewa Ignaczak, i że scena ta jest przeznaczona właśnie dla teatrów offowych. Gdybym chciał kiedyś zabawić się w teatr, napisać sztukę i wystawić ją z amatorami, to pewnie zgłosiłbym się do niej, być może użyczyłaby mi miejsca. Siedząc tam bardzo się rozmarzyłem.
    Nie będę opisywać dokładnych wrażeń ze spektaklu, bo już na dzisiaj za chwilę kończę, w każdym razie bardzo mnie z Baltazarem zainspirował ten spektakl do rozmyślań. Nad sobą, nad przyszłą pracą, nad przyszłą twórczością, nad ucieczką z kraju zwaną emigracją, nad przyszłością w ogóle.
    W sobotę, pięć dni temu, odwiedziłem Alę i Antonia. Najwięcej rozmawiałem z Leonciem, ich 20-letnim synem. O jego planach reżyserskich. Ale o tym opowiem jutro.
 
    Wczoraj przyjechał z Siodełka (nazwa fikcyjna) Melchior, straszy od Baltazara o pięć lat jego brat. Ja też jestem od Baltazara starszy o pięć lat. Obaj bracia polecieli dzisiaj do Londynu (nazwa prawdziwa) w sprawach Melchiora.
    Główną cechą Melchiora jest tolerancja. Od początku naszej znajomości wyraźnie czułem, że on mnie nie tylko toleruje, ale nawet akceptuje. A nawet lubi! Z wzajemnością zresztą.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
2 października 2007

Złość

    A było to tak.
    Wysłałem wszystkie potrzebne pozostałe pliki bratankowi Kleofasowi w środę sześć dni temu, a obiecałem mu we wtorek, że jeśli mi prześle już raz poprawiany przeze mnie i Hilarego główny dokument do poprawki w środę, to go wydrukuję i drugi raz go poprawimy z Hilarym. Znalezione błędy miałem mu jeszcze raz podyktować w czwartek wieczorem czasu polskiego.
    Główny dokument w środę przyszedł. Hilary siedział nad tym głównym dokumentem 2 godziny. Zajrzałem do poczty, ale potwierdzenia, że Kleofas otrzymał tamte pliki ze środy, nie dostałem. Oczekiwałem więc, że Kleofas potwierdzi to w czwartek wieczorem w czasie umówionej rozmowy. Fajnie mi się grało w bilarda, ale umowa to umowa. Nie ustąpiłem Baltazarowi i poszliśmy do domu, by zdążyć na telefon od Kleofasa.
    Telefonu od Kleofasa nie było.
    Myślałem, że w piątek zadzwoni wieczorem, i powie, że mu coś wypadło. I znów, w piątek zaraz po teatrze pognałem do domu, by Kleofasowi podyktować błędy. Zrezygnowałem ze spokojnej kawy po spektaklu w Atelier z Baltazarem, i pognałem do domu Hilarego, gdzie oczekiwałem, że Kleofas zadzwoni.
    Zadzwonił Zygfryd. Poinformował krótko, że Kleofas miał już dość tego wszystkiego i wysłał tam gdzie trzeba wszystkie dokumenty w środę albo w czwartek rano, w tym główny dokument nie poprawiony do końca.
 
    Wściekłem się. Mój bratanek nie potwierdził otrzymania tamtych plików ze środy, wysłał nam do drugiej poprawki główny dokument i... po prostu sobie nas (mnie i swojego dziadka) olał. Miał już wszystkiego dość (rzeczywiście miał tam wiele spraw na głowie), zakończył sprawę wysyłając tam gdzie trzeba wszystkie dokumenty, po czym, nie przejmując się nami wcale, poleciał sobie odpocząć na Hawaje, a konkretnie do Honolulu. Przed powrotem do kraju.
    Byłem wściekły, bo 1) nie pograłem sobie do syta w bilarda w czwartek, 2) trochę popsułem sobie wieczór po teatrze w piątek, i najważniejsze: 3) poczułem się olany. Z góry. Cały chodziłem.
 
    Wczoraj rozmówiłem się z Zygfrydem, który oczywiście bronił synka, że synek był tam zapracowany, i że nie mam racji. Wkurza mnie, że Zygfryd nie potrafi przyjąć krytyki swojego synka, widzi tylko jego interes, a interes innych ludzi, słabiej z nim związanych, prawie w ogóle jest dla niego niewidoczny.
 
    A teraz druga kwestia: czy jeśli mam do Kleofasa pretensję, to powinienem mu o tym napisać, czy przełknąć złość i zapomnieć? Zygfryd mówił, żebym nie pisał nic do odpoczywającego na Hawajach synka (ach, jaki on zmęczony, biedaczek), ale, kurcze, on powinien wiedzieć, że tak się nie robi, że nie wolno o coś prosić ludzi, a jak są już niepotrzebni, to się o nich zapomina, i już nie napiszę, gdzie się ich ma!
    Nie wytrzymałem. Ponieważ złość mi już przeszła, napisałem dziś bez złości Kleofasowi, że nie rozumiem takiego postępowania, że wystarczył jeden krótki, głupi mail, i nie byłoby sprawy. I tyle.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
28 września 2007

Przypływ energii

    Mój bratanek Kleofas to bardzo ambitny gość. Ma 22 lata i studiuje informatykę. Od małego uczyłem go matematyki, a teraz wspieram go na studiach. Obecnie jest on na stażu w Kalifornii w pewnej znanej firmie hardware’owo - software’owej.
    Ja od roku interesuję się sieciami neuronowymi, zbieram sobie materiały i czytam, ale nic konkretnego jeszcze nie opracowałem, bo moja własna sieć neuronowa, jaką sam jestem (moje ego utożsamiam z moim mózgiem), jest trochę popsuta i nie do końca potrafi się skupić. Łatwo się rozprasza.
    Ponieważ sieci neuronowe można symulować komputerowo, więc zainteresowałem Kleofasa tematem, ja będę bardziej teoretycznie to rozważał, a on mi pomoże to badać i realizować pomysły pisząc konkretne programy. Póki co, on wie więcej na ten temat niż ja.
    Osiem miesięcy temu z moją pomocą Kleofas rozpoczął pewien projekt w ramach swoich studiów. Ja mu podsunąłem pewien pomysł związany z moją współpracą z Gotfrydem, wciągnęliśmy też w to Gotfryda, a Gotfryd z ochotą dał się w to wciągnąć, bo dzięki pracy Kleofasa dostaliśmy do rąk program komputerowy, który pozwala liczyć konkretne przypadki w topologicznej teorii punktów periodycznych, którą się z Gotfrydem zajmujemy. Gotfryd i pewien profesor z Warszawy są z efektu tej pracy bardzo zadowoleni.
    Kleofas w ostatnich dniach zamykał pewien etap tego projektu, więc się ostatnio uaktywniłem pod wpływem niedawnej erupcji jego maili. Prosił mnie, bym załatwił mu kilka jego spraw. Nie wiem skąd, ale poczułem przypływ energii, wszystko mu z ochotą załatwiłem, a właściwie wiem skąd, bo ostatnio kilka kwestii kluczowych mi się powyjaśniało i połączyło w jedną logiczną całość. Nazywam to „świętym graalem”, mogę to też nazwać tajemniczo i trochę na wyrost Zagadką Sensu Życia albo Zagadką Ludzkiej Motywacji. Poszukiwałem tego od lat, a już z pełnym zaangażowaniem od początków końca mojej choroby. Opiszę to dokładnie, gdy wszystko mi się logicznie na trwałe ułoży.
    Wypełnia mnie więc umiarkowany optymizm, a dziadek Kleofasa Hilary jest bardzo kontent, bo widzi, że stałem się bardziej ruchliwy, a właściwie mało mnie widzi, a jeśli mnie widzi, to widzi, że coś robię, a nie rozmyślam (on strasznie nie lubi tego mojego rozmyślania).
 
    Przedwczoraj z Gazetą Wyborczą wyszedł pierwszy tom kolekcji historycznej pt. „Polska do roku 1586”. Kosztuje promocyjnie 7,50, i jeśli kolejne tomy nie będą zbyt drogie (pewnie ok. 20zł jeden), to zbiorę sobie tę kolekcję, bo zamierzam się trochę z historii dokształcić.
 
    Jakieś 10 dni temu oglądałem konferencję prasową Kazimierza Kutza, który oznajmił, że będzie kandydował w wyborach z listy PO. Przy okazji wypowiedział ciekawe słowa: „żeby dobrze rządzić, trzeba kochać ludzi, nie państwo”. Domyślam się, że było to pod adresem obecnego premiera polskiego rządu Jarosława Kaczyńskiego.
    Bardzo lubię Kazimierza Kutza.
    A co do Kaczyńskiego, to genialne posunięcie – ta debata z Kwaśniewskim w poniedziałek. Robi to takie wrażenie, jakby PO była nieważna, a wybór był tylko między prawicą a postkomunistami. Ciągle się waham nad wyborem między PO a LiD, ale ta zagrywka (bo była to zagrywka głównie ze strony Kwaśniewskiego, Kaczyński tylko przyklasnął) skłania mnie bardziej ku PO.
    Albo to straszenie koalicją PO-LiD. A co w tym złego? Lepsze to niż niezbyt świętej pamięci koalicja z „ludźmi marnej reputacji”.
 
    W sobotę, czyli jutro, leci w TVN film „Cast away – poza światem”. Jest to opowieść o współczesnym Robinsonie Crusoe, którego gra Tom Hanks. Bardzo mi się podobał ten film, ciekaw jestem, czy też bym tak sobie poradził w sytuacji bohatera. W chwili obecnej chyba nie. Ale zobaczyć warto. Ja będę oglądał jeszcze raz w każdym razie.
 
    Wczoraj z Baltazarem (synem mojej macochy) byłem na bilardzie, udało mi się z nim przegrać 5 do 2. Zwykle przegrywam z nim do zera.
    A dziś idę z Baltazarem do Teatru Atelier na sztukę Marka Brandta „Drapacze chmur”. Dziś, to znaczy za chwilę, bo jest na dziewiętnastą.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
24 września 2007

Po co człowiekowi porządek? – część druga

    Ludzie tacy jak ja nie widzą pewnego związku przyczynowo-skutkowego.
    Otóż z jednej strony marzą im się jakieś spektakularne przedsięwzięcia typu napisanie powieści, zbadanie jakiejś teorii naukowej, dogłębne poznanie np. historii starożytności, czy też w miarę biegłe opanowanie języka angielskiego. Marzą oni i marzą o wielkich wyzwaniach, ale ciągle się do tego nie zabierają, gdyż wszelkie materiały walają im się w nieładzie po mieszkaniu, mają nieuporządkowane notatki, a nawet miejsce pracy na biurku jest jednym wielkim śmietniskiem. Boją się w ogóle zacząć pracę, bo w takim bałaganie nie wiedzą właściwie, za co tu się na początek chwycić.
    Z drugiej strony czasem zapominają oni o swoich wielkich planach, i nagle, właśnie wtedy, otwierają im się oczy, w jakim bałaganie żyją. Słyszą więc rady innych, by to posprzątać, a i sami w swoim duchu czują wewnętrzny imperatyw, że „tak być nie może, trzeba to uprzątnąć”. I co się wtedy dzieje? Nie chce im się! Zwyczajnie im się nie chce, rzygają tym, a rzygają tym dlatego, bo zapomnieli właśnie o swoich wielkich planach. Więc nie ma motywacji, nie mają oni pojęcia, po co właściwie mają ten porządek zrobić. Nie rozumieją, nie łączą ze sobą tych dwóch rzeczy: że wszelka bardziej skomplikowana praca na dłuższą metę wymaga swego rodzaju higieny, czyli porządkowania na bieżąco tego, co w chaosie powstaje właśnie w czasie pracy. Dotyczy to sprzętów, przedmiotów, i co bardzo ważne – notatek.

    Porządek po prostu jest niezbędny, by WIEDZIEĆ, GDZIE CO JEST, bo inaczej trudno się do czegokolwiek zabrać, a potem to kontynuować.

    Ostatnio, pod wpływem głębokiej refleksji, te dwie rzeczy:
1) chęć do podjęcia się jakiegoś wyzwania, i
2) utrzymywanie porządku w swoich zasobach, narzędziach pracy i notatkach,
połączyły mi się w związek przyczynowo-skutkowo-motywacyjny w mojej głowie, mam nadzieję, że na trwałe. Będę w każdym razie nadal głęboko się nad tym zastanawiał, by się to zakorzeniło na dobre w mej świadomości.
    Na razie jestem organicznym bałaganiarzem. Ale czuję delikatną motywację, by się za to zabrać, byłoby cudownie móc bezboleśnie rozpocząć pracę nad jakimś ciekawym projektem.
    Strasznie naględziłem w tym temacie, ale niech świadczy to o tym, jak wielki jest to dla mnie problem, i jednocześnie jak ważne mi się to wydaje.
    Napiszę w przyszłości, jakie czynię postępy w tej dziedzinie, i czy moja teoria przekuje się w praktykę.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
23 września 2007

Po co człowiekowi porządek? - część pierwsza

    Nadeszła jesień. Teoretycznie powinienem pogrążyć się w rozpaczy. A jednak właśnie dziś poczułem się lepiej. Jestem, z tego wynika, chłopak na opak.
    Chyba podświadomie nadałem imię Hilary mojemu tacie, gdyż teraz mi bardzo ono pasuje. Wszyscy pamiętamy, jak pan Hilary szukał swoich okularów. „Już podłogę chciał odrywać, już milicję zaczął wzywać. Nagle – zerknął do lusterka...”  Tak to opisywał Julian Tuwim.
    Tak, mój tata często szuka okularów. I nie tylko. Często szuka też kapci, dokumentów, szklanek, teczek, gazet, skarpetek, długopisów i spinaczy. Dlaczego? Bo ma awersję do utrzymywania porządku. Do zaprowadzania porządku. Do porządkowania. Słowem – jest stuprocentowym bałaganiarzem.
    Cóż, niedaleko pada jabłko od jabłoni. Co prawda moi dwaj bracia umieją utrzymywać porządek, a jeden z nich ma nawet na tym punkcie hopla, ale ja jestem nieodrodnym synem swego ojca. Sieję wszystko dookoła, i potem nie wiem, gdzie co jest. Natomiast gdy wpadam na pomysł, żeby to trochę jakoś ochędożyć, to robi mi się słabo, cały się wzdragam na samą myśl o tej czynności.
    Niemniej są pewne sygnały, że może to ulec zmianie. Mianowicie w czasie swoich długich medytacji refleksyjnych zacząłem sobie ostatnio uświadamiać, że moja niemoc przed zabraniem się do wszelkich przedsięwzięć wynika właśnie z tego, że otacza mnie bałagan. Jak tu się na przykład zabrać do pracy nad jakimś zagadnieniem matematycznym, skoro wiem, że wiele potrzebnych materiałów jest tak rozrzuconych po moim mieszkaniu, że samo ich skompletowanie graniczy z cudem. Już samo stanie przed tą stajnią Augiasza powoduje, ze ręce opadają.
    To samo dotyczy jakiegokolwiek innego twórczego zadania, które bym sobie chciał wyznaczyć.
    Często w dzieciństwie, czy później, czy też ostatnio, różni ludzie nie tyle mnie zachęcali do zrobienia porządków wokół siebie, co zwracali mi uwagę, zazwyczaj karcącym tonem, że powinienem koniecznie się za tę swoją piętę achillesową zabrać. Moją reakcją zwykle był okrzyk, by ci doradcy się ode mnie zwyczajnie odchrzanili.
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
21 września 2007

Bezsilność

    Bardzo bym chciał móc codziennie coś wpisać na blogu. I już parę dni temu myślałem, że zacznę ten zamiar wcielać w życie. Zapisałem sporo kartek – o poszukiwaniu „świętego graala”, o bałaganiarstwie, o największym wynalazku ludzkości, o moim pomyśle, jak zintegrować ludzi dotkniętych schizofrenią – i w ostatnim momencie rezygnowałem z nadania tego. Dlaczego? Bo te słowa nie wyrażały mego dołka, mojego obecnego poczucia bezsilności. Te słowa są optymistyczne, a ja jestem zdołowany.
    Nie będę zaklinał rzeczywistości, że wszystko jest w porządku, jeśli nie jest. Czuję się źle. Jest mi smutno. Jest mi smutno, bo nie widzę sensu, by cokolwiek zrobić. A nie widzę sensu, by cokolwiek zrobić, bo jest mi smutno.
    Generator niechcianych myśli działa.
    Nazwijmy to po imieniu: wirus umysłu tak łatwo się nie podda.
    Gdy człowiek nie ma z kim NAPRAWDĘ  pogadać, łatwo kieruje swój wzrok ku niebu, do góry, stamtąd upatruje ratunku, tak jak go uczono w dzieciństwie. Ja tego błędu już nie zrobię. Wirus w mojej głowie robi wszystko, bym spojrzał do góry i próbował gadać z kimś, kogo nie widzę, kogo nie ma. Wirus w ten sposób właśnie powstał, i tylko gadanie z „przyjacielem z góry” umacnia strukturę neuronalną wirusa w głowie, umacnia jego status quo.
    Na szczęście rozpoznałem naturę tego zjawiska, i spokojnie poczekam, aż zapis wirusa w moich neuronach zniknie. Poczekam cierpliwie.
    Ale póki co, jest mi smutno.
    Wczoraj trochę poweselałem. Mam przyjaciół: Alę i Antonia. Czasem ich widuję, pojedziemy na wycieczkę, albo pójdziemy na spacer, albo po prostu przyjdę do nich na śniadanie. Ala i Antonio mają 20-letniego syna i małą córeczkę. Bardzo ich lubię wszystkich. Niestety nasze światopoglądy różnią się diametralnie, i na przykład na tematy polityczne nie możemy rozmawiać. Bo Antonio by się wkurzył, gdybym mu otwarcie powiedział, co tak naprawdę myślę o konserwatywnej, bogoojczyźnianej  prawicy. Zostawmy to.
    Wczoraj odwiedziła mnie Ala. Trochę poweselałem. Ala mnie lubi, i to się liczy. Pogadaliśmy o swoich problemach, co zawsze przynosi świeże na te problemy spojrzenie.
    Po jej wyjściu zdałem sobie sprawę, jak rzadko rozmawiam tak szczerze i przyjaźnie. Właściwie prawie wcale.
    Wirus mentalny w mojej głowie nie chce, bym miał prawdziwych przyjaciół. On chce być moim jedynym przyjacielem, podając się za boga. Rozumiem go. Niestety musi się on jednak pogodzić z tym, że ja chcę być jedynym gospodarzem w obrębie mojej czaszki. I prędzej czy później pozbędę się wirusa, czy tego on chce, czy nie.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
18 września 2007

Recital fortepianowy Diny Yoffe – część druga

    W programie był Franz Schubert i Fryderyk Chopin – romantyczni kompozytorzy. Opowiem tylko o Chopinie. Zostały wykonane cztery Impromptus (czyta się ęprąpti, kojarzy się z partią ĘĄ Ędwrda Ąckiego) – to takie fantazyjne utwory, w których Chopin był mistrzem, a które dzielą się dokładnie na 27 kawałków. Czyli 3 razy 3 razy 3 – Impromptu dzieli się na trzy części, te dzielą się na trzy kawałki, a te dzielą się na trzy fragmenty. I na koniec była Fantazja f-moll op.49 – bardzo znany utwór, którego tutaj niestety nie zanucę – trzeba gdzieś indziej posłuchać.
    Moja mama uwielbiała Chopina. Pamiętam, jak oboje słuchaliśmy Konkursów Chopinowskich (na przykład tego, w którym wygrał Krystian Zimerman), jak mama z przejęcia przegryzała wargi, a ja patrzyłem na mamę, i potem przenosiłem wzrok na ekran też przegryzając wargi. Często podświadomie naśladowałem mamę, kiedyś nawet pomalowałem sobie paznokcie na blado-różowo, za co mnie bardzo skrzyczała.
    Często z mamą śmialiśmy się z min strojonych przez pianistów - zawodników. Podnosili oni w czasie gry brwi, kołysali się na stołku, podskakiwali, robili z ust dziubki, a oczy przymykali. Mama uczyła gry na pianinie, i tłumaczyła, że oni tak to przeżywają naprawdę. Ale oboje się śmialiśmy czasem do rozpuku.
    Dina Yoffe identycznie przeżywała swoją muzykę, ale nikomu nie było do śmiechu. Wszyscy widzowie sami bardzo to przeżywali, więc i ja nie miałem wyjścia – też bardzo przeżywałem. Ale dziubków nie robiłem.
    Świetnie widziałem dłonie pianistki – byłem w trzecim rzędzie, akurat na ich wysokości. Z początku wydawało mi się, że trochę twardo gra, sztywno, ale jak potem zaczęła śmigać dłońmi po klawiaturze, to doceniłem jej kunszt. Dobra jest.
    Koncert trwał 1,5 godziny, bo były aż trzy bisy, a pianistka na koniec dostała piękny bukiet czerwonych róż.
    Kiedyś na takich imprezach siedziałem jak na gwoździach, czekając tylko, kiedy się skończą. Obecnie muzyka poważna sprawia mi coraz większą przyjemność, być może przechodzę późne dojrzewanie.
    Wczoraj obejrzałem film wg powieści Jane Austen pt. „Rozważna i romantyczna”, nakręcony w 1995 z udziałem Emmy Thompson (autorki scenariusza, za który był Oscar) i Kate Winslet. Mimo, że jest to historia opowiedziana z kobiecego punktu widzenia, bardzo się nią przejąłem. Więc polecam – nie tylko kobietom.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
17 września 2007

Recital fortepianowy Diny Yoffe – część pierwsza

    Śpię ostatnio nie najgorzej, może dlatego, że za namową Hilarego ostatnie trzy noce spędziłem u niego. Ale sny mam piekielne. Śnią mi się różne postaci, które są dla mnie bardzo nieprzyjazne. Budzę się więc przez ich zaczepki dosyć często, ale za to nauczyłem się iść spać o 22-giej bez oglądania telewizji czy słuchania radia (co opóźniało zaśnięcie czasem do 4-tej nad ranem). Uznałem w końcu zwyczaje Hilarego i Józefiny. Czuję, jak coś się we mnie normuje.
    Ale w dzień nadal większość czasu rozmyślam. Układam sobie różne plany, układam sobie w głowie, jednak coraz częściej używam do tego długopisu i papieru, by swoje koncepcje zanotować. Jak wiadomo – myśl niezapisana jest ulotna, myśl zapisana – to już utrwalony fakt.
    Dwa tygodnie temu we wtorek w telewizji obejrzałem film pt. „Frida”. Rolę tytułową zagrała bardzo przekonująco Salma Hayek. Jest to opowieść o meksykańskiej malarce Fridzie Kahlo, która miała bujne życie i gorący temperament. Miała też burzliwy związek małżeński z innym malarzem, ale w międzyczasie zdradziła go z Lwem Trockim, który właśnie został wydalony z ZSRR. Ten malarz wtedy powiedział jej, że ona złamała mu serce, ale on spał z innymi kobietami (w czasie ich związku) jakby jadł winogrona, i jakoś nie zauważał lekko zniecierpliwionego serca Fridy. Nie to, żebym pochwalał odwet, ale należało się bałwanowi, bo jeśli Frida była taka fajna, jak na filmie, to głupio było ją zdradzać.
    W ostatni czwartek, by uczcić urodziny Hilarego, poszedłem na recital fortepianowy Diny Yoffe do Ratusza Staromiejskiego, który się mieści przy ulicy Korzennej 33/35. Hilary też miał ze mną iść, ale w końcu powiedział, że zostaje w domu, ale będzie ze mną duchem, zwłaszcza, że w TVN24 miała być „Kropka nad i” z bardzo kochającym swoją żonę Janem Marią Rokitą, a może innym politykiem.
    Dina Yoffe urodziła się w Rydze. W 1974 roku była laureatką II nagrody Międzynarodowego Konkursu Muzycznego im. Roberta Schumanna w Zwickau, a w 1975 roku zdobyła II nagrodę na IX Konkursie Chopinowskim w Warszawie.
    Od tej pory jej kariera potoczyła się koncertowo – koncertowała na świecie, gdzie się dało. Obecnie jest profesorem Międzynarodowej Akademii im. Antoniego Rubinsteina w Niemczech.
    W Sali Mieszczańskiej o godzinie 19.00 zajęte były już wszystkie miejsca. 70% widowni to była młodzież, która sama chodzi do szkół muzycznych i przyszła ze swoimi profesorami zobaczyć, jak grają mistrzowie. Była to głównie młodzież od siedmiolatków do przepoczwarzających się wyrostków. Wszyscy byli bardzo podnieceni, zupełnie jak na koncercie rockowym, tylko stroje były bardziej uroczyste.
    Wreszcie weszła Pianistka. Była ubrana w błyszczącą, czarną suknię, a plecy i ramiona było widać pod tiulową zasłonką. Przywitaliśmy ją brawami, a ona uśmiechnęła się i zasiadła za błyszczącym, czarnym fortepianem z otwartym wiekiem.
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
15 września 2007

Mała porcja konkretów

    Jestem krótkowidzem. Gdy nie mam na nosie okularów, wszystko dookoła głowy wydaje się trochę zamazane. Na przykład z czterech metrów trudno mi określić, czy twarz się uśmiecha, czy się smutno krzywi.
    Świat wydaje się niekonkretny, rozmazany. Obiekty nachodzą na siebie, mieszają ze sobą, sklejają. Wszystko staje się jedną, wielką, różnobarwną plamą. Kto wie, może to krótkowidze wymyślili impresjonizm.
    Gdy mam okulary na nosie, to co prawda obraz jest ostry i wyraźny, a jednak wszystko we mnie drga, napływające skojarzenia mieszają się z obrazem, więc moje postrzeganie świata nadal jest rozedrgane.
    Osoba o chorym umyśle nie postrzega świata ostro, wyraźnie i konkretnie. Sam świat jest ostry, wyraźny i konkretny (fizycy kwantowi tu by się ze mną do końca nie zgodzili), ale jego obraz docierający do świadomości osoby o chorym umyśle jest jak bulgocząca zupa jarzynowa. Nic więc dziwnego, że człowiekowi nic się nie chce. Przecież nie ma sensu nic robić z rozlaną na stole zupą jarzynową. Można ją tylko zetrzeć szmatką, i znów położyć się na łóżku.
    Załóżmy, że mam jakiś pomysł, jakiś niekonkretny plan. Z początku chce mi się go zrealizować, ale jak tylko chcę wykonać pierwszy ruch, plan rozlewa się jak zupa jarzynowa przed oczami mojej wyobraźni. Zniechęcony – padam na łóżko.
    Całe życie byłem niekonkretny, ludzie narzekali, że jestem chaotyczny i niekonkretny. Więc w końcu dałem sobie spokój. Zrezygnowałem z wysiłków.
    Teraz zdrowieję. Zupa jarzynowa przed moimi oczyma powoli przestaje bulgotać, tężeje i zastyga. Nieśmiało próbuję wyciągniętym palcem oddzielić poszczególne grudki jarzyn od siebie. Chcę dowiedzieć się, z czego KONKRETNIE ta zupa została zrobiona.
    Na przykład gdy chcę opisać coś w blogu, w punktach sobie najpierw wypisuję, co KONKRETNEGO ma się w moim opisie znaleźć.
    Próbuję tej metody robiąc inne rzeczy. Na przykład moją piętą achillesową jest robienie porządków. W panice nie wiem, od czego w ogóle zacząć. Wszystkie porozrzucane rzeczy , np. brudne naczynia w kuchni, zlewają się w jedną, wielką, odstraszającą kupę. Boję się tego w ogóle dotknąć.
    Gdy jest już tego alarmująco dużo, wtedy czuję się zmuszony, i ze wstrętem zabieram się do zmywania naczyń, układania ich na swoich miejscach, wyrzucania śmieci, czyszczenia sprzętów.
    Ale jak mnie wtedy boli dusza!!!
    Każdy kubek, każda łyżeczka – to jeden wielki ból.
    Długo się zastanawiałem, czemu mnie tak to boli. W końcu rozwiązałem tę zagadkę. Otóż gdy myję konkretny kubek, to nie myślę o tym kubku, tylko cały przerażający obraz bałaganu w kuchni wypełnia moją świadomość. Bardzo to boli, non-stop, aż do zrobienia porządku. Przy okazji łatwo o zbicie kubka czy talerzyka, co pogłębia frustrację.
    Więc znów – porządkować przeszkadza ten impresjonistyczny obraz bałaganu zalewający moją wyobraźnię. Cóż zatem robić z tym fantem?
    Cały ból tkwi w głowie. Próbuję zatem tak: wydzielam sobie kilka, od dwóch do pięciu KONKRETNYCH przedmiotów, i zanim się ich dotknę – planuję, co z nimi mam zrobić. Staram się nie myśleć o całej reszcie (wiem, że to trudne!). A więc planuję sobie, co zrobić z każdym przedmiotem z tej piątki, czyli na przykład wyczyścić, umyć, wysuszyć, i gdzie go potem położyć, czyli wybrać, gdzie będzie jego miejsce.
    W skrócie tę metodę można nazwać: „planowanie małej porcji konkretów”. I ważne, by planować sobie na raz MAŁĄ porcję konkretnych przedmiotów, by była szybka satysfakcja po zrobieniu tej porcji. A potem można sobie odpocząć, i zacząć planować następną porcję, też nie za dużą.
    W ten sposób zaczynamy myśleć KONKRETNIE, i nasza CHOROBA, która zawsze starała nam się wszystko ze wszystkim pomieszać, jest w odwrocie.
    Przypuszczam, że nie jest to moje ostatnie słowo w tym temacie.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
12 września 2007

Niemal permanentna blokada wyobraźni

    Cały dzień leżałem przedwczoraj na kanapie w piżamie nakryty kołdrą. I co robiłem? Rozmyślałem! A właściwie dręczyłem się myślami.
    W ciągu ostatnich trzech tygodni sporo się działo, a mnie coś blokuje, by to opisywać.
    W sobotę ponad trzy tygodnie temu wieczorem zostałem napadnięty na peronie SKM. Ale uciekłem, i jeszcze zdążyłem nadać mój przygotowany na dyskietce wpis do bloga.
    W sobotę ponad dwa tygodnie temu pojechałem na weekend do drugiego syna Józefiny i jego rodziny. Było wspaniale. Czuję się u nich jak u prawdziwych przyjaciół. Piszę „jak”, bo trudno mi nazwać ich przyjaciółmi, skoro widzę ich raz na pół roku.
    W zeszłym tygodniu przyjechała ze Lwowa Marusia. Pierwszy raz widziałem ją, jak miałem 3 lata, a ona osiem. Ona to pamięta, ale ja nie. Drugi raz widziałem Marusię dwa lata temu, też była z wizytą u Hilarego, jak teraz. Jej babcia była siostrą mojego dziadka, ojca Hilarego.
    Cały ostatni czwartek spędziłem z Marusią. Byliśmy na trzech wystawach w Pałacu Opatów, a wieczorem poszliśmy na „Czwartkowy wieczór muzyczny” w Dworku Sierakowskich w Sopocie. Moja kuzynka jest pianistką-akompaniatorką i nauczycielką (jej mąż jest klarnecistą w Teatrze Opery i Baletu we Lwowie), więc z radością poszła też ze mną w sobotę na występ czarnoskórej śpiewaczki amerykańskiej Gwendolyn Bradley w Filharmonii. Załatwiłem też bilety dla Alberta i Kleopatry. Było super.
    Więc nie narzekam na brak wrażeń. Może jeszcze do nich wrócę. Problem w tym, że cały czas od dłuższego czasu czuję się dziwnie zatruty.
    Czuję się przez to zatrucie zablokowany. Po prostu cały czas mam jakiś problem z koncentracją i w komunikacji z bliźnimi. Cały czas coś mnie martwi – a to ktoś był złośliwy, a to mi się złośliwość wyrwała i mi głupio. Jestem jak wrażliwy woltomierz, w którym pokręcono kabelki.
    Gotfryd zachęca mnie do matematyki. Ale ja wyraźnie czuję, że nie mogę być skutecznym naukowcem z pasją, dopóki nie pozbędę się wirusa mentalnego z mojej głowy, który skutecznie miesza mi w myślach. Kiedyś wyjaśnię, co to jest takiego ten wirus mentalny, albo inaczej – wirus umysłu.
    Intuicyjnie czuję, że najlepszym sposobem na pozbycie się zawirusowania z mózgu podłapanego we wczesnym dzieciństwie jest spojrzenie prawdzie w oczy poprzez spisywanie swoich wspomnień, oraz poprzez uważne obserwowanie realnego świata w teraźniejszości. Niestety wirus to też czuje, i robi co w jego mocy, by zablokować moją wyobraźnię. Mam wiele pomysłów literackich, ale bez przerwy czuję blokadę w postaci niesmaku i różnych, mniej lub bardziej logicznych, wydumanych problemów. Wyobraźnia, niezbędna przecież przy odtwarzaniu wspomnień, jak i tworzeniu własnych historii, jest zawalona napływającymi, nie wiedzieć skąd, bzdurami.
    A jednak jest poprawa. Robię się coraz bardziej cierpliwy, coraz słabiej wirus kusi mnie, bym się szarpał i robił cokolwiek na siłę.
    Nie jest mi lekko. Ale myślę, że z tego wyjdę.
    Bardzo mi się podoba piosenka Gwen Stefani „4 in the morning”, i inne jej piosenki. Ma taki fajny, optymistyczno-płaczliwo-jęczący sposób śpiewania. Albo jak leciał, bo teraz już nie leci, videoclip „Destination Calabria” z takimi na zielono jaskrawo ubranymi dziewczynami w mini i ułańskich czapkach. Rozśmieszało mnie to, bawiło, i podniecało... moją wyobraźnię.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
8 września 2007

Cholerne okno

    Byłem ostatnio w cholernie podłym nastroju.
    A wszystko przez te cholerne okno. Gdzieś w czerwcu prawe skrzydło nie chciało się zamknąć. Jest to takie nowoczesne okno, z wieloma pozycjami klameczki. No i w pozycji „okno uchylone” klameczka się zacięła, i nie chciała opuścić do pozycji „okno zamknięte” poprzez pozycję „okno otwarte”. To znaczy na siłę jakoś szło, ale się przestraszyłem, że jak tak nacisnę na siłę na klameczkę, to mechanizm się w środku rozwali, metalowe połączenia pogną nieodwracalnie. Więc zrezygnowałem i zostawiłem te okno uchylone na dłużej. Nadchodziło lato, więc co mi tam szkodzi – niech sobie będzie uchylone.
    Trzymam w tym pokoju właściwie wszystkie swoje książki. Matematyczne w szafie, resztę na otwartych półkach lub na podłodze gdzie popadnie.
    Trzy dni temu, wieczorem, wszedłem do tego pokoju w poszukiwaniu jakichś papierów, i stwierdziłem, że jest w nim strasznie chłodno, ale co gorsza – powietrze jest takie wilgotne. Nic dziwnego, ostatnio sporo padało.
    Wtedy mnie coś tknęło. Przyjrzałem się kilku książkom. Te z miękkimi okładkami, leżące na górze stosu, miały wygięte do góry okładki. Obejrzałem też kartki. Niektóre robiły wrażenie, jakby się lekko pofalowały. Może to było złudzenie, ale w lot powiązałem to z uchylonym oknem. Ono przez całe lato było uchylone! A więc wtedy, gdy padało, było w powietrzu wilgotno! Przeraziłem się nie na żarty.
    Zacząłem przeglądać nerwowo stosy moich notatek. Mocno podniszczone, teraz robiły na mnie wrażenie jeszcze bardziej podniszczonych.
    Powtarzam – może mi się tylko to wydawało, ale serce zaczęło mi mocno kołatać na myśl, że pozostawiając dwa i pół miesiąca temu okno uchylone doprowadziłem do długotrwałego niszczenia hurtowego moich książek i notatek. Nie cierpię popełniać takich NIEODWRACALNYCH BŁĘDÓW!!!!!
    Bliski zawału (bez przesady – to tylko taka figura stylistyczna) położyłem się na kanapie. Powoli się uspokajałem, tłumacząc sobie w duchu, że nawet jeśli, to nie ma co się martwić.
    NIE MA, DEBILU, SIĘ CO MARTWIĆ!!!
    Jednak leżąc długo, wreszcie nerwy mi opadły. „No, chłopaku, nie przesadzaj, to tylko materia” - uśmiechnąłem się do siebie wreszcie.
    I wtedy w głowie pojawił się wrzask: „Mikołajek!!!” Boże drogi, Jezu Chryste, Panienko Najświętsza – jednym tchem wymieniłem wszystkie znane mi bóstwa, w które i tak już nie wierzę – a co z Mikołajkiem???
    Zerwałem się z kanapy i poleciałem do pokoju z książkami. Na górnej półce leżały wszystkie nowiutkie książki z Mikołajkiem, jakie sobie skompletowałem pół roku temu, by mieć w domu moją najbardziej ulubioną lekturę z dzieciństwa. Leżą tam nietknięte, sam ich jeszcze na powrót nie czytałem – w dzieciństwie przeczytałem dwie części siedem razy (tylko dwie były dostępne wtedy w Polsce) – ale w dorosłości nie potrafię tego czytać. Jest to dla mnie swego rodzaju pomnik czegoś, co uświadomiłem sobie po raz pierwszy w życiu, że umiem się jednak śmiać.
    Zacząłem delikatne, ale dokładne oględziny. Kwadratowe, twarde okładki wydawały się nietknięte, niezmienione. Ale kartki... taaak! Oooo, moje serduszko, kurwa mać, kartki są minimalnie, ale trochę pofalowane! Ich grzbiet nie stanowi jednolitej, prostej, gładkiej ściany krawędzi kartek, ale jest MINIMALNIE POFALOWANY! W kilku miejscach brzegowa kartka odstaje od twardej, błyszczącej, grubej okładki na jakieś... jedną czwartą milimetra.
    To samo dotyczyło grubej księgi z nowymi przygodami Mikołajka, które dostałem od taty na niedawną gwiazdkę (jako niewierząca osoba nie uznaję gwiazdki, ale nie posuwam się na razie do bojkotowania w tym czasie mojej rodziny). Wszystkie Mikołajki PRAWDOPODOBNIE przez to głupie okno nie są już IDEALNIE JAK NOWE!
    „Jak ja to przeżyję, jak ja sobie poradzę z tą myślą?” - myślałem bliski płaczu. W końcu jednak sobie wytłumaczyłem, że skoro mi tak zależy na nowości tego pomnika z dzieciństwa, to te Mikołajki dam biednym dzieciom, a sobie kupię nowe i zawinę na wszelki wypadek w celofanowe worki.
    Z oczami pełnymi łez w końcu spokojnie zasnąłem tej nocy.
    Ale cholerne okno zamknąłem. Na siłę.
    Wczoraj rano przyszedł Albert, któremu się poskarżyłem na cholerne okno. Albert nic nie mówiąc poszedł do gabinetu (tak nazywam pokój z książkami), otworzył okno mimo moich protestów i zaczął majstrować przy mechanizmie. W pewnym momencie wskoczył na parapet, w swoich butach, by sięgnąć górnej części okna. Jęknąłem w duchu - „na mój gładziutki parapet w butach, to dopiero się parapet porysuje!” On majstrował przy cholernym oknie, a ja patrzyłem na jego buty ślizgające się na moim gładziutkim, delikatnym, wrażliwym parapecie. W końcu nie wytrzymałem: „Albert, nie naprawiaj tego okna! Złaź z mojego parapetu!” Po gwałtownej wymianie zdań Albert zrezygnował z naprawiania okna, z tym, że jego oczy wysyłały wyraźny komunikat, że akurat w tym momencie nie ma on szczególnego szacunku dla mojego intelektu. I dobrze – z powrotem wróciliśmy do przerwanej rozmowy, siadając przy herbacie.
    Ale mój humor był zniszczony do szczętu – gdy zostałem sam w domu, bez Alberta, bardzo wnikliwie obejrzałem parapet, ale żadnych rys po jego butach nie znalazłem. „Ale na pewno zrobił ziarenkami piasku jakieś mikroskopijne rysy, których wcześniej nie było” - złorzeczyłem w duchu Albertowi.
    Takie przygody są jednak korzystne dla zdrowia. Coraz bardziej jestem bliski transformacji mojego mózgu, by się nie przejmować takimi materialnymi sprawami, by mieć to głęboko gdzieś, i dzięki temu móc się zajmować ciekawymi i naprawdę wartościowymi sprawami.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
5 września 2007

Orkiestra symfoniczna

    Słuchacze powoli zajmowali miejsca, ale w końcu zajęli tylko jedną czwartą sali. Choć bilet miałem w sektorze C, zauważyłem, że w loży centralnej są wolne miejsca. Usiadłem więc tam sobie, gdy było widać, że nikt tam już nie przyjdzie.
    Miałem najlepszy punkt obserwacyjny. Loża centralna ma jakieś 10 metrów długości, i szklaną, falującą barierkę. Przez tę barierkę, idealnie czystą, widziałem z góry, jak na patelni, wszystkie miejsca orkiestry.
    Na przodzie, pośrodku, stał czarny fortepian, za nim masa krzeseł. Po prawej, wsparte na małych krzesełkach, stało przygotowanych pięć kontrabasów. Obok każdego kontrabasu stało wysokie krzesło – dla kontrabasisty.
    Wreszcie światła pogasły, oświetlone było tylko miejsce dla orkiestry. Otworzyły się drzwi i gęsiego zaczęła wchodzić Orkiestra. Orkiestra Symfoniczna PFB. Panie w czarnych wieczorowych sukniach, panowie też w czerni i na wieczorowo. Może to były fraki, a może smokingi, surduty pewnie nie, bo w surdutach chodziło się sto lat temu. Rozległy się oklaski.
    Opiszę dokładnie skład orkiestry, bo pierwszy raz w życiu zwróciłem na to uwagę. A więc po lewej, za fortepianem, usiadł 25-osobowy oddział skrzypków. Trochę po prawej sześć wiolonczeli, zupełnie po prawej – pięć kontrabasów.
    Tu, w tej sekcji smyczkowej, miałem problem. Otóż byłem pewny, że altówki (występujące w programie koncertu) to takie wiolonczele, tyle że mniejsze. Ale te wiolonczele, stojące każda na swoim słupku, niczym się od siebie nie różniły (prócz kolorem). Kontrabasy to kontrabasy. Więc gdzie te altówki?
    Później sprawdziłem, że altówki to nie małe wiolonczele, ale duże skrzypce. Po prostu altówki były wśród tych 25-ciu skrzypków, też się na nich gra trzymając je pod brodą.
    Za sekcją smyczkową była linia fletów. Od lewej – trzy flety poprzeczne, i dwa oboje. Każdy flecista miał też mały flecik piccolo, który bardzo cienko piska. Od czasu do czasy odzywał się w czasie koncertu piccolo jako instrument solowy.
    Dalej była linia dęta. A więc: od lewej – cztery waltornie ustawione w kwadrat 2 na 2 (waltornia to taka zakręcona trąba kojarząca się z myślistwem), dalej dwa klarnety, dwa fagoty, i dwie trąbki.
    A zupełnie z tyłu, pod ścianą, były instrumenty perkusyjne: kotły, cymbałki, werbel, facet z takim wielkim bębnem, wielkim złocistym talerzem, który robił „ksssss”, i metalowym trójkątem. Dalej w prawo były jeszcze trzy puzony, i później, w drugiej części koncertu – tuba (to taka wielka trąba, którą widać często w górniczych albo strażackich orkiestrach).
    Między orkiestrą a fortepianem stał podest. Gdy muzycy zajęli swoje miejsca, oklaski ucichły, i wszedł ubrany we fraku dyrygent Melani Mestre, 31-letni Hiszpan. Znów rozległy się oklaski.
    Mała dygresja. Czasem się zastanawiam, jak działa miasto. Jak to wielkie mrowisko funkcjonuje, że na ulicach nie toniemy w zwałach śmieci, że gdy się pali, to przyjeżdża pomoc, że gdy chorujemy, to też przyjeżdża pomoc, że ktoś uczy dzieci, wyrabia chleb, naprawia buty, sprzedaje owoce? Jak działa ten wielki mechanizm?
    Przyjrzenie się orkiestrze symfonicznej pomaga to zrozumieć. Miasto jest jak orkiestra. Prezydent to dyrygent. Cała hierarchia pod spodem to dyrygenci niższego szczebla. Potem są „sekcje instrumentów”: służby porządkowe, policjanci, strażacy, służba zdrowia, handlowcy, rzemieślnicy, służby komunikacyjne, nauczyciele, i wiele innych „sekcji instrumentów”. Miasto to jedna, wielka, bardzo skomplikowana orkiestra. I bardzo dużo zależy tu od dyrygentów.
    Bo inaczej jest kakofonia.
    Program przewidywał trzy utwory. Najpierw była Uwertura w Katalońskim Stylu pt. „Las czarodziejek”, właśnie autorstwa Melani Mestre. Potem Koncert na fortepian i orkiestrę, który skomponował w 1942 roku Rodrigo Joaquin. Tu pojawił się pianista – 22-letni Maciej Granat, który zasiadł za fortepianem. Koncert ten składał się z czterech części:
1) Allegro con brio; 2) Allegro molto ritmico; 3) Largo; 4) Allegro maestoso.
    Terminy te opisują tempo, w jakim ma być zagrana dana część. Allegro znaczy ruchliwie, wesoło. Largo – szeroko, czyli wolno. Drugi wyraz ma doprecyzować, np. con brio znaczy „z życiem”, a maestoso - „majestatycznie”. Sprawdziłem sobie to w sieciowej encyklopedii.
    Te dwa utwory trwały jakieś trzy kwadranse, i była przerwa. Znów wyszliśmy na korytarz rozprostować kości.
    Po przerwie zaplanowany był Antonin Dvořák: VIII Symfonia G-dur op.88. Znów bez fortepianu, jak w Uwerturze. Skrót op. znaczy opus, czyli dzieło. Czyli dzieło osiemdziesiąte ósme.
    I tu znów były cztery części:
1) Allegro con brio; 2) Adagio; 3) Allegretto grazioso – Molto vivace; 4) Allegro ma non troppo.
    Zauważyłem, że nasze życie też ma różne tempa. Najfajniej jest, gdy żyjemy w tempie Allegro con brio, ale jak uczy znana piosenka, „w życiu piękne są tylko chwile”. Ale ja nie wierzę do końca tej piosence.
    Cały ten koncert to było dla mnie niesamowite przeżycie. Najbardziej mnie ucieszyło, że moje ucho rozróżnia poszczególne instrumenty. Widziałem nadymane policzki muzyków, i nareszcie dowiedziałem się, jak brzmi obój, a jak waltornia.
    Tylko tuby, choć wielka, nie byłem w stanie oddzielić od reszty instrumentów.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
2 września 2007

Filharmonia na Ołowiance

    Na koncert symfoniczny wybrałem się przedwczoraj, ale bilety zarezerwowałem sobie dwa dni wcześniej. Nie wiedziałem, że to nie ma znaczenia, bo ludzie dopiero budzą się do sezonu artystycznego 2007/2008, i sala nie będzie pełna.
    Więc przedwczoraj spojrzałem w lustro i uznałem, że jak na koncert w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej im. Fryderyka Chopina jestem stanowczo zbyt zarośnięty. Należę do facetów, którzy raz są zarośnięci, a raz nie – golę się mniej więc raz na pięć dni (stosownie do rad Gotfryda oszczędzam energię). Tym razem mój zarost miał trzy dni, i uznałem, że z uwagi na wytworność miejsca wyjątkowo ogolę się wcześniej.
    Jeśli chodzi o ubiór, to ubrałem się na zielono. Zielone płócienne spodnie, zielono-brązowa koszula, brązowe adidasy, i jasnozielona płócienna marynarka, która wygląda na trochę zmiętą. Ogólnie źle nie wyglądałem, ale w tym stroju bardziej bym się nadawał na safari.
    Do kieszeni włożyłem sobie mały składany parasol, który do mnie nie pasował, bo był niebieski. Ale wystawał tylko trochę, więc nie burzył zanadto kompozycji.
    Wyszedłem o 18.45, bo do 19.45 miałem odebrać bilet zarezerwowany w kasie, a koncert miał się zacząć o 20.30. To do mnie zupełnie niepodobne – tak profilaktycznie wyjść wcześniej, żeby się nie spóźnić. W mojej głowie zachodzą ostatnio rewolucyjne zmiany.
    A więc najpierw kolejką do Gdańska Głównego, potem szedłem na piechotę daleko, daleko, bo aż do Motławy, potem przez mostek, potem nad nową Motławą, a potem w lewo wzdłuż Nowej Motławy minąłem marinę, gdzie jest pełno zacumowanych yachtów. Wreszcie doszedłem do ulicy Ołowianka, która nazywa się tak samo, jak tamtejsza mała dzielnica – Ołowianka.
    Jest tam taki zadbany placyk, przy którym stoi dostojny Hotel Królewski, który powstał dzięki przebudowie ruin – wygląda jak stary spichlerz, ma małe okienka, i część cegieł jest zapewne przedwojenna. A obok stoi równie dostojna Filharmonia – nowy, w pełni nowoczesny budynek, ale być może też zbudowany na bazie starego.
    Idąc przez placyk minąłem małą fontannę ozdobioną alegorycznymi rurami organowymi oraz rzeźbą klawiatury fortepianowej i pięciolinii z kluczem wiolinowym. Doszedłem do drzwi frontowych, ale pan pilnujący wejścia wskazał mi mały domek stojący nieopodal – tam jest kasa.
    Obok kasy stopi słup metalowy, w którym są odbite dłonie około setki znanych ludzi kultury. Jest dłoń Wojciecha Malajkata, Krystyny Jandy, Jana Frycza, Stanisława Tyma, i wielu, wielu innych. Wszystkie dłonie są do siebie bardzo podobne.
    W kasie odebrałem swój bilet, na którym było zdanie: „W dawnej hali turbin dziś rozbrzmiewa muzyka...”
    Wszedłem do foyer Filharmonii. Wszystko pięknie wykończone, marmurowe podłogi. Na ścianach wiszą fotografie. Jest to wystawa pt. „Absolutnie na Zewnątrz”, autor – Thibaut Cuisset. Jest to wystawa w ramach Międzynarodowego Festiwalu Fotografii (www.transfotografia.pl), który potrwa do 23-go września br. Te akurat fotografie przedstawiają krajobrazy Islandii i pustyni Namib - „dwa terytoria nie ukształtowane ręką człowieka”. Podobały mi się, ale nie jestem piewcą Samotności, a one kojarzyły mi się właśnie z Samotnością. Więc często odwracałem od nich wzrok, który jednak jak na gumeczce do nich wracał. W końcu podszedłem do okien wychodzących na Starą Motławę, gdzie dobrą chwilę obserwowałem ludzi spacerujących po drugiej stronie rzeki.
    Wreszcie odezwały się dzwonki, i wszedłem wraz z innymi na widownię sali koncertowej.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
31 sierpnia 2007

Głowa do góry!

- Wiesz, założyłem ostatnio kwartet.
- Tak? A ilu was tam gra?
- Trzech: ja i mój brat.
- To ty masz brata?
- Nie. A czemu pytasz?

    Moja ciocia z Warszawy – siostra mojego taty, a mama dwóch kuzynek, które trzy tygodnie temu u mnie gościły – zawsze ma dobry humor. Prawie nigdy nie widziałem jej w złym humorze. Czasami nawet odnosiłem wrażenie, że ona sobie narzuca ten dobry humor odgórnie, z zasady.
    Czasami zastanawiałem się, czy to jest dobre. No bo jest to trochę przekłamywanie rzeczywistości: mam zły humor, a będę na zewnątrz udawał dobry humor. Pod tym względem byłem przeciwieństwem mojej cioci: prawie zawsze byłem w złym humorze, co hojnie okazywałem wszystkim szczęściarzom mającym ze mną przyjemność się spotkać. Najbardziej tępił to Albert: „rozchmurz się, weź się w garść, głowa do góry, przestań marudzić”. A ja dalej swoje.
    Myślę, że moja postawa nie była dobra. Często doprowadzałem do tego, że słuchające mnie osoby kwaśniały w oczach. A to niedobrze – tak psuć innym nastrój.
    Teraz się zmieniłem. Staram się nie zatruwać innym życia. Co prawda nadal 70% czasu jestem zmartwiony (choć ten procent i tak zmalał z 90%, i maleje dalej), ale staram się tego nie eksponować, czasem wręcz po angielsku się wycofuję. Owszem, poruszam tzw. sporne, trudne tematy od czasu do czasu, ale nauczyłem się wtedy nie narzekać, tylko rzeczowo i spokojnie omówić problem, bez czarnowidztwa. Bardzo dużo zależy od formy. Jeśli forma i ton wypowiedzi są rzeczowe, ludzie chętnie rozmawiają o problemach. Ale jeśli ktoś kwaśnieje, nie należy naciskać – wtedy taka dyskusja nic nie da. Da tylko zły humor – zamiast zrozumienia problemu i wyciągnięcia wniosków.
    Co do mojej cioci, to ona nie udaje dobrego humoru. Ona nauczyła się po prostu na zawołanie wprawiać siebie w dobry humor. I uważam, że jest ona przez to dobrym duchem dla swoich znajomych. Ale ja tak nie potrafię. To wielka sztuka – umieć tak trzymać fason. Ma to jednak swoją cenę – otóż przy ciotce trochę trudno człowiekowi być do końca sobą. Ma się wrażenie, że trzeba głowę cały czas trzymać w pionie. Z moim tatą jest trochę podobnie – taka przedwojenna szkoła.
    Co do mnie, jeśli będę miał kiedyś swoje własne dzieci, chciałbym, żeby w smutku mogły do mnie przyjść i się przytulić. A może nawet wypłakać.

    No! Dosyć tego marudzenia. Głowa do góry! Smutki, precz!

    Wczoraj dokonano serii zatrzymań osób, które albo miały zeznawać przed speckomisją sejmową, albo były gotowe zeznawać chętnie przed komisjami, które jakoś nie mogą powstać. Minister sprawiedliwości jest sędzią we własnej sprawie i nie podaje się z tego powodu do dymisji. Jego oponent siedzi za to w prokuraturze, być może dobrze robi odmawiając zeznań.
    Szkoda mi trochę tego PiS-u. Przypominają trochę węża, który zjada własny ogon. Chcą naprawiać świat na siłę nie zdając sobie sprawy z własnych ułomności. „Proszę bardzo, zobaczcie, jacy jesteśmy prawi i sprawiedliwi, nawet wśród swoich tropimy czarne owce!” Tyle tylko, ze te czarne owce mogą powiedzieć coś bardzo niewygodnego. Izolowanie ich właśnie teraz wygląda bardzo dwuznacznie.
    Molier jest ponadczasowy. Tartuffe w „Świętoszku” też grał takiego aniołka, co to cały czas modli się i bije w piersi, i ubolewa nad grzesznymi duszami innych ludzi. A ślepy Orgon daje się cały czas na to nabierać i wodzić za nos, stawiając w końcu Tartuffa nad własną rodzinę.

    Jak na ironię, dzisiaj jest 27-ma rocznica podpisania Porozumień Sierpniowych i powstania Solidarności. Trzeba szanować ideały, choć często nie mają one pokrycia w rzeczywistości. Postanowiłem więc rocznicę uczcić, i wieczorem idę do Polskiej Filharmonii Bałtyckiej na koncert Orkiestry Symfonicznej PFB pod dyrekcją Melani Mestre (Hiszpania). Na fortepianie zagra Maciej Granat.
    Więcej informacji (np. o przyszłym programie Filharmonii) na stronie www.filharmonia.gda.pl.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
29 sierpnia 2007

Pozytywne wibracje

    Wibrafon - perkusyjny instrument muzyczny, podobny do dzwonków i ksylofonu. Zbudowany jest z metalowych płytek (czym odróżnia się od ksylofonu, w którym płytki są drewniane) połączonych z zestawem rur, pełniących rolę rezonatorów i tworzących wibrujące dźwięki przy uderzaniu płytek pałeczkami o główkach obciągniętych filcem lub gumą. (wikipedia)

    O godzinie 21.45 miał się zacząć występ Kwintetu Emila Kowalskiego. W programie były aranżacje jazzowe utworów Mozarta: Sonaty fortepianowej  A-dur KV 331, Ave Verum Corpus KV 618, Symfonii g-moll KV 550, oraz części drugiej i trzeciej Koncertu klarnetowego A-dur KV 622. Skrót KV oznacza Katalog Köchla, w którym każdy utwór Mozarta ma swój numer porządkowy.
    Ciekaw byłem, jak to będzie brzmiało, uwielbiam wszelkiego rodzaju eksperymenty, a muzyki klasycznej na jazzowo do tej pory nie słyszałem. Słyszałem natomiast aranżacje symfoniczne piosenek Beatlesów, czyli w drugą stronę. Na przykład „Michelle”, albo „Yesterday”.
    O, pamiętam, w ubikacji w Londynie leciały te aranżacje – byłem wtedy tym trochę zbulwersowany, ale co kraj to obyczaj.
    Myślę zresztą, że nie jeden klasyk by się nie powstydził melodii Beatlesów, para Lennon-McCartney – to była genialna para! Potem, gdy się rozeszli, to już nie było to samo. Szkoda. A ja akurat wtedy dojrzewałem. Przeżyłem beatlemanię ex post.
    Zanim się koncert zaczął, musiałem znaleźć sobie miejsce. Na ławkach było gęsto, ludzie zaczynali już siadać na trawie. Jednak tym razem chciałem zachować suchy tyłek, więc pilnie zacząłem chodzić wzdłuż ławek. I znalazłem miejsce obok jakiejś anglojęzycznej pary, która nie od razu zrozumiała, gdy spytałem ich po polsku, czy to wolne miejsce jest wolne. Potem przyszła jeszcze jakaś melomanka, i spytała mnie po polsku, czy moglibyśmy się trochę posunąć, bo i ona chciałaby usiąść, i przez chwilkę odczuwałem pokusę, by udać, że też jestem anglojęzyczny. Ale zwykle nie lubię na serio kłamać, przynajmniej gdy nie czuję się do tego przymuszony, więc wytłumaczyłem anglojęzycznej parze, by się jeszcze trochę posunęli (tym razem bardzo mi ciężko było im to wytłumaczyć), i jakaś melomanka w końcu usiadła.
    Zanim koncert się zaczął, minęło trochę czasu. Więc rozglądałem sie wokół, podziwiając elewację pałacu, co czasem było niemożliwe, gdyż specjalne reflektorki obracając się powoli ostro świeciły profilem Amadeusza po ścianach, i jeden był źle zaprogramowany – zbyt nisko przelatywał nad nasza ławką i chwilami byłem całkowicie oślepiony. Więc zamykałem wtedy oczy.
    Ale w pewnym momencie, gdy reflektorek łaskawie chwilowo dał mi spokój, dostrzegłem na jednym z balkonów transparent: Tadeusz Link, Sztuka widzenia teatru. Zapamiętałem to sobie, i potem sprawdziłem: jest to wystawa, właśnie w Pałacu, czarno-białych fotografii poświęconych pracy w teatrze. Sądzę, że się na to wybiorę, ma podobno potrwać do końca września.
    Wreszcie koncert się zaczął. W koncercie wzięły udział następujące instrumenty: wibrafon (Dominik Bukowski), akordeon (Cezary Paciorek), perkusja (Tomasz Sowiński), kontrabas (Piotr Lemańczyk), i klarnet, na którym grał założyciel zespołu Emil Kowalski, który jest uważany za najlepszego klarnecistę jazzowego w Polsce.
    Baaardzo mi się podobało. Były to swobodne aranżacje, w których trzeba było się samemu doszukiwać znanych mozartowskich tematów. Dałem się wciągnąć w tę grą zagadek muzycznych (w ogóle lubię zagadki), i mogłem zapomnieć o tym potwornym, niebezpiecznym i przerażającym świecie (to taki żart) prawie do północy.
    Moja nieżyjąca już 14 lat mama (kiedyś może o niej opowiem) nie lubiła głównie trzech rzeczy: obłudy, języka rosyjskiego i akordeonu. Rozsądek, który nie zawsze mi w życiu towarzyszył, jednak co do mamy był nieubłagany: „mama to twój najbliższy przyjaciel” - przypominał. Więc i ja języka rosyjskiego i akordeonu – bardzo nie lubiłem. Obłudy też nie lubiłem, ale (podobnie jak mama) nie zawsze potrafiłem się jej ustrzec w swoich poczynaniach.
    Na koncercie Kwintetu Kowalskiego polubiłem akordeon. Mama nie miała racji. Bardzo ładnie się wkomponował w całość, a czasem i nawet solówki wygrywał. Jednak klarnet i wibrafon najbardziej były miłe memu uchu. Gdybym miał sobie wybrać na wyspie bezludnej dwa z trzech instrumentów: akordeon, klarnet czy wibrafon, wybrałbym klarnet i wibrafon. A gdybym miał wybrać jeden, to wybrałbym wibrafon.
    „Pum pum pum – plum plum plum”, albo „pum plum plum – plum pum pum”. Aż mnie dreszcze przechodzą, gdy sobie wspomnę te dźwięki.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
27 sierpnia 2007

Tańcząca fontanna

    Po godzinie dziewiątej wieczorem w piątek, trzy dni temu, wszedłem do Parku Oliwskiego bramą od ulicy Opata Rybińskiego, i skierowałem swe kroki w stronę południowej fasady Pałacu Opatów.
    Pałac Opatów został rozbudowany przez ostatniego opata oliwskich Cystersów – Jacka Rybińskiego. Jego pomysłem było otoczenie Pałacu ogrodami zaprojektowanymi na wzór parków Ludwika XIV w Wersalu.
    Jacek Rybiński był miłośnikiem muzyki, ufundował chór i zespół muzyczny dający koncerty i wystawiający opery. Akurat w roku 1756, gdy Opat wprowadzał się do ukończonego po rozbudowie Pałacu, urodził się Wolfgang Amadeusz Mozart. To właśnie jego muzyka rozbrzmiewała, gdy przemierzałem w piątek Park Oliwski. Chciałem obejrzeć tańczącą fontannę, o której przeczytałem w programie festiwalu.
    Ludzi robiło się coraz więcej. Coraz więcej i gęściej. W końcu dotarłem do linii drzew, gdzie za głowami stojących widzów zobaczyłem wielki plac wypełniony siedzącymi szczęściarzami. Wszyscy w zachwycie patrzyli na coś przed siebie, ale nie mogłem tego z początku przez liście i ludzkie plecy i głowy dostrzec. Słyszałem tylko Marsz Turecki, który natychmiast rozpoznałem, gdyż między innymi ten utwór, ku mojemu i nie tylko mojemu utrapieniu, moja mama często ćwiczyła na pianinie ze swoimi uczniami za ścianą mojego pokoju, zanim z domu wyjechałem na studia.
    Wreszcie znalazłem dziurę w tym murze, jakaś grupka ludzi akurat się wycofywała, więc skwapliwie to wykorzystałem i tam wlazłem.
    I wtedy to zobaczyłem. To dopiero Fontanna! To nie była taka sobie zwykła fontanna – to była Wodna Orkiestra Symfoniczna, szeroka na jakieś 20 metrów. Gdzieś ukryte wodne wyrzutnie, pewnie było ich z kilkadziesiąt, strzelały strumieniami H2O w górę i na boki. Musiały być całe sekcje tych wyrzutni, które w sposób skoordynowany włączały się w rytm mozartowskiej muzyki. Jedne sekcje były wysokie, pionowe, inne niższe, ukośne, a jeszcze inne obracały się z prawa na lewo zamiatając zaokrąglonymi strumieniami w powietrzu. Wszystko to się ze sobą mieszało, pulsowało, a do tego było jeszcze podświetlone przez różnokolorowe, migoczące reflektory.
    Cały ten spektakl przypominał ognie sztuczne, jednak było to niższe, bo była to woda, a nie rozpraszające iskry. Do tego ta woda tańczyła w rytm muzyki, która przeskakiwała bez pauzy z utworu na utwór.
    Ludzie byli jak zahipnotyzowani, jednak ja się dałem zahipnotyzować tylko na 20 minut. Spojrzałem na zegarek, była 21.35, więc się odhipnotyzowałem i poleciałem na dziedziniec, z drugiej strony Pałacu. O godzinie 21.45 miał się tam zacząć występ Kwintetu Emila Kowalskiego.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
25 sierpnia 2007

Mozartiana

    Dawno nie byłem już w Parku Oliwskim. W samym Parku. Bo czasami chodziłem do Katedry Oliwskiej na koncerty organowe, gdy ktoś przyjechał w gości, albo przez inny przypadek. Ale w samym Parku Oliwskim dawno nie byłem.
    Mam z dzieciństwa taki obrazek w pamięci: mama, tato, jakaś ciocia, spacerują sobie po Parku, a ja widzę potok, tato zachęca mnie, bym przeszedł na drugi brzeg. Po kamieniach. Nie było to łatwe, bo kamienie są oddalone od siebie. A dziecięce nóżki takie krótkie.
    Przegapiłem pierwszy dzień Mozartiany. Tak się nazywa festiwal mozartowski, który trwa od środy do dziś, a ma miejsce w altanie w Parku Oliwskim, w Sali Pałacu Opatów, na estradzie przed Pałacem Opatów, i przed fasadą południową Pałacu Opatów. I na koniec, czyli dziś, można było posłuchać Requiem d-moll KV 626 w Katedrze Oliwskiej. To słynne Requiem, którego Wolfgang Amadeusz Mozart nie zdążył ukończyć (zdaje się, że ukończył je jego uczeń).
    Ale ja tego dziś nie zobaczyłem. Dziś wyjechałem za miasto z Józefiną i Baltazarem do drugiego syna Józefiny i jego rodziny. Odpocznę od mojego miasta, które zresztą coraz bardziej lubię.
    Więc środę przegapiłem. Ale już we czwartek sobie o Mozartianie przypomniałem (plakaty wiszą i wpadają w oko), i pojechałem do Parku Oliwskiego z ochotą.
    Ładne to miejsce do spacerowania. Bardzo zadbane. Po kilku stawach pływają kaczki, trawa równo ścięta, przeróżne gatunki drzew, klomby z kwiatami, a pośrodku, wśród alejek, stoi Palmiarnia, gdzie rosną egzotyczne rośliny.
    Hilary wyjaśnił mi, ze różnica między palmiarnią a oranżerią jest taka, że w palmiarni mogą rosnąć wysokie palmy, więc ten oszklony budynek jest wyższy od oranżerii. Ale i to i to jest szklane, i rosną tam egzotyczne rośliny.
    Dużo ludzi było w Parku wczesnym wieczorem. Ja chciałem zobaczyć fragmenty „Wesela Figara”, a nie wiedziałem, gdzie jest altana, więc kierowałem się sopranem Hrabiny, która głośno coś nadawała do Hrabiego nadającego barytonem, albo był to Figaro, który nadawał barytonem. Strasznie głośno się kłócili, więc łatwo, jak po nitce do kłębka, trafiłem. Parę razy minęło mnie kilkoro dzieciaków przebranych w stroje z epoki Mozarta, z perukami na głowach, we fraczkach i bucikach z kokardkami. Twarze mieli kompletnie upudrowane i wyszminkowane, a dziewczynki miały suknie na takich stelażach (nie znam nazwy) o średnicy 1 metr, więc trzeba było je omijać szerokim łukiem. Wyglądały jak porcelanowe lalki. Nie chciałbym żyć w tamtej epoce.
    W końcu dotarłem pod tę altanę, i chwilę się przysłuchiwałem śpiewającemu mezzosopranowi Cherubina. Potem Hrabina z Hrabią znowu zaczęli śpiewająco się kłócić, a widzowie wokół altany albo stali, albo siedzieli na równo skoszonej trawie.
    Ja raz stałem, raz siedziałem, wstawałem i siadałem na przemian, bo albo chciałem zobaczyć śpiewaków, albo ulżyć nogom, ale wtedy robiło mi się pod spodem chłodno i wilgotno, bo chłodno i wilgotno było na ziemi. W końcu stwierdziłem, że to nie dla mnie. Mozart nie Mozart, nie będę się przysłuchiwał takim śpiewanym dialogom. „Ależ moooja Hraaabinooo, droooga paaani, wystaje ci kawałek haaaleeczki spod suuukniii” – basuje Hrabia. Na to Hrabina trzy oktawy wyżej: „Ależ drooogiii Hraaabio, gdzie paaan paaaatrzysz, moja twarz jest półtora metra wyyyżej”. Nie, nie bawi mnie to, bo nie wiem, czy mam skupić się na wymianie zdań, czy na muzyce. Zresztą ani to, ani tamto, nie jest w moim guście.
    Wolę Mozarta „instrumentalnego”. A nawet za nim przepadam. „Tam, tam tam, ta ram tam – tam tam tam….(przerwa)…. tam, tam tam, ta ram tam – tam tam tam. Któż nie zna tej melodii…
    To było w czwartek. Natomiast w piątek czekała mnie tańcząca fontanna i Mozart na jazzowo. Był ciepły wieczór, po godzinie dwudziestej pierwszej, a ja wszedłem znów do Parku Oliwskiego, skręciłem w lewo, i skierowałem swe kroki w stronę południowej fasady Pałacu Opatów…

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
24 sierpnia 2007

Trzy różne filmy

    Bardzo trudno w dzisiejszych czasach o dobry film. Większość jest obliczona na poklask złaknionej emocji publiczności, czyli wyłącznie na zysk.
    A filmy mają ogromny wpływ na nasz emocjonalny stan. Może się zdarzyć, że nie zrozumiemy szlachetnych być może intencji reżysera i scenarzysty, a wyjdziemy z kina roztrzęsieni, i jeszcze bardziej przestraszeni. A to jest niekorzystne dla nas z punktu widzenia naturalnego procesu zdrowienia.
    Film „Słaby punkt” ma kilka mocnych punktów. Po pierwsze - ciekawa zagadka kryminalna: gdzie, u licha, jest narzędzie zbrodni, skoro z domu, gdzie popełniono morderstwo, nie wychodził zabójca, aż do jego pojmania?
    Po drugie - ciekawe dialogi - np. że prawie każde jajko na skorupce ma swój słaby punkt - jeśli go lekko nacisnąć, skorupka pęka (nie mam pojęcia, czy to prawda). Stąd tytuł filmu. Intryga filmu polega na pojedynku prokuratora (świetny, a nieznany jeszcze szeroko Ryan Gosling) i mordercy (Anthony Hopkins - taki jak zwykle). Obaj wzajemnie szukają swoich słabych punktów.
    Po trzecie - świetna muzyka. To znaczy mi się podobała. Nie wiem, jak ją opisać. Wyrazista - pasowała do budowania napięcia i akcji.
    I po czwarte – kilka fajnych momentów-niespodzianek. Których oczywiście nie zdradzę.
    Jeszcze raz podkreślę kreację Ryana Goslinga – był dla mnie niezwykle przekonujący. No i nie będę ukrywał: oczarował mnie swoją naturalnością i swobodą.
    Więc film oceniam jako dobry kryminał (jeśli chodzi o filmy, słowo „dobry” to dużo - kinematografia współczesna zeszła, moim zdaniem, na komercyjne manowce). Bawiłem się dobrze, ale w trakcie projekcji tak sobie myślałem, czy to korzystne dla mnie być przez dwie godziny w takim napięciu.
    Przy okazji kilka słów o „Labiryncie Fauna”, na którym byłem jakieś cztery miesiące temu, więc który pewnie można pożyczyć, bo w kinach już go nie ma.
    Otóż moim zdaniem jest to film o istocie schizofrenii: dziewczynka żyje w dwóch światach - rzeczywistym i okropnym, oraz urojonym i bajkowym, ale równie niebezpiecznym, bo oszukującym dziewczynkę od środka jej umysłu.
    Poza tym jest w nim kilka aluzji, dlaczego ten rzeczywisty świat jest taki okropny. Np. Dowódca pyta Doktora: „Dlaczego pan nie wykonał mojego rozkazu?” A ten odpowiada: „Bo nie należę do ludzi takich jak pan, którzy wykonują polecenia bez zrozumienia ich sensu”. Gdy usłyszałem to zdanie, przypomniałem sobie moją wewnętrzną szarpaninę, gdy broniłem się przed dziwnymi poleceniami pojawiającymi się w mojej świadomości.
    To, co powiedział ten Doktor, jest dla mnie niezwykle ważne. Nawet teraz, gdy nie mam urojeń.
    Informuję jednak, że film jest bardzo sugestywny, i dlatego lepiej go oglądać w dzień, najlepiej w towarzystwie kogoś bliskiego.
    A potem trzeba go koniecznie dobrze przemyśleć i przegadać, aż się wszystko do końca zrozumie.
    Jeśli chodzi o „Don Juana DeMarco”, którego obejrzałem sobie dzisiaj – to strasznie bałamutny film! Z jednej strony lekki i dowcipny, z drugiej – tak na oko – stek bzdur. Ale nie mogę się wypierać: łza mi się w oku zakręciła.
    Proponuję ten film potraktować tak, jak on traktuje widza – lekko i z przymrużeniem oka.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
23 sierpnia 2007

Rura wydechowa

    Pisanie bloga nie jest takie proste. Zwłaszcza dla kogoś, kto często kłapie dziobem teksty, które jego samego za chwilę zadziwiają. Ktoś, kto ma w zanadrzu kilka osobowości, dziwnie się czuje, gdy czyta coś, co sam parę godzin wcześniej napisał. Zupełnie zmienia mu się perspektywa: pisząc - wydawało mu się to okay, czytając - wydaje mu się to co najmniej dziwne.
    Jest na to recepta: napisz coś na brudno, odłóż i przeczytaj po jakimś czasie, gdy zmieni ci się nastrój. Być może, po przetrawieniu, będziesz mógł zweryfikować tekst napisany wcześniej. I tak długo to rób, aż będziesz pewien, że tekst jest: prawdziwy, ciekawy, nikogo nie obraża (za bardzo), nie sieje defetyzmu, itd. itp. Jeśli chodzi o przymiotnik „ciekawy”, to jest to bardzo względne. Zależy indywidualnie od każdego odbiorcy. Nie ma się co tym za bardzo przejmować.
    W ostatnim czasie mój nastrój tak falował, że powyższa recepta nie bardzo się sprawdzała. Ciągle nie byłem pewien.
    Powoli się uspokajam. Zagrałem nawet dzisiaj z Gotfrydem w kosza, i już nawet wygrywałem z nim jednym punktem, gdy na boisko przyszli dwaj młodzi chłopcy (poniżej 20 lat), i zagraliśmy z nimi dwóch na dwóch. Trochę nam dołożyli, a ja o mało nie wyplułem płuc. Potem Gotfryd zwrócił mi uwagę, że zbytnio szarżuję i nieekonomicznie zużywam energię. Latam za piłką jak narwany młodzik.
    My z Gotfrydem mamy takie swoje boisko w Gdańsku-Brzeźnie. Ładnie ogrodzone wysoką siatką, łańcuchowe siatki na koszach, porządne tablice. I zawsze jest wolne, gdy przychodzimy. Przynajmniej z jednej strony boiska.
    Potem pojechaliśmy kawałek na plażę, bardzo blisko – dwie minuty. W pewnym momencie strasznie nas podrzuciło, coś zagruchotało z tyłu podwozia, Gotfryd ostro zahamował i zaklął pod nosem, że to nieoczekiwany „śpiący policjant”. „A co ci tak zagruchotało?” - spytałem z troską. „Bo rura wydechowa mi wisi!” - powiedział ze złością, jadąc już powoli i wypatrując następnego zaczajonego śpiącego policjanta (oni często leżą dwójkami). „A dlaczego ta rura wisi?” - drążyłem temat. „Bo mi opadła!” - wyjaśnił logicznie, ostrożnie przejeżdżając po kolejnym śpiącym policjancie. Postanowiłem już nie drążyć tego tematu, dopiero gdy wysiedliśmy, a on zamykał drzwi, zajrzałem z tyłu pod samochód, i rzeczywiście: rura swobodnie wisiała tuż nad ziemią, bo gdzieś, jak zauważyłem, znikła trzymająca ją obręcz.
    Pół godzinki spędziliśmy na plaży, Gotfryd wziął kąpiel w morzu, wrócił szczęśliwie, wprowadził mnie w nowy matematyczny temat, umówiliśmy się na sobotę i wróciliśmy do domu.
    A jutro do Gazety Wyborczej mają dodać film z Johnnym Deppem: „Don Juan DeMarco”. Gra tam też nieżyjący już Marlon Brando i Faye Dunaway. Kupię sobie, chyba trzeba dodać do gazety jakieś 4 zł. Lubię Johnnego Deppa, i jestem ciekaw, czy on naprawdę był tym Don Juanem, czy tylko mu się wydawało.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
19 sierpnia 2007

Smooth jazz

    Trochę się czuję, jakbym się obudził z hibernacji. Jakbym zasnął dziesięć lat temu i obudził się w jakimś nowym świecie. Dla Stuhra i Łukaszewicza (albo raczej Maksa i Alberta, a może odwrotnie) nie było to miłe doznanie – obudzili się w świecie, gdzie nie było już ich kolegów.
    Ale dla mnie świat przed hibernacją nie ma się nijak do świata po hibernacji. Przed hibernacją świat był nie do zaobserwowania – jeden wielki chaos: chaos uczuć, myśli, obrazów i dźwięków. Po hibernacji coś zaczyna się układać. Obraz świata zaczyna się układać.
    Układać.

    W gazecie przeczytałem, że „wirtuoz saksofonu Marcin Nowakowski zagra z okazji czwartych urodzin gdyńskiego klubu jazzowego Bohema”. Postanowiłem tego posłuchać na własne uszy.
    W Gdyni bywam rzadko. Czasami trafiam tam na piechotę, brzegiem morza. Tym razem wolałem skorzystać ze środka masowej komunikacji (ŚMK).
    Od dworca do morza prowadzi ulica 10 lutego. Dochodzi się do skweru Kościuszki. Tutaj jest centrum rozrywkowe: bary, kawiarnie, dyskoteki, winda wożąca ludzi na pionowym, świetlistym jak choinka słupie, od której samego oglądania można nabawić się lęku wysokości i mdłości. Jest też Centrum Gemini, w którym mieści się multikino.
    Zaraz przy wejściu do Gemini, po lewej, znajduje się Bohema Jazz Club. Fajny klub. Wszedłem do niego trzy minuty po dwudziestej.
    Są tam trzy poziomy: poziom zerowy, z którego najlepiej widać małą scenę, poziom lekko zapadnięty, z którego widać nogi tych z poziomu zerowego, i poziom balkonowy, usytuowany nad poziomem zapadniętym, na który się wchodzi krętymi schodami.
    Wszystkie stoliki (niektóre blaty stolików mają kształt pokrywy fortepianu) były albo zajęte, albo stała na nich tabliczka „zarezerwowane”. Bezradnie rozglądałem się po całej tej sali. „Nie ma gdzie usiąść” – myślałem – „co ja, biedny, zrobię?”
    Spojrzałem w kierunku muzycznej sceny. Przy stoliku rozmawiało dwóch muzyków (jak się potem dowiedziałem: Wiktor Tatarek (gitary) i Przemysław Kuczyński (perkusja). Obok, w rogu, był jednak wolny stolik, strasznie blisko sceny. Pytam więc ich, czy ten stolik jest wolny. „Jasne” – usłyszałem – „to znaczy, chyba tak”. Usiadłem i zamówiłem herbatkę z owoców leśnych (w menu nosiła ona nazwę summer berry tea, wszystko tam jest po angielsku, nawet orzeszki ziemne).
    Koncert zaczął się dopiero pół godziny później, więc przez te pół godziny oglądałem sobie scenę: od lewej – włączony laptop; dalej gitary stojące pionowo na statywach – akustyczna, elektryczna, basowa; pośrodku sceny – trzy saksofony – altowy, sopranowy i tenorowy; a tuż obok mojego stolika – perkusja; i wielkie kolumny głośnikowe z obu stron.
    Patrząc na te instrumenty pomyślałem, że nigdy nie widziałem takiej martwej natury na obrazku. Gdybym umiał malować, zaraz bym to namalował. Na scenie panował porządek i harmonia.
    „No, zaraz zaczynamy” – powiedział perkusista do gitarzysty, gdy zobaczył szczupłego, o miłych, choć ostrych rysach twarzy człowieka, ubranego w wytarte dżinsy i luźną, czerwoną bluzę, który zmierzał od baru ku scenie. Młoda kobieta podeszła do mikrofonu i krótko przedstawiła bohatera wieczoru: Marcina Nowakowskiego. Powiedziała, że zwykle muzyka instrumentalna uchodzi dziś na nudną. „Ale nie w wykonaniu Marcina!”. Muzyk specjalizuje się w grze na saksofonach, choć gra również na flecie, klarnecie, fagocie i harmonijce. Ma już spory dorobek: współpracował z Kasią Kowalską, Robertem Chojnackim, Mieczysławem Szcześniakiem, jakąś sławą jazzową, ale nie pamiętam, i kilka innych znanych nazwisk.
    Zapadła cisza. Pan Marcin zawiesił na szyi jeden z saksofonów, chrząknął, pozostali muzycy zajęli swoje stanowiska. Lider przedstawił zespół: Tatarek z Gdańska i Warszawy, Kuczyński z Łodzi (prowadzi tam gazetkę „Moja kochana Łódź”, czy coś w tym guście), i „niespełna osiemnastoletni basista – Wojtek Miecznikowski z Otwocka!” Rozległy się brawa, Tatarek coś pomajstrował przy laptopie, zaczął się elektroniczny podkład, i ruszyli.
    Na moment ogłuchłem (blisko byłem), ale się przyzwyczaiłem, a potem byłem zadowolony, bo dzięki tej głośności się nie zamyślałem. A nawet więcej: stopy i dłonie zaczęły mi podrygiwać, i tak już zostało do końca. Ich rytmiczna muzyka porwała mnie całkowicie.
    Był to jazz. Ale tak zwany smooth jazz, czyli gładki jazz. Nie jakaś kakofonia, nieprzyjemne zgrzyty, trudne do rozszyfrowania muzyczne wygibasy, ale fajna melodia, ostra rytmika i od czasu do czasu szarpiące przyjemnie ucho dysonanse. Dokładnie to, co lubię. Naprawdę sprawiłem sobie niezłą radochę.
    Zagrali między innymi „Live to tell” Madonny z płyty „True blue”, a najbardziej utkwił mi w pamięci utwór „You are the sun” autorstwa Nowakowskiego, czyli wykonawcy. Przed każdym utworem muzyk powiedział kilka o nim słów. Podobało mi się to, że nie silił się na żadną wytworność, mówił tak, jakby grał u siebie w domu i mówił do swojej rodziny. Czasami było to trochę nawet nieporadne, a raz, gdy odszedł od mikrofonu, mruknął do siebie (usłyszałem to, bo byłem blisko): „jak zwykle, gadka mi dzisiaj nie idzie”. Rzeczywiście, konferansjerką trudno byłoby to nazwać, ale mi się taki luzak spodobał.
    Potem nawet chodził ze swoim saksofonem wśród publiczności, nachylał się, zwłaszcza do pań, i grał im do ucha. Fajny facet. Umie nawiązać kontakt z publicznością.
    Ponieważ zamówiłem sobie też piwo (choć ze względu na lek nie powinienem), strasznie mi się pod koniec chciało sikać, więc jak już skończyli grać po godzinie, poleciałem jak torpeda do toalety. Potem przy barze kupiłem sobie ich płytkę, i wczoraj z przyjemnością jej sobie posłuchałem.
    Wyszedłem stamtąd zadowolony. Był piękny wieczór, pełno ludzi, a mi w uszach ciągle dzwoniła muzyka.
    A przed chwilą, czyli dzisiaj, obejrzałem w kinie film „Słaby punkt” (Fracture). Na razie nie widzę w nim zbyt wielu słabych punktów. Ale muszę go sobie jeszcze przemyśleć.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
18 sierpnia 2007

Nowa komórka Józefiny

    Jejku, jaką w środę miałem chandrę! Chodziłem sobie po Północnych Łazienkach, rozmyślałem, i czułem coraz większy, psychiczny ból.
    Po północy dotarłem do domu, włączyłem optymistyczną muzyczkę, zażyłem moją obecną dawkę 2,5 mg zolafrenu, choć nie chciało mi się jeszcze spać, i chandra przeszła. Powiem więcej – chyba to moje ulubione piosenki sprawiły, że wpadłem w euforię.
    Zolafren uspokaja mój wstrętny generator niechcianych myśli, który dawno temu zalągł się w mojej głowie. A ja mam bardzo słabą, wrażliwą głowę. Od początku brałem bardzo małe dawki: rispoleptu, pernazyny, raz trilafonu, i teraz zolafrenu. Gdy przeszedłem na zolafren, brałem 10 mg zolafrenu, to powodowało, że spałem prawie cały czas, a jeśli nie, to oczy miałem na zapałki. Potem 5 mg, a teraz 2,5 mg dziennie (pół tabletki), na noc. Bardzo mało, a i tak mnie to usypia. I usypia moją chorobę. Na przykład kiedyś, przed ujawnieniem się choroby, do upicia się wystarczyły mi dwie butelki piwa. Teraz mi nie wolno pić piwa, ale kiedyś, jak wypiłem jedną puszkę lub butelkę, to się zataczałem. A na przykład Baltazar, syn mojej macochy Józefiny, to dopiero po dwunastu butelkach się słania. Czasami idziemy razem do baru, ja piję kawę, czekoladę albo cappy, a on osiem butelek piwa (robi się wtedy całkiem sympatyczny). To dopiero zawodnik!
    Gdyby Baltazar miał schizofrenię, pewnie potrzebowałby 30 albo 40 mg zolafrenu, bo ma bardziej mocną głowę. Każdy przypadek jest inny – trzeba o tym pamiętać!
    Na szczęście Baltazar nie ma schizofrenii. Co nie znaczy, że jego życie jest usłane różami – o tym też nie należy zapominać.
    Wróćmy do opisywanej środowo-czwartkowej nocy. Na euforii się nie skończyło, choć już się położyłem. Otóż zanim zasnąłem, wyłączyłem moje piosenki – natychmiast znów wpadłem w depresję, więc wstałem, poszedłem do kuchni i zażyłem, nietypowo, kolejne 2,5 mg zolafrenu, czyli razem już było 5 mg. No i wreszcie zasnąłem – generator zasnął pierwszy i przestał mi przysyłać depresyjne myśli.
    I do której spałem? Z przerwami do 18.00! O osiemnastej wstałem i pojechałem do Hilarego, gdzie Józefina poprosiła mnie o założenie firanki na oknie. Baltazara nie poprosiła, mimo że akurat przyjechał na kilka dni, bo to są żabki przedpotopowe, kiedyś zapinałem je mojej mamie, i tylko ja potrafię je skutecznie zapinać. Czasami jestem zły, że pokazałem Józefinie, jak się te żabki zapina – od tego czasu zawsze mnie prosi o to po wypraniu firanki.
    A Józefina kupiła sobie nowy telefon komórkowy z aparatem fotograficznym. Bardzo zgrabny, mały, składany, wygląda jak puderniczka.
    Józefina zachęca mnie, bym też sobie taki kupił, i ja mam wielką ochotę, ale ciągle to odkładam, bo wiem, że jak już się kupi komórkę, to mnóstwo czasu się traci na gadanie o pierdołach poza domem. A tak mam spokój, idę sobie ulicą i jestem nieosiągalny. Dla nikogo. No chyba, żebym spotkał kogoś przypadkowo na ulicy, wtedy czasami trzeba obowiązkowo porozmawiać o tym, co słychać, albo pójść z tym kimś, żeby mu założyć na oknie firankę na przedpotopowych żabkach.
    Kiedyś założyłem teatr studencki. Napisałem sztukę i chciałem ją wystawić ze studentami. Nosiła tytuł „Fiskus w zalotach”. Opisałem w niej swoje kłopoty z urzędem skarbowym, a potem te kłopoty się zdublowały, bo się zakochałem w Pani Starszej Inspektor Skarbowej, która zajmowała się moimi podatkami. Oczywiście nic z tego nie wyszło (skończyło się na powłóczystych spojrzeniach), ale przynajmniej nieścisłości, które „zakradły się” do mojego zeznania podatkowego, uszły mi płazem.
    Studenci w mojej teatralnej grupie zachęcali mnie do kupienia komórki. Dla lepszego kontaktu, bo często umawialiśmy się na próby w ostatniej chwili. I już miałem ją sobie sprawić, gdy nagle... pojawiły się urojenia. To wtedy miałem swój pierwszy epizod psychotyczny. Wydawało mi się, że ktoś wszystko wyreżyserował, bym napisał tę sztukę, wystawił ją, wystąpił w niej, i... się ośmieszył przed całym Gdańskiem. Czułem się śledzony, kontrolowany, i to z dnia na dzień narastało. Moi aktorzy byli rozczarowani i zdziwieni, gdy w panice pojedynczo dzwoniłem do nich, że odwołuję próby. Tato zaprowadził mnie do Profesora Adama Bilikiewicza (Profesor zmarł kilka miesięcy temu), który przepisał mi rispolept – 1mg dziennie. Przez dwa miesiące węszyłem we wszystkim, co się dookoła dzieje, jakiś podstęp, ale w końcu ten rispolept sprawił, że moje złudzenia chwilowo gdzieś znikły, natomiast wpadłem w głęboką depresję.
    Komórka była nieodłącznym elementem mojej urojonej wizji świata – wydawało mi się, że poprzez komórki ktoś steruje ludźmi. Długo ten lęk przed komórkami się utrzymywał.
    Teraz już nie mam nic przeciwko komórkom. Gdybym na przykład jeszcze raz chciał założyć teatr studencki, prawdopodobnie bym sobie komórkę sprawił.
    Wczoraj byłem na koncercie. Pierwszy raz od czasu ujawnienia się choroby. Był to koncert jazzowy, ale nie taki poszarpany, że trzeba zatykać uszy, ale taki melodyjny, że da się to potem sobie zanucić. Kto grał, jak grał, i gdzie się to odbyło – opowiem jutro.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
15 sierpnia 2007

Ten wstrętny samowolny pesymizm

    Dzisiaj mój blogowy wpis jest przeznaczony głównie dla mężczyzn. Odkryłem ostatnio coś, co każdy mężczyzna powinien wiedzieć. W każdym razie ja się cieszę, że zdałem sobie z tego sprawę.
    Większość ludzi na naszym świecie miewa dosyć często smutne myśli. I wtedy jest im smutno. Niektórzy lubią o tym mówić (o swoich uczuciach), ale większość woli to zachować dla siebie. Może i słusznie.
    Ci, którzy lubią o tym mówić (a ja jak najbardziej do tej grupy należę), często przeżywają frustrację. Otóż gdy tylko otwiera im się buzia, inni od nich uciekają, gdzie pieprz rośnie. Ci chcą się zwierzyć, a tamci uciekają.
    Dlaczego tak jest? Bo mamy dosyć własnych smutków. Po co nam jeszcze cudze – uciekamy jak najprędzej od innych malkontentów. Może i słusznie.
    Kobiety lubią wesołych mężczyzn. Dobrze się czują w ich towarzystwie. Jest to dosyć oczywiste: wesoły mężczyzna to człowiek, który radzi sobie w życiu, a poza tym „bo ja się dobrze czuję w jego towarzystwie”.
    Większość mężczyzn ma sporo smutnych myśli (a ja jak najbardziej do tej grupy należę). Chcą się zwierzyć kobiecie. Taki mężczyzna szybko zauważa, że jednak mówienie smutnych rzeczy kobiecie źle zazwyczaj się kończy, zwłaszcza, gdy ton tych zwierzeń jest użalający się – kobieta ucieka, gdzie pieprz rośnie. To pogłębia frustrację mężczyzny – jest smutny podwójnie. Więc idzie do drugiej kobiety i użala się, że tamta poprzednia, świnia, go nie wysłuchała. Na to ta druga, świnia, też go nie słucha, i też ucieka, gdzie pieprz rośnie. Mężczyzna wpada w pułapkę napędzającej się, pogłębiającej się frustracji. Często kończy się to depresją, i wtedy mężczyzna może sobie już tylko pogadać ze swoją maszynką do golenia marki żilet blu tu.
    Często taki sfrustrowany mężczyzna, w desperacji, udaje wesołka. Wtedy staje się naprawdę bardzo śmieszny, i kobiety od niego uciekają, gdzie pieprz rośnie. Wtedy taki mężczyzna gorzknieje, i stwierdza, że wszystkie kobiety to wstrętne zdziry.
    Cóż, czy coś z tego wynika? Otóż tak, wynika.
    Otóż doszedłem do wniosku, że gdy tylko przepełni mnie smutek (a często nie zależy to od mojej woli, powiem więcej – nigdy nie zależy), będę unikał towarzystwa, zwłaszcza towarzystwa kobiet. One nie chcą słuchać o moich smutkach ani mi matkować. One same potrzebują zastrzyku optymizmu.
    Mężczyzna szuka optymizmu (tak jak kobieta), i myśli, że jak pozna wystrzałową kobietę z ładunkiem optymizmu, to się z pesymizmu wyleczy. Marzenie ściętej głowy!
    Dopóki mój nabyty pesymizm będzie się włączał, kiedy mu to będzie wygodne, dopóty ciężko mi będzie się z kimkolwiek dogadać. Z kimkolwiek, na kim będzie mi zależeć.
    Muszę o własnych siłach pozbyć się tego wstrętnego samowolnego pesymizmu. I wtedy na powrót stanę się naturalnym optymistą. Którym chwilowo byłem, gdy się urodziłem.
    A wtedy... wtedy... sam jestem ciekawy, co wtedy będzie.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
14 sierpnia 2007

Dotyk kobiecej dłoni

    Jakieś dziesięć dni temu miałem dosyć dziwne przeżycie. Dosyć zwalające z nóg, bym powiedział.
    Często robię zakupy w sklepie spożywczym tuż przy przejściu podziemnym pod kolejką. Jak idę od kolejki do siebie, mijam włoską restaurację Tivoli, to zachodzę do tego sklepu, bo: wszyscy pracujący tam ludzie są mili i przyjaźni, sklep jest czynny do 24-tej, jest w nim wszystko, co potrzeba, żeby nie być głodnym.
    Tego dnia wybrałem sobie: mannę poranną razy dwa, serek puszysty Almette z ziołami, margarynę, i urwałem z naręcza cztery, niedojrzałe jeszcze, banany. Podszedłem do lady i podaję moje zdobycze Pani Sprzedawczyni (która akurat wtedy pełniła w tym miejscu dyżur, bo tam są w zasadzie dwie kolejki i dwie lady). Czasami kładę na ladę, tego dnia jej to po prostu podałem.
    Pani Sprzedawczyni wyciągnęła ręce, by przejąć ode mnie wybrane przeze mnie produkty. Nie wiedzieć czemu, patrzyłem jej prosto w twarz, a ona, uśmiechnięta, spojrzała na mnie.
    Chciała chwycić podawane jej artykuły, i wtedy poczułem, że zamiast martwych obiektów – ujęła moje dłonie. Ja trzymałem produkty, a ona trzymała moje dłonie trzymające te produkty. Zarówno jej, jak i mój wzrok zjechał w dół, by osobiście to zobaczyć.
    Trwało to krótką chwilkę. Jej dłonie nie oderwały się od moich w panice, choć dotyk ten był niewiarygodnie gładki, ciepły i delikatny. Przynajmniej ja to tak odczułem. Jej dłonie prześlizgnęły się po moich, by dotrzeć do bananów i nabiałowych pudełek, i... mogłem już puścić swoje zakupy. Teraz ona to trzymała w swoich rękach, położyła na ladzie, wyjęła plastikową torbę, i zapakowała.
    Byłem lekko zamroczony. Wyjąłem banknot, wręczyłem jej po tym, jak odczytała z kasy cenę. Wydała mi resztę, którą nie przeliczając włożyłem do portfela. Chwyciłem torbę, i sztywno wyprostowany, jakbym połknął kij, opuściłem sklep.
    Gdy znalazłem się na świeżym powietrzu, czułem się wstrząśnięty. Na chwilkę się zatrzymałem, w końcu zamyślony ruszyłem wolnym krokiem w swoją stronę.
    Mam dosyć długą przerwę, jeśli chodzi o fizyczny kontakt z kobietami – chyba z 8 lat. Zapomniałem już, że kobietę można dotknąć.
    Ale nigdy do tej pory nie poczułem tak delikatnego dotyku. Nigdy nie koncentrowałem się na dotyku dłoni. Nie zauważałem tego.
    Chyba zmienia mi się percepcja na bardziej spokojną.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
13 sierpnia 2007

Fabryka Karabinów

    Po wysłuchaniu Anny Augustynowicz poszedłem na Dolne Miasto załatwić pewną rodzinną sprawę. Byłem już trochę zmęczony. Przeszedłem przez most na Motławie, przebiłem się przez tłum, skręciłem w prawo Chmielną, doszedłem do Podwala Przedmiejskiego, i wzdłuż tego Podwala przeszedłem na drugą stronę Nowej Motławy. Kamienną Groblą udałem się w kierunku Toruńskiej. Cały czas na tej drodze rozmyślałem, że ciągle jestem niepoprawnym teoretykiem: lubię słuchać i gadać na jakiś temat, ale niewiele robię. Na przykład nie obejrzałem żadnego spektaklu na Festiwalu.
    „A co ja będę oglądał te na różne sposoby odgrzewane kotlety” – pocieszałem się – „przecież oni w kółko w nowych aranżacjach przedstawiają klasyczne teksty tych dziadków sprzed kilkuset lat. Balladyna na motorach wg Hanuszkiewicza – oto koronny tego przykład. Ktoś może powiedzieć: „A widzisz, zapamiętałeś po tylu latach”. I co z tego, że zapamiętałem, jeśli nie mam pojęcia, co Hanuszkiewicz chciał przez to wyrazić, i jak to się ma w praktyce do mojego życia. Zero realnej korzyści. Dlaczego ludzie boją się mówić własnym głosem? Dlaczego muszą kurczowo trzymać się klasyków, tak jakby ci klasycy raz na zawsze odkryli wszelkie uniwersalne prawdy? Krąży nawet mit, że w dramaturgii już wszystko zostało odkryte, i teraz to są tylko wariacje na temat. Guzik prawda! Nic, jeszcze ciągle nic nie wiemy konstruktywnego o człowieku, o jego psychice! Przecież ludzie w przeszłości nie mieli pojęcia, co ich potomni jeszcze nowego odkryją, dowiedzą się, że pozbędą się mnóstwa złudzeń i zabobonów, przejdą przez wiele rewolucji „moralnych”, kulturowych, światopoglądowych. Skąd te kompleksy popychające nas wyłącznie do wymyślania nowych form mających przede wszystkim szokować widza i epatować go naszą „genialną wyobraźnią wizualną”, ale jeśli chodzi o treść, to z tych kompleksów nie śmiemy odejść od tych archaicznych scenariuszy? Przebieramy Hamleta w strój płetwonurka, Ofelię wbijamy w garnitur z krawatem i wkładamy jej neseser w dłoń, Romeo i Julii karzemy skakać na spadochronie, a Otello ma biegać z karabinem maszynowym zabijając z zazdrości kochanków swojej kobiety. Potem dorabiamy do tego różne interpretacje, a to, że to jest alegoria wojny na Bałkanach, a tamto w Czeczenii, a tu mamy parabolę alkoholizmu, a tam analizę pożycia homoseksualistów wychowujących wspólnie dziecko. Widz wychodzi z teatru zakręcony i zdezorientowany, bo widział Julię prostytutkę pracującą u Romea sutenera na St Pauli w Hamburgu, a Tytus Andronikus sprzedawał komputery w Europie Wschodniej, i zabijał ludzi, by ich potem zjeść, niczym Hannibal Lecter”.
    Pomysły te same mi przychodziły do głowy, nie są to przykłady konkretnych inscenizacji, ale tak dzisiaj częściowo wygląda uprawianie teatru. „Niech widz zbaranieje, powalmy go na kolana, ale żeby coś istotnego i pożytecznego się od nas dowiedział, to... na tym to już nam nie zależy”.
    Tak sobie niewinnie rozmyślałem zmierzając w stronę zajezdni na Łąkowej, gdy nagle... zobaczyłem plakat na słupie energetycznym. Plakat ten brzmiał następująco: „Teatr London Metropolitan University zaprasza na spektakl „Sen nocy letniej”, który odbędzie w sobotę 11 sierpnia 2007 o godz. 14.00 w Fabryce Karabinów, Łąkowa 35/38. Wstęp wolny.”
    Spojrzałem na zegarek, była 13.30. Około. „Kurczę, to musi być gdzieś tutaj, i to akurat za chwilę” – pomyślałem nerwowo. Totalny przypadek! Jakaś grupka ludzi minęła mnie, i usłyszałem z tyłu: „Niech się pan pośpieszy, proszę iść z nami, to niedaleko”. Poszedłem z nimi. Jakieś 50 metrów od kościoła na Łąkowej była brama, weszliśmy na jakiś gospodarczy teren, tylko że wszystkie budynki tam były dobrze podniszczone, przedwojenne. Weszliśmy w jakiś korytarz między rozwalającymi się budynkami, okna powybijane, zabite dechami drzwi. Walające się porozbijane cegłówki. Przed wejściem do jednego z tych budynków stała już grupka ludzi. „Proszę jeszcze nie wchodzić” – powtarzały pilnujące wejścia dwie dziewczyny w koszulkach z napisem „Festiwal Szekspirowski”.
    Powoli towarzystwo się zbierało, raczej młodzi ludzie, a nawet dzieci. Część pewnie była z okolicy, a okolica ta słynie z tego, że młodzież tu mieszkająca nie ma specjalnie co robić z wolnym czasem.
    Przez okna dobiegały okrzyki rozgrzewających się aktorów. Roześmiane, energiczne głosy kojarzyły mi się z zajęciami na kursie dramy, na który kiedyś, jako szkolący się nauczyciel, chodziłem. Od razu zorientowałem się, że będzie to przedstawienie przygotowane przez radosną, pełną werwy, ale niedoświadczoną jeszcze scenicznie młodzież.
    Wreszcie nas wpuszczono. Schodkami do góry. A na górze szok: dwie wielkie, pięknie odnowione sale. Czyściusieńkie, odmalowane na biało, z dwoma rzędami słupów podtrzymujących strop. A okna i parapety też nowe. Słowem – pełen kontrast z zewnętrznym rozpadającym się widokiem tego budynku.
    Pod ścianami rozłożone były koce, żadnych krzeseł. Roześmiane, lekko egzaltowane dziewczyny, ubrane dosyć fikuśnie, zapraszały przybyłych do rozgoszczenia się na tych kocach, i do częstowania się ciastkami na położonych tu i ówdzie wielkich talerzach. „To jest piknik, proszę się częstować!” – zawołała do mnie dziewczyna, która właśnie siedziała na wybranym przeze mnie kocu. Nagle wstała, gdzieś poszła, ale podeszła do mnie inna, i konspiracyjnym tonem zapytała mnie, czy nie widziałem gdzieś przypadkiem grupki młodych Anglików. Spojrzałem na nią podejrzliwie, gdyż kątem oka zauważyłem, że inne osoby z „personelu” też wokół po sali pytają innych o to samo. Wyczułem intuicyjnie, że przedstawienie, mimo, że widzowie dopiero mościli się w harmiderze na kocach, już się zaczęło. Wszyscy odpowiadali, że nie widzieli, i zaczęło się nerwowe pokrzykiwanie do kogoś przez okna, że „jeszcze ich nie ma”.
    Nagle z hukiem rozchyliły się drzwi i wtoczyła się do sali hałaśliwa, anglojęzyczna grupa chłopców i dziewczyn. Poszukujący ich Polacy podbiegli do nich i urządzili im karczemną awanturę, gdzie oni się podziewali, i dlaczego się spóźnili, przecież wszyscy już na nich czekają. Polskie okrzyki mieszały się z angielskimi, i zrobiło się jak na tureckim rynku.
    To przykuło uwagę zgromadzonych na dobre. Zwłaszcza dzieci z rozdziawionymi buziami przyglądały się temu, nic prawdopodobnie z tego nie rozumiejąc. Powoli jednak polsko-angielscy aktorzy zaczęli rozmawiać ze sobą mniej chaotycznie, i – zaczęła się akcja.
    Niektórzy znikali za drzwiami, inni chowali się pod oknami, kilku na przemian biegało wzdłuż i wszerz sali, czasami o mało nie zadeptując siedzących na ziemi widzów.
    Ogólnie podobało mi się, choć... znów – był to przerost formy nad treścią. Myślę, że treści „Snu nocy letniej” to oni w ogóle się nie trzymali. Chodziło raczej o głośną, kolorową, krzykliwą zabawę formą, gdzie były tańce, głośna muzyka (a to ragtime’y, a to taneczna muzyka z lat dwudziestych, a to rockowa basówa solo, itd.), parodiowanie różnych stylów teatralnych (Tadeusza Kantora, Grotowskiego, i innych), totalne wygłupy bez składu i ładu. No, pojechałbym sobie na tym przedstawieniu za brak treści, za brak jakiegokolwiek poważniejszego sensu, gdybym... nie widział, jak ich to bawi. Tę dwunarodowościową trupę aktorską, która pewnie krótko razem przygotowywała ten spektakl. Oni po prostu tryskali radością, że mogą wspólnie, na całego się powygłupiać.
    A publiczność? No cóż, niewiele chyba rozumiała, sądząc po minach. Ale sądząc też po minach, twórcom tego przedstawienia udało się tak skutecznie przyciągnąć uwagę publiczności tym zwariowanym show, że nikt o niczym innym tu nie myślał, jak o tym – co się tu właściwie dzieje???
    Na koniec wpadli chłopcy na szczudłach, porobili akrobacje, i były oklaski.
    Potem były pytania, uwagi, komentarze. A ja się dowiedziałem, że w tych salach odbywają się różne warsztaty teatralne, że przyciągają do siebie tutaj okoliczną tzw. trudną młodzież, i że naprawdę fajnie ktoś wymyślił, żeby tę opuszczoną, zaniedbaną Fabrykę Karabinów zagospodarować, i realizować w niej fajne, ciekawe projekty.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
12 sierpnia 2007

Rozmawiajmy o brudnych paznokciach

    Za oknem przeszła burza. Lubię, jak tak sobie lunie jak z cebra. Po pierwsze czuję się wtedy tak przytulnie w moim domku. I bezpiecznie. Po drugie – gdy po takim deszczu wyjdę na ulicę, powietrze jest takie czyste i wilgotne. Gdy nie mam akurat kataru, z przyjemnością je wdycham pełną piersią, przez nos.
    A akurat kataru nie mam – pełen odjazd.
    Wczoraj o 12.00 w Cico odbyła się godzinna rozmowa z Anną Augustynowicz – reżyserką teatralną. Tym razem moje oczy się nie kleiły, a uszy same mi się obróciły w kierunku gościa. Bohaterka spotkania mówiła o tym, co mnie najbardziej interesuje: o istocie teatru. Wygadana to kobieta, nie powiem, dziewczyna prowadząca to spotkanie tylko z rzadka mogła wejść w słowo i zadać nowe pytanie Pani Annie. Sam kiedyś chciałbym być taki wygadany, i myślę, że będę. Niestety, obecnie, na razie, gdy mam w większym gronie zabrać głos, z pokorą zauważam, że... nie mam nic do powiedzenia. Próżnia w łepetynie, która przez uszy tylko zasysa powietrze.
    Niedawno odbyła się premiera „Miarki za miarkę” słynnego XVI / XVII-wiecznego dramaturga angielskiego – Williama Shakespeare’a. Właśnie w reżyserii Anny Augustynowicz. Premiera zbiegła się ze słynną seks-aferą, której jednym z bohaterów był niemniej słynny, a obecnie coraz słynniejszy XX / XXI-wieczny polityk – Andrzej Lepper. Doszukiwano się aluzji w „Miarce za miarkę” do słynnej seks-afery. Pani Anna złożyła jednak w tej sprawie dementi: Szekspir w żadnym wypadku nie nawiązywał do przywódcy Samoobrony. Anna Augustynowicz budzi we mnie pełne zaufanie w tej sprawie – uwierzyłem jej w stu procentach.
    Zresztą tutaj reżyserka zatrzymała się na chwilę wyrażając żal, że ostatnio wszystko, również w teatrze, kręci się wokół polityki. „Przecież jest tyle innych dziedzin życia człowieka, jak sztuka, choroby psychiczne, relacje w pracy czy w szkole, seks czy religia, którymi mógłby się zająć teatr” – wołała. Cóż, zgodzę się z tym, jednak polityka za sprawą mediów sama się stała jednym wielkim teatrem, politycy zachowują się jak primadonny (Krzysztof Bosak ma wystąpić w „Tańcu z Gwiazdami”), gestów teatralnych jest ci u nas dostatek (Roman Giertych w uniesieniu wzywa Jarosława Kaczyńskiego do zakończenia małostkowych waśni), ludziom wygodnie włączyć telewizor i oglądać ten reality show na żywo. I ja bym się tym specjalnie nie przejmował. Moim zdaniem to pozytywne zjawisko – jawność w mediach. Bardzo pozytywne. Niemniej jednak, podobnie jak Anna Augustynowicz, jeśli będę się kiedyś w przyszłości zajmował teatrem, to skoncentruję się raczej na zwykłych ludziach. W odróżnieniu od Shakespeare’a, który raczej się koncentrował na królach i ich otoczeniu, czyli na wielkiej polityce, już bardziej odpowiada mi Molier, którego bohaterami często byli zwykli mieszczanie (np. Pan Jordain, który nie mógł uwierzyć, że całe swoje życie mówił „prooozą”).
    Wróćmy do spotkania. „Miarka za miarkę” wystawiona została w ramach Festiwalu Szekspirowskiego. Nigdy tego nie widziałem, a jeśli kiedyś widziałem, to musiałem nie uważać, ale się teraz dowiedziałem, że tam się nic nie dzieje. Nie ma żadnej akcji. Bohaterowie tylko wykrzykują do siebie swoje wzajemne pretensje. To mnie szalenie zaintrygowało, a ponieważ mam to na DVD, więc niebawem obejrzę i się wypowiem w tej sprawie.
    Reżyserka przyrównywała, niezbyt już chyba oryginalnie, otaczający nas świat do teatralnej sceny. „Wszyscy rodzimy się aktorami” – oznajmiła – „całe życie chcemy być bohaterami, rozgrywać zdarzające się nam sytuacje, jesteśmy w nich w środku” – z napięciem czekałem, co będzie dalej – „jednak chcemy i potrzebujemy dystansu, teatr to jest gra, to są historie, dzięki teatrowi możemy wyjść z własnych historii i spojrzeć na nie z zewnątrz, obiektywnie”. I tu aż zaniemówiłem ze szczęścia: „Słyszymy na przykład dziesiąte przykazanie. Będąc w środku, próbujemy się do niego dostosować. Ale gdy jesteśmy w teatrze i widzimy bohatera, który chce przestać czegoś tam pożądać (np. seksu z żoną innego faceta), to widzimy też, że... że się nie da! Że mu się to nie uda. Nie da się przestać pożądać. Można co prawda odwrócić wzrok, ale pokusa zaraz wylezie z drugiej strony. Jest to poza wolą bohatera. I to właśnie uzmysławia nam teatr”. Pięknie zabrzmiały w mych uszach te słowa, poczułem się wręcz jak w niebie. Kiedyś omówię specjalnie ten temat, a zatytułuję go: „Kamerka na siebie” (mój termin).
    Ostatnie zdanie przywołało mnie jednak do porządku: „Samo poznanie techniki, farby i płótno nie wystarczą, by być malarzem”. Sądzę, że Pani Anna miała na myśli, że nawet jeśli człowiek zna się na teatrze, to nie znaczy od razu, że mógłby być na przykład reżyserem. Trzeba jeszcze mieć coś do powiedzenia – teatr to tylko medium.
    Ale swoją drogą nie ma się co załamywać. Myślę, że każdy z nas ma coś do powiedzenia, tylko się wstydzimy o tym mówić. Na przykład ktoś może mieć często brudne paznokcie, i strasznie nad tym boleć. Ale nie opowie o tym, nie napisze o tym wiersza. Dlaczego? Bo się wstydzi! A przecież jest wielu ludzi z brudnymi paznokciami, chętnie by o tym przeczytali. O tym, że inni też mają brudne paznokcie. Założę się, że gdyby zorganizować kampanię medialną na temat brudnych paznokci, problem rozwiązałby się sam po kilku latach. Nic tak nie rozwiązuje problemu, jak jego nagłośnienie i upublicznienie. Samo nagłośnienie bywa często z początku przykre dla społeczeństwa, ale po pewnym czasie oswajamy się z problemem, problem przestaje być wstydliwy (bo jest wspólny) i zaczynamy o nim konstruktywnie rozmawiać.
    I w efekcie atmosfera się oczyszcza. Jak po burzy.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
11 sierpnia 2007

Po co ja piszę?

    Byłem dziś na spotkaniu z Anną Augustynowicz, potem przez przypadek trafiłem na polsko-angielską inscenizację „Snu nocy letniej”. Jutro o tym opowiem.
    Teraz krótko: czym jest pisarstwo? To pytanie za mną ostatnio chodzi. Zauważyłem, że najlepiej mi pisanie wychodzi, gdy... samo ze mnie wychodzi. Chwytam za kartkę i piszę. „Śpiewam, bo muszę, bo muszę...”
    Ale ja bym chciał napisać reportaż ze spływu Rospudą, jednak bez przerwy coś mi przeszkadza, coś mnie gdzieś ciągnie, odciąga od tego zamiaru.
    Od wczoraj jestem w domu sam – mogę się odizolować. A jednak czuję lęk przed zaplanowaną pracą, zaplanowanym działaniem.
    Bo się wtedy ciągle natrętnie pytam: po co ja chcę pisać, dla kogo, co chcę tym osiągnąć?
    To chyba leży w naturze człowieka – dzielić się swoimi spostrzeżeniami z innymi ludźmi. Ale mój umysł jest ciągle zmącony, bez przerwy się przewija ta myśl: po co, po co, po co, do cholery?!
    Mam kilka motywacji, które od czasu do czasu mi się w świadomości pojawiają. Umysł jest wtedy czysty, jasno widzi cel, zaczyna mieć na to ochotę.
    Hmm, moja ochota na pstrym koniu jeździ. Nie mam jeszcze nad nią pełnej kontroli.
    Naukowiec opisuje swoje doświadczenia, teorie, hipotezy. Poeta opisuje swoje uczucia. Pisarz opisuje cały świat, który go otacza, dramaturg opisuje, co dzieje się między ludźmi, jakby to były zwierzęta w rezerwacie.
    Wszyscy oni COŚ opisują. Ktoś inny się o TYM dowie. Oni też, ci piszący, w trakcie pisania widzą OPISYWANĄ RZECZ w nowym świetle.
    Pisanie niewątpliwie wzbogaca i czytających, i piszących.
    Coś powolutku zaczynam rozumieć.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
10 sierpnia 2007

Jak zostałem koneserem malarstwa – część druga

    Na pierwszym piętrze było mniej więcej tyle samo obrazów, ale już wielu autorów. Wynotowałem sobie te, które na mojej zagubionej i zdezorientowanej duszy wywarły największe wrażenie:

Stanisław Kamocki – „Stogi na tle krajobrazu” (1903), aż usiadłem sobie na krzesełku i wyobraziłem sobie, jak śpię w takim stogu; „Motyw z Radziszowa” (1907), uwielbiam obserwować chmury na niebie, a na tym obrazie niebo jest niesamowite, dziwne, chaotyczne;
Marcin Somlicki – „Domek w Sévres” (1922), lubię sobie patrzeć na francuskie domki, chciałbym zamieszkać kiedyś w takim domku;
Vlastimil Hofman – „Wiosna” (1918), Basia zauważyła, że to dziwny tytuł dla obrazka przedstawiającego małego, urokliwego diabełka trzymającego w dłoni małego ptaszka, z wokół latającymi innymi ptaszkami (jego ptaszka też było widać), dla mnie to naturalne skojarzenie, właśnie wiosną diabełki stają się bardziej aktywne, budzą się z zimowego snu;
Tadeusz Makowski – „Krajobraz ze zjawą” (1906), znowu te zjawy, olej na desce;
Józef Czajkowski – „Sad w zimie” (1900), wydobyte piękne, słoneczne światło;
Stanisław Czajkowski – „Krajobraz zimowy” (1908), przedstawia wiejskie chaty i tłum wieśniaków czekających na coś w jakiejś wielkiej kolejce, zimą;
Stanisław Ignacy Witkiewicz – „Pejzaż górski” (1911), zanim Witkacy zabrał się za portrety, też przeszedł przez „szkołę pejzażową”; „Widok Wawelu” (1906), olej na sklejce;
Stefan Filipkiewicz – „Odwilż w Tatrach” (1904), spływa z gór topniejący śnieg; „Strumień leśny” (1919), miałem nieodparte skojarzenie z moim lipcowym spływem, tyle że tu też śnieg, jak w tej „Odwilży”;
Abraham Neuman – „Ulica w Safed” (!927), chyba jakieś afrykańskie miasto, niezwykłe cienie i niezwykłe, jak prawdziwe, słoneczne światło; „Eukaliptusy w Górnej Galilei” (1926), obrazek kapiący egzotyką.
 
    Można też obejrzeć plakaty w wykonaniu tych malarzy zapraszające na wystawy malarskie w tamtych czasach.
    Na samym końcu obejrzałem cztery drzeworyty Stefana Filipkiewicza, ale muszę sprawdzić w wikipedii, co to są drzeworyty, bo na drzeworyty to nie wyglądało. W każdym razie nie tak sobie wyobrażałem drzeworyty.
    Wystawa ma potrwać do 2-go września br.
    W sumie byliśmy tam z godzinę. Jestem zadowolony. Potem poszliśmy na hiszpański film „GranatowyPrawieCzarny” opowiadający o tym, że facet ma kłopoty z jądrami, więc prosi swojego brata o zapłodnienie jego dziewczyny, żeby ta mogła wyjść z więzienia na oddział macierzyński, i ta dziewczyna po akcie seksualnym zakochuje się w tym bracie, no i jest ambaras. Ponadto przyjaciel brata podgląda swojego ojca przez lornetkę z dachu, jak ten chodzi do masażysty na masaże erotyczne, więc sam idzie do tego masażysty, zakochuje się w nim, i z zazdrości zakazuje swojemu ojcu tam chodzić. Jest z tego rodzinna chryja, bo włącza się do tego matka.
    Ogólnie po obejrzeniu tego filmu stwierdziłem, że jestem całkiem normalnym facetem na tle tej historii. Ale Basię chyba zemdliło.
    Basia wczoraj wyjechała, ale przedwczoraj (czyli w dniu zwiedzania przez nas wystawy) na pożegnanie u Hilarego zrobiła pyszną potrawę z dwóch kalafiorów duszonych z cebulą i pomidorami na oliwie. Do tego jest masa przypraw: kumin, carry, chilli, goździk, cynamon i pieprz cayenne. Do tego czosnek. Gdy jadłem tę potrawę, poczułem się jak w Indiach (choć nigdy w nich nie byłem). Być może sam spróbuję to zrobić, to wtedy opowiem, czy wyszło mi tak samo smaczne.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
9 sierpnia 2007

Jak zostałem koneserem malarstwa – część pierwsza

    Jest w tej chwili 15.15, a obudziłem się dzisiaj o 14.37, czyli trochę ponad pół godziny temu. Jest to mój życiowy rekord. Co prawda poszedłem spać o pierwszej w nocy, ale i tak długo spałem. Chyba przez wczorajszy, dosyć intensywny dzień.
    Przed chwilą na śniadanie zjadłem bułkę, trochę serka wiejskiego (uwielbiam te mini-grudki), i trochę gulaszu angielskiego z konserwy. Na gulasz angielski zdecydowałem się ze względu na nazwę, w nawiązaniu do pory obiadowej.
    Co do wczorajszego dnia, to do Hilarego przyjechała nasza przyszywana kuzynka Basia z Torunia. Rano poszła na plażę, a po południu zaprosiłem ją na wystawę „Mistrzowie Młodopolskiego Pejzażu”. Umówiłem się z nią pod Zieloną Bramą o 15.40, jednak spóźniła się 14 minut, czego nie mogłem jej w duchu wybaczyć. Moim zdaniem to skandal!
    Ale wcześniej na 14.00 poszedłem do kawiarni Cico na Piwnej 28/30, bo na dolnym poziomie tego lokalu odbyło się spotkanie z reżyserem niemieckiego teatru Roberto Ciullim, który wystawił w ramach Festiwalu Szekspirowskiego w tym roku „Króla Leara”.
    Samo spotkanie było nudne i sztampowe: „Chyba po raz pierwszy w historii połączono główną rolę kobiecą z rolą błazna”, albo „W naszym teatrze są sami dobrzy aktorzy, bo z gorszymi przygotowania trwałyby 10 razy dłużej”, albo „U Szekspira nie ma niedomówień, nie musieliśmy skracać ani przerabiać tekstu”, albo „Pracuję już w tym teatrze 10 lat” – mówi aktor – „i czuję się, jakbym dopiero zaczynał” – i dodał: „Z tego teatru albo się szybko wylatuje, albo zostaje na dłużej”. Co mnie to wszystko, kurde blade, obchodzi?
    Cały czas ziewałem, i kusiło mnie, by sobie na kanapie wyciągnąć nogi, to wnętrze jest tak urządzone, że na wielkich kwadratowych kanapach można się wyciągnąć i popijać sobie coś tam przez słomkę. Ale spotkanie było raczej oficjalne, ludzie sztywni, więc oparłem się tylko o wielką poduchę, i o mało nie zasnąłem, więc w połowie poszedłem sobie na górę, gdzie zamówiłem sobie czekoladę na gorąco. Nie jest tam tanio – najtańsza kawa kosztuje 8zł, czekolada – 10. Ale muszę przyznać, że dobra jest, gęsta, nie to co w większości lokali. W Gdańsku znam teraz tylko dwa miejsca z porządną czekoladą: w kawiarni w miejscu starej stacji benzynowej na Grunwaldzkiej (koło Polibudy), no i w Cico. Kiedyś była też w Menu (między Wydziałem Prawa UG a McDonaldem), ale już tam nie ma czekolady, nie wiedzieć czemu.
    Aha, w pijalni czekolady na Monte Casino też mają dobrą czekoladę, ale też po 10zł, i drożej – w bardziej wyrafinowanych postaciach.
    Pijąc czekoladę pomyślałem, że może na spotkaniu w sobotę o 12.00 z Anną Augustynowicz, która wyreżyserowała na Festiwal „Miarkę za miarkę” (a także „Męża i żonę” Fredry – co już opisywałem), więcej się dowiem ciekawych rzeczy.
    Gdy usłyszałem oklaski na dole, wyszedłem z Cico i połaziłem sobie na Długiej, w końcu zacząłem się kręcić wokół Zielonej Bramy. Upał był.
    W końcu przyszywana kuzynka Basia dotarła, i weszliśmy do wychłodzonego wnętrza po lewej stronie bramy, które prowadziło na wystawę „ Mistrzowie Młodopolskiego Pejzażu”.
    Wystawa poświęcona jest Janowi Stanisławskiemu (1860-1907), krakowskiemu malarzowi, z okazji setnej rocznicy jego śmierci. Był to jeden za najwybitniejszych malarzy Młodej Polski. Kochał naturę. Wyspecjalizował się w pejzażach. Przeczytałem w ulotce, że początkowo jego prace były niezwykle drobiazgowe i realistyczne (uwielbiam ten przymiotnik – realistyczny), potem ewoluowały przez impresjonizm do brawurowego ekspresjonizmu. Muszę jednak sprawdzić w wikipedii, jaka jest różnica między impresjonizmem a ekspresjonizmem.
    Na drugim piętrze są prace wyłącznie Stanisławskiego. Rzeczywiście niektóre jego obrazy są prawie jak fotografie, inne powstały techniką „plamkowania” (mój termin). Prawie wszystkie obrazy na wystawie powstały po 1900 roku.
    Wszystkie obrazy to oleje na różnych podłożach: deska, tektura, płótno. Zauważyłem, że czym późniejsze dzieła, tym częściej artysta używał tektury.
    Moją uwagę przyciągnął duży obraz pt. „Noc w Zofiówce” (ok.1900) przedstawiający ciemne jezioro i las, a na brzegu tego jeziora stoi jasna, duża postać. Od razu skojarzyła mi się z widmem, które ukazało mi się kiedyś w dzieciństwie na dachu. Pomyślałem, że i Stanisławski miał przywidzenia. Basia jednak twierdziła, że ta postać stoi na cokole, więc to bardziej pomnik. Ale Stanisławskiemu mogła się ukazać zjawa na cokole przecież. Czemu nie.
    Było też kilka serii. Na przykład „Dniepr niebieski”, „Dniepr fioletowy”, „Dniepr szafirowy” i „Limony Dniepru o świcie”. To samo ujęcie rzeki, ale różne kolorystyki.
    Podobnie były dwie wersje „Topoli na wodą” (1900) i „Krajobrazu z laskiem brzozowym” (1904). Natomiast „Kościół San Marco w Wenecji” miał aż pięć wersji.
    W gablocie za szybką zgromadzone były szkicowniki Stanisławskiego, które skojarzyły mi się wyglądem z moim notesikiem. Szkicowniki były poza zasięgiem, ale ich wnętrza prezentował ekran podłączony do DVD.
    Obrazów Stanisławskiego na wystawie jest około 30-40, obejrzenie ich zajęło nam pół godziny, ale gdybym był bardziej wyrobiony w tym temacie, pewnie bym tam spędził dwie godziny. Cóż, dopiero wszak staję się koneserem sztuki malarskiej. Jeszcze przedwczoraj byłem przecież zielonym laikiem.
    Jan Stanisławski stworzył swoją własną szkołę. Mówi się nawet przecież – „Szkoła Stanisławskiego”. Przez jego pracownię przewinęło się ponad 60-ciu malarzy. Obrazy dwudziestu z nich umieszczono na pierwszym piętrze. Tam też z Basią udaliśmy się w drugiej kolejności.
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
7 sierpnia 2007

Magia czy rzeczywistość?

    Gotfryd nie zawiódł! Rano pojechałem do Wrzeszcza, żeby pójść z ojcem na rynek (on wybiera różne warzywa, a ja je dźwigam), a potem wróciłem do siebie, gdzie o 11.30 miał zadzwonić Gotfryd, że jedzie. Ale on zadzwonił o 11.43, że nie jedzie, bo Buziula babcia jeszcze nie odprowadziła do domu, i Gotfryd musiał czekać na Buziula. W końcu Buziul przyszedł z babcią, i Gotfryd przyjechał do mnie z Gdańska Głównego, co mu zajęło pół godziny, więc zadzwonił do moich drzwi o 13.27. Wypiliśmy herbatkę, Buziul trochę pograł na fortepianie (mimo, że kompozycje Buziula były bardzo awangardowe – nie było problemu, mam bardzo wyrozumiałych sąsiadów), i poszliśmy na wystawę „Eureka – cuda nauki i techniki” do Młodzieżowego Domu Kultury.
    Co tu dużo gadać: jestem pod wrażeniem. Hasło na plakacie zaraz przy wejściu głoszące: „Nauka przez zabawę i rozrywkę”, idealnie oddaje klimat, jaki stworzyli organizatorzy imprezy: Experymentarium Bydgoskie (www.experymentarium.com) i Stowarzyszenie Twórcze i Edukacyjne Wyspa (www.wyspa.org.pl).
    Ale po kolei. Jeszcze przed stoliczkiem, gdzie można kupić bilety (6zł ulgowe, 8 zł normalne, dla dzieci do lat czterech za darmo, więc Buziulowi się udało za friko, choć tak naprawdę Buziul skończył już 4 latka w tym roku, ale panie przy stoliku były łaskawe), stoją rury rezonansowe. Rury różnej długości przypominające organy ściągają zewsząd szmery i można posłuchać, jak buczą – ton buczenia zależy od długości rury. Niewiarygodnie one buczą, bo nie ma żadnego miecha, który by je napędzał – buczą same z siebie. Jak morska muszla.
    Po kupieniu biletów rozejrzeliśmy się po przedpokoju, w którym zgromadzono różne przykłady złudzeń optycznych. A więc podświetlone plakaty trójwymiarowe oglądane przed okulary dwóch rodzajów (niebiesko-czerwone i czyste spolaryzowane), różne niesamowite rysunki oszukujące wzrok (czyli nasz mózg), był też położony na stole pejzaż nadmorski, który odbijając się w pionowym lustrze w kształcie walca przedstawiał dostojną głowę mężczyzny, aż trudno mi było uwierzyć, że jedno jest odbiciem drugiego.
    Potem przeszliśmy do sali. Było tu mnóstwo różnych „eksponatów”. Na przykład wielki kran zawieszony w powietrzu na niczym, z którego grubą strugą lała się woda. Albo przyrząd, gdzie się wkładało od dołu ręce i trzeba było tylko dotykiem określić przedmioty, które tam się znajdowały. Była też decha, która raz się zginała, a raz była sztywna, gdy się po niej chodziło. Wszystkiego można było dotknąć i coś z tym pomajstrować. Były na przykład sześciany Steinhausa, które opisał on w swojej książce „Kalejdoskop matematyczny” – wielkie drewniane klocki, z których należało ułożyć wielki sześcian. Niełatwa to sztuka, ale mi z Gotfrydem się udało, ale dopiero po podpowiedzi Bardzo Miłej Pani, która nie szczędziła nam czasu na obszerne wytłumaczenia i komentarze. Bardzo Miła Pani podpowiedziała nam, żeby w dolnej warstwie położyć klocki w kształcie L i S, potem jakoś sobie poradziliśmy.
    Zresztą gdyby Bardzo Miła Pani nie miała dla nas akurat czasu, to każdy „eksponat” był pięknie opisany i wytłumaczony. Nikt tu nikogo nie próbował czarować „niewytłumaczalnością”.
Wieża Hanoi to też przykład matematycznej sztuczki: niby mało klocków, ale żeby je przełożyć z jednej wieży na drugą potrzeba miliardy miliardów lat.
    Dowiedziałem się, co mówi prawo Bernoulliego, gdy dmuchnąłem powietrzem pomiędzy dwie zawieszone obok siebie piłki koszykarskie. Zobaczyłem też, jak silny jest podmuch powietrza, gdy go wypuścić z uderzanego bębna przez niewielki otwór. Dobierałem się do kilkunastu wielkich gwoździ, które należało połączyć i zawiesić na szpikulcu zamocowanego pionowo gwoździa wykorzystując wiszący środek ciężkości, ale mój intelekt okazał się za słaby, i musiała go wspomóc Bardzo Miła Pani.
    Potem, a wymieniam tylko niektóre punkty programu, przeszliśmy do drugiej, zaciemnionej sali. Tu dominowały zjawiska oparte na świetle. A więc zobaczyłem, jak działa silnik świetlny – tzw. radiometr Crookse’a, machałem też białą czarodziejską pałeczką przed specjalnym projektorem, bym mógł ujrzeć, dzięki pałeczce, obraz damskiego profilu, który stawał się dostrzegalny dzięki bezwładności ludzkiego oka (konkretnie mojego oka). Był też nieskończony tunel, aż się chciało do niego włożyć rękę, ale to było złudzenie wykorzystujące tzw. weneckie lustro (policjanci takie wykorzystują, gdy chcą pokazać świadkowi podejrzanego, a podejrzany ma nie widzieć świadka) – gdy zajrzało się pod płaskie urządzenie, była zwykła ściana, nie było żadnego tunelu. Widziałem też kulę plazmową, i wiszącą w powietrzu piłkę utrzymywaną przez słup wylatującego po ukosie powietrza. Zadałem wtedy Buziulowi zagadkę: nie dotykając piłki spraw, by piłka spadła na ziemię. Czteroletni Buziul niewiele się zastanawiając podszedł, podniósł rękę i... nie powiem, co zrobił, ale mi pędrak zaimponował.
    Wielu rzeczy nie wymieniłem. Gdy wróciliśmy do przedpokoju dostrzegłem na ścianie jakiś dziwny tekst. Litery były bezsensownie poukładane w jakiejś dziwnej kolejności. Zacząłem sobie mruczeć pod nosem, i nagle zauważyłem, że potrafię ten tekst z łatwością przeczytać. Co ciekawe – tekst był właśnie o tym, w jaki sposób mój mózg potrafi jednak ten bełkotliwy tekst odczytać. Poczułem się jak Alicja w Krainie Czarów.
    Ideą wystawy jest połączenie matematyki, fizyki i psychologii. Człowiek jest najpierw zaskoczony, a następnie dowiaduje się, że... nie ma w tym żadnej magii. Taka jest piękna, w końcu wytłumaczalna natura naszego świata, i tego, czym ten świat postrzegamy – naszego umysłu.

    Wystawa potrwa do 24-go sierpnia 2007, jest czynna codziennie oprócz poniedziałków od godz. 10 do godz. 17, a mieści się w Młodzieżowym Domu Kultury przy alei Niepodległości 763 w Sopocie (bardzo blisko kolejki, jeśli wyjść wyjściem od strony Gdańska, to na alei w prawo).

    Po obejrzeniu wystawy poszliśmy do Cooky’s Pizza tuż przy kasie kolejki SKM. Gotfryd z Buziulem zamówili pizzę, a ja spaghetti ze szpinakiem, bo słyszałem w dzieciństwie, że jak się je szpinak, to można zostać strażakiem. Powiedziałem też Buziulowi, gdy czekaliśmy na jedzenie, że w pokoiku za tymi drzwiami z kółeczkiem i trójkącikiem w korytarzyku jest specjalne stanowisko z grami komputerowymi, można sobie pograć. Gotfryd nie protestował, szczeniak poszedł sprawdzić tę informację, i się niestety dał nabrać.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
6 sierpnia 2007

Kontrast między nastrojem a świadomością

Dziś byłem okropnie pobudzony. Rano poszedłem do mojej Pani Psychiatry, której bardzo nerwowo opowiedziałem zdarzenia minionych dni. Widziałem, w miarę opowiadania, rosnący na jej twarzy niesmak i niezadowolenie. Chyba ją zdołowałem.

Zauważyłem następującą zależność: jeśli jestem optymistycznie nastawiony, tryskam pozytywną energią, moja Pani Doktor wyznacza mi następne spotkanie za miesiąc. Jeśli natomiast rozsiewam złą energię, umawiamy się za dwa miesiące.
Dziś Pani Doktor wyznaczyła mi kolejne spotkanie w pierwszych dniach października.

Mam wrażenie, że moje pobudzenie to jeden z ostatnich rozpaczliwych ataków mojej choroby. Tak jak garstka oblężonych żołnierzy rzuca się na oślep licząc, że się przedrą przez pierścień przeciwnika, tak moja choroba roznosi mnie od środka licząc, że popełnię jakiś błąd i zrobię coś, co wpędzi mnie w takie kłopoty, że choroba znajdzie sposób, by utrzymać swój status quo.

To nawet zabawne, co dzisiaj czułem przez cały dzień: niezwykłe pobudzenie, depresyjny ucisk w piersi, i jednocześnie poszerzoną, jasną świadomość (sporo zaczynam ostatnio rozumieć). To tak, jakby jeść lody połykając je szybko, i trzymać stopy w miednicy z ciepłą wodą. Taki kontrast.

Przed chwilą umówiłem się z Gotfrydem, że przyjedzie on do mnie jutro ze swoim 4-letnim synkiem i pójdziemy na interaktywną wystawę „Eureka – cuda nauki i techniki”. Ma ona miejsce w Młodzieżowym Domu Kultury przy al. Niepodległości 763 w Sopocie (tuż obok kolejki) i jest poświęcona „niezwykłym doświadczeniom i zaskakującym odkryciom”, chyba generalnie z fizyki.

Jeśli Gotfryd do jutra nie zmieni planów, jutro wszystko opowiem.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
5 sierpnia 2007

Samodzielność, czyli bycie dzielnym samemu

    Już dwa tygodnie niebawem miną od mego powrotu ze spływu, a ja tylko raz albo dwa spałem u Hilarego w Gdańsku. Generalnie przeniosłem się do siebie do Sopotu, co stało się możliwe, gdyż czułem już na spływie, że przestają mnie trapić okrutne sny, takie jak na przykład, że opada mnie sfora drapieżnych krokodyli i rozgryzają mnie one na kawałki, co było wręcz bolesnym doświadczeniem – jako sen. Ciągle śnią mi się rzeczy obrzydliwe, mdłe, ale już nie bolesne ani okrutne. Kiedyś, gdy próbowałem to znieść w nocy w samotności, było to straszne, jak na gumce wracałem do Hilarego. Ale teraz powoli oswajam się na powrót ze swoim mieszkaniem. Na pewno pomagają tu moje kuzynki, które są, z synem jednej z nich, u mnie w gościnie. Ale czuję, że jak wyjadą, to nadal będę mógł tu spać, już w zupełnej samotności.
    Po ponad trzech tygodniach ciszy zadzwonił do mnie wczoraj Gotfryd, ten kolega, z którym gram w koszykówkę, i z którym od czasu do czasu współpracuję matematycznie, spotykając się u niego na Politechnice. Był ostatnio bardzo zajęty. Współorganizował konferencję naukową w Będlewie (koło Poznania) na temat topologicznej teorii punktów stałych i periodycznych. Bardzo mnie na nią namawiał, właściwie zaraz po spływie mogłem na nią jechać, ale ciągle za bardzo boję się rozmawiać z ludźmi. A było tam podobno około 70-ciu matematyków z całego świata. Co ja się tam będę pchał.
    Było mi przyjemnie, gdy Gotfryd powiedział, że sporo osób o mnie pytało. Jak oni mogą o mnie pamiętać! Nie widziałem ich od stu lat!
    Więc pytał o mnie mój promotor mojej nie ukończonej (jeszcze) pracy doktorskiej, koledzy z okresu, gdy pracowałem na Uniwersytecie Gdańskim, i co mnie szczególnie ucieszyło, mój poprzedni opiekun naukowy, właśnie z Uniwersytetu, który nie miał ze mną za lekko, gdyż bardzo starał się mnie ciągnąć w kierunku tego doktoratu,, a ja jak wół czy osioł się zapierałem, i nigdy nic na czas nie byłem w stanie ukończyć. A jednak miło mnie podobno wspominał (nie wiem, może się dowiedział o mojej chorobie), i chwalił moje możliwości. Oczywiście potencjalne możliwości, dodam od siebie.
    Jestem bardzo łasy na takie informacje, miło człowiekowi, że jednak nie jest takim kompletnym outsiderem, i ktoś o nim pamięta.
    Zadzwonił też do mnie wczoraj Telesfor, mój przyjaciel od przedszkola. To on właśnie nazwał mnie Kalafior, właściwie Krążownik Kalafior, bo gdy się pytał swojej mamy, czy mnie nie widziała, to ona zawsze mówiła, że krążę ciągle wokół ich wieżowca, ale gdzie akurat teraz jestem, to ona nie wie.
    Telesfor jest teraz w Anglii, gdzieś w środku, w jakiejś małej mieścinie. Był wczoraj dosyć zdołowany. Mówił, że już dłużej tam nie wytrzyma bez swojej wspólnoty religijnej, mimo świetnych warunków w pracy przenosi się do Londynu, gdzie znajdzie braci we wspólnocie. Ja mu na to, żeby został tam gdzie jest, że wiem, jak go boli samotność, ale że jest to sprawka strukturki neuronalnej, którą obaj wyhodowaliśmy sobie w dzieciństwie w przedszkolu przykościelnym, a potem umocniliśmy ją w swoich głowach chodząc na religię i do kościoła, i która zrobi wszystko, by obrzydzając nam życie zmusić nas do modlenia się, czyli rozmawiania z kimś, kogo realnie, na zewnątrz głowy nie ma, i w ten sposób utrzymywania jej, tej strukturki neuronalnej w naszym mózgu, przy życiu. On zrozumiał moją teorię wtórnej strukturki neuronalnej i wtórnej świadomości, i nawet ją kiedyś zaakceptował, ale powiedział, że jest mu tak ciężko, że on ulegnie swojej strukturce, bo dłużej nie wytrzyma.
    Ha, trudno. Niech mięknie. Ale sądzę, że on na tyle już ma rozwinięte własne samodzielne myślenie, że w końcu odetnie się od źródła swoich kłopotów raz na zawsze, i przetrzyma okres prowadzący do pełnego wyzdrowienia.
    Ja też parę razy w życiu ocierałem się o myśl: „A może moje kłopoty biorą się z tego, że odszedłem od Pana Boga?” Zwłaszcza w czasie trwania psychozy z trwogą chwytałem się tej myśli. I w ogóle – w ciężkich chwilach życia.
    Cóż, by osłabić moją dziecięcą czujność, w dzieciństwie wszczepiono mi obraz Pana Boga jako bardzo dobrego pana, o wielkim sercu, mojego stworzyciela, który jest dla mnie BEZWARUNKOWO dobry. Więc już nie uwierzę, by ten bezwarunkowo dobry pan tak mnie maltretował tylko po to, bym się na niego nawrócił. Po co by mu to było, gdyby istniał? Po co jemu, wielkiemu, marne klepanie paciorków czy błagania składane przez małą, słabą istotkę, jaką ja jestem?
    Nie wierzę w istnienie żadnych bogów, i coraz lepiej się czuję licząc wyłącznie na własne siły.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
3 sierpnia 2007

Czytanie ekspresowe

    Przedwczoraj wybrałem się z moimi dwiema kuzynkami (i synem jednej z nich) do Teatru Kameralnego w Sopocie na sztukę “Mąż i żona”, którą napisał Aleksander Fredro, a wystawiono ją po raz pierwszy w roku 1822 we Lwowie.
    Przed spektaklem kupiłem sobie małą buteleczkę soczku pomarańczowego, żebym był zabezpieczony, gdyby zachciało mi się pić. Wiem, że to obciach – pić z buteleczki w teatrze soczek, ale mój organizm jest dla mnie bezlitosny, bardzo często chce mi się pić. A jedną z moich osobistych, głównych wartości jest to, żeby na wszystko swojemu organizmowi pozwalać, czego by on sobie nie życzył, oczywiście w miarę możliwości i w ramach zdrowego rozsądku. I będę tej wartości bronił do końca.
    Sala Teatru Kameralnego w Sopocie jest w opłakanym stanie. Stare, skrzypiące fotele, odrapana ściana, stare okna, w ogóle nic tam nie jest wymienione od chyba 10 lat. Pod sufitem pełno jakichś metalowych prętów, na których wiszą tu i tam, bez widocznej logiki, stare reflektory.
    Scenografia to prostu czarna scena z jakiś dziwnym czarnym urządzeniem, które przypominało podwójny, obracający się w poziomie trzepak. Aktorzy w czasie spektaklu obracali tym trzepakiem, ale co ten trzepak miał wyrażać, tego do dziś nie pojmuję, być może chodziło o to, by w czasie wypowiadania kwestii aktorzy mieli czymś zajęte ręce (była też i piłeczka, którą sobie rzucali, też nie wiem, może chodziło o tzw. odbijanie piłeczki...).
    Aktorów było czworo – mąż Wacław (Grzegorz Gzyl), żona Elwira (Dorota Kolak), pokojówka Justysia (Paulina Kinaszewska) i kochanek żony Alfred (Rafał Kronenberger). Dodatkowo Wacław i Alfred byli zainteresowani Justysią, za co Justysia, w wersji granej za życia Fredry, za karę na końcu miała pójść do klasztoru (po śmierci dramatopisarza zmieniono zakończenie na bardziej “przyzwoite”). Wszyscy, jakby całej tej czerni scenografii było za mało, ubrani byli na czarno.
    Czarno to opisuję nie po to, żeby się z tego naigrywać, bo wiem, że to wszystko przez brak pieniędzy. Prawdopodobnie tam na górze władze miasta nie rozumieją, jak ważną rolę mógłby pełnić teatr, gdyby go uczciwie finansować. Bo teatr ma uświadamiać ludzi, między innymi. No ale po co rządzącym uświadomione społeczeństwo...
    Jeśli chodzi o grę aktorską, to cała czwórka budziła mój podziw. Posiadają oni bardzo duże możliwości: i w ekspresji uczuć, i w komediowych zagrywkach, i w naturalnej mowie, okrzykach, nienagannej dykcji. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie... gdyby nie szybkość wystrzeliwanych słów! Oni po prostu tak wypowiadali swe kwestie, jakby strzelali z karabinu maszynowego. Naprawdę należy im się szacunek, że mieli to, przy tej szybkości wymiany kwestii, świetnie zsynchronizowane (aż się bałem, że się sypną, ale się nie sypnęli), ale przecież ja, widz, nie jestem geniuszem – potrzebuję trochę czasu, by przetrawić ten gęsty tekst.
    Przy tej szybkości niewiele zrozumiałem. Kuzynki też na to narzekały po spektaklu. A jednak odniosłem wrażenie, że hrabia Fredro nie pisał po próżnicy – gdy udało mi się wyłuskać jakieś zdanie z tego potoku, często zawierało ono ciekawą obserwację psychologiczną stanu umysłów dwóch uwięzionych w węźle małżeńskim istot. Biedne istoty pragną miłości, która skutecznie zabita została przez raz na zawsze daną obietnicę. “Gdzie się pojawia przysięga, tam uczucie miłości gaśnie” - taki sens zapamiętałem.
    Chyba chodziło o to, żeby się zmieścić w godzinę i 15 minut, a nic z tekstu nie wycinać. Ale to bez sensu – ilość nie przechodzi w jakość. Szybkie gadanie, bez zrozumienia sensu – nie ma sensu.
    Przypominają mi się ulotki, jakich pełno do niedawna widziałem w SKM-ce. “Kursy szybkiego czytania!” - krzyczały - “zwiększ tempo swojego czytania nawet o 200%!” Często ogladąłem te ulotki. “Po naszym kursie nauczysz się przyswajać tekst dużo szybciej, co pozwoli ci na skuteczną naukę, studiowanie, na szybkie wykonywanie zadań w pracy”.
    Szczerze wątpię w skuteczność kursów szybkiego czytania. Być może istnieje coś takiego, jak fotograficzna pamięć tekstu, ale czytanie tekstu ma tylko wtedy sens, gdy ZROZUMIE się jego treść. A proces zrozumienia w naszym umyśle nie polega na wczytywaniu bitów informacji, jak z taśmy magnetofonowej. Jest to proces wymagający REFLEKSJI, a więc czegoś, czego nie należy popędzać.
    Jedna z moich kuzynek, której syn do mnie też przyjechał, próbowała to tak wyjaśnić: “Mój syn twierdzi, że potrafił nadążyć za tekstem sztuki. Dzisiejsza młodzież jest inna – wychowana na SMS-ach, krótkich mailach, skrótach myślowych, dzięki którym szybko się porozumiewa. Oni po prostu mają inną, szybszą percepcję”.
    Nie kupuję tego wyjaśnienia. Nie ma żadnej nowej innej generacji młodzieży. Być może dzięki elektronice ludzie szybciej i krócej wymieniają się informacjami, ale czy przez to więcej rozumieją? Wątpię.
    A jednak pokrzepiony wyszedłem z teatru. Co mnie tak pokrzepiło? Sala była pełna! Pełna ludzi w różnym wieku. Ludzie chcą teatru. Potrzebują teatru. Czują, że w teatrze może się zdarzyć coś ciekawego. Pytanie tylko, czy przez odgórne skąpstwo się nie rozczarują.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
1 sierpnia 2007

Francuska obsesja

    Okres korzystania z lata rozkręcił się na dobre, więc ja i Penelopa zawiesiliśmy nasze spotkania, i znając Penelopę, z pewnością w tym okresie nie zagląda ona do internetu, a tym bardziej do mojego bloga, więc mogę z czystym sumieniem zdradzić naszą wspólną obsesję z Penelopą: obsesję na punkcie języka francuskiego.
    Otóż ja już od najmłodszych lat głowiłem się nad tym, jak by tu posiąść znajomość języka trojga moich kuzynów z Francji. Ilekroć przyjeżdżali oni do Polski, za nic w świecie nie byłem w stanie zrozumieć tego ich świergotania. A melodia tego świergotania wydawała mi się przepiękna, miałem więc urazę do losu, że urodziłem się w Polsce i nie posiadłem języka Gallów w sposób naturalny.
    Najpierw uczyła mnie babcia. „La vache” – mówiła – „powtórz, la vache”. „Ale babciu, co to jest la vache?” – pytałem z przejęciem, a babcia pokazywała mi obrazek, na którym była krówka, konik i baran. „La vache” – mówiła ciężko babcia, i pokazywała mi krówkę swoimi zgrubiałymi od zwyrodnień palcami.
    „A konik, babciu, jak jest babciu konik?” – mój żywy umysł pragnął chłonąć francuszczyznę bez opamiętania. „Le cheval” – westchnęła babcia – „le cheval, a to jest le mouton, czyli baran”. Wtedy spytałem, jak jest „To jest baran”, i dowiedziałem się, że to będzie „C’est le mouton”.
    Mimo, że powoli mi szła ta nauka, w klasie szybko się rozniosło, że mówię po francusku. Dzieci pytały mnie na przykład, jak jest po francusku „Idzie żołnierz drogą”, a ja mówiłem „C’est le mouton”, i gdybym był trochę starszy, wszystkie laski w klasie byłyby moje.
    Moją silną stroną był akcent i wymowa. Szczególnie dobrze wymawiałem to „errr”, zupełnie jak Donald Tusk. Kiedyś zbiegłem na dół do kolegów na podwórku i krzyczę: „Słuchajcie, w telewizji lecą Rrrróże Montrrrreaux” – taki program rozrywkowy, chyba belgijski, i koledzy rozbiegli się do domów, tylko jeden do mnie podszedł i powiedział, żebym nie wymawiał tego „errr”, bo on nie rozumie po francusku, nie chce rozumieć, i go to denerwuje. Musiało go to trochę denerwować, bo czasami lubiłem mówić „po frrrancusku”, na przykład: „Kurrrde, prrroszę zrrrozumieć, trrrochę mnie to denerrrwuje”. Zwłaszcza do tego chłopaka, co nie lubił francuskiego, lubiłem tak mówić. Strasznie go to denerwowało, robił się cały czerwony. Jak burak.
    Od kiedy jednak stałem się poważnym, młodym człowiekiem, skończyłem z wygłupami, i zacząłem, w imię znanego powiedzonka „si tu veux, tu peux”, studiować wszelkie możliwe podręczniki gramatyki francuskiej. Uczyłem się też słówek – wszystko na nic: potrzebne słówka tonęły gdzieś w niepamięci, a nawet jeśli się pojawiały, to nigdy nie wiedziałem, w jakim je ustawić szyku.
    Krótko mówiąc: mimo wspaniałego akcentu – kompletny antytalent językowy.
    Trzy lata temu zacząłem się uczyć z Penelopą. Jeśli chodzi o determinację i zdolności, dobraliśmy się jak w korcu maku. Zazwyczaj na każdej lekcji po krótkiej wymianie francuskich zwrotów grzecznościowych zaczynaliśmy rozmawiać o relacjach damsko-męskich, plotkach i Kleofasie, który studiuje informatykę. Oczywiście po polsku. Wtedy Zygfryd (jej mąż, a mój brat) wsadzał głowę do kuchni zaciekawiony i pytał, jak nam idzie francuski, a my chórem odpowiadaliśmy „très bien!”
    Bardzo trudno, zarówno mnie, jak i Penelopie, jest się skoncentrować na nauce francuskiego. W końcu Penelopa stwierdziła (jakiś rok temu), że ta nauka przy stole w kuchni za bardzo ją męczy, i poprosiła niewinnie, byśmy poszli do ich sypialni. Ja usiadłem na fotelu koło pianina, a Penelopa... wlazła, hyc, do łóżka, pod kołderkę, oparła głowę o ścianę, podstawiła sobie książkę pod nos, i oznajmiła, że tak jej się będzie najlepiej uczyć.
    I tak się do tej pory od tamtej pory uczymy, z tym, że przechodzimy na polski rozprawiając o relacjach damsko-męskich, plotkach i Kleofasie znacznie częściej, niż przedtem, a Zygfryd znacznie częściej zagląda do sypialni, by spytać, jak nam idzie nauka.
    Od jakiegoś czasu cała rodzina, na moją prośbę, próbuje wpłynąć na Penelopę, by wylazła z łóżka i porządnie zaczęła się ze mną uczyć francuskiego w kuchni przy stole, ale Penelopa uparcie twierdzi, że w łóżku język francuski znacznie jej lepiej wchodzi do głowy.
    Cóż, mnie to teraz już tam wszystko jedno – czy siedząc na fotelu koło pianina, czy przy stole w kuchni, żadne słówka ani zwroty nie wchodzą mi do głowy. Ale już się z tym pogodziłem. C’est la vie!

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
30 lipca 2007

Naleśniki u Alberta

    Aby w pełni przedstawić teorię generatora niechcianych myśli, należy zrobić cztery rzeczy:
1) wyjaśnić, co to jest generator niechcianych myśli;
2) wytłumaczyć mechanizm jego powstawania, czyli skąd on się bierze w głowach ludzi na naszej pięknej planecie;
3) wytłumaczyć sposoby jego działania, w jaki sposób udaje mu się przetrwać w głowie swego nosiciela;
4) rozważyć możliwości pozbycia się go z naszej biednej głowy, tak, aby móc w pełni samodzielnie myśleć, i dzięki temu móc się zrealizować.
    Punkt pierwszy mamy już za sobą.
    Za kolejne trzy punkty zabiorę się być może w przyszłości, a dziś opowiem, jak smażyłem naleśniki u Alberta.

    Albert to bardzo praktyczny gość. Przyjechały dzisiaj do mnie na dwa tygodnie dwie kuzynki z Warszawy, z synem jednej z nich, obie są zawodowymi psycholożkami. Miałem straszny bałagan w domu, bo wszędzie suszyły się rzeczy, mokre po spływie. Najwięcej miejsca zajmował namiot, śpiwór i gruby, nadmuchiwany materac. Tym razem postanowiłem te rzeczy porządnie wysuszyć, gdyż w zeszłym roku materac prosto z plecaka walnąłem do ściennej szafy, no i zrobił się na kawałku paskudny grzyb, bo materac był nie wysuszony. Wystarczy trochę wody, jakieś leśne pozostałości, i coś takiego może wyewoluować. Potem woda i tak wyschła, grzyb wyzionął ducha, ale plama na materacu pozostała.
    Więc tym razem postanowiłem wszystko wysuszyć do ostatniej kropelki. I jeszcze dzisiaj rano wszystko to pokrywało część mojej mieszkalnej przestrzeni.
    Z Albertem odebraliśmy kuzynki (i syna jednej z nich) z peronu, i pojechaliśmy do mnie. Po drodze tłumaczyłem się, że nie zdążyłem posprzątać i jest częściowy bałagan.
    Gdy Albert zobaczył rozciągnięty na ziemi namiot pożyczony od Kleofasa (syna Zyfryda), od razu zabrał się do rzeczy. Najpierw zwinęliśmy namiot właściwy, a potem tropik. A potem stwierdziłem, że znowu będę miał problem, bo te dwa rulony nie chcą mi bez użycia siły zmieścić się w namiotowej torbie (do tego dochodzą jeszcze trzy pałąki i śledzie). Albert podrapał się w głowę, przez moment przypominał mi zastanawiającego się Pomysłowego Dobromira ze skaczącą nad okiem piłeczką, i wykrzyknął: „Namiot właściwy i tropik trzeba zwinąć w jeden rulon! Wtedy się gładko zmieści!”
    Miał rację mój braciszek. Złożyliśmy namiot w długi pas, to samo zrobiliśmy z tropikiem, potem pas namiotu położyliśmy na pasie tropika i zwinęliśmy w jeden rulon. Zmieściło się gładko, gładziej niż myślałem. Zygfryd i Kleofas będą zadowoleni.
    Gdy namiot, śpiwór i materac zostały zwinięte i schowane do szafy, to wtedy walające się wyprane skarpetki, majtki, spodnie, koszulki, latarka, scyzoryk, menażka, sztućce, serwetka, mapy, foldery, kubek, apteczka, plastikowe worki, pudełka po filmach, i parę jeszcze innych rzeczy, nie stanowiły już problemu. Kuzynki mogły odetchnąć z ulgą i zacząć się rozpakowywać. Powstał nowy bałagan, ale już nie mój.
    A ten Albert to naprawdę jest bardzo praktyczny gość. Umie na przykład smażyć naleśniki. Jakiś miesiąc temu zaprosił mnie do siebie na te właśnie naleśniki. Jego żona, Kleopatra, siedziała w salonie i coś sobie oglądała, a myśmy zajęli kuchnię i zabraliśmy się za naleśniki. To znaczy ja siedziałem przy stole, a on zabrał się za naleśniki. Wyciągnął olej, patelnię, jajko, mleko, mąkę, plastikową miskę, chochelkę, łyżkę, specjalnie zagięty płaski nóż i duży płaski talerz, i to chyba wszystko.
    „A może chcesz sam zrobić te naleśniki?” – spytał wyzywająco Albert. „Dobrze” – odpowiedziałem bez wahania – „powiedz mi tylko, co mam robić”. „Receptura jest bardzo prosta. Rozbij jajko i wlej do miski” – polecił Albert. Gdy to zrobiłem, powiedział mi, żebym dodał do tego pół litra mleka, zrobiłem to, a następnie żebym rozmieszał to dokładnie, i powoli dodawał mąki, mieszając, aż się zrobi taka konsystencja jak kogla-mogla, może trochę rzadsza. W tym czasie sam zaczerpnął szczyptę soli z pojemnika i dodał do mikstury.
    Następnie Albert nacisnął guzik na elektrycznej maszynce i położył na niej patelnię, którą wcześniej polał niedużą ilością oleju. „Trzeba zaczekać, aż się rozgrzeje” – poinformował mnie Albert. Gdy się rozgrzało, aż olej zaczął lekko skwierczeć, mój brat chochelką rozlał trochę przygotowanego płynu, przy czym kręcił patelnią energicznie, żeby się płyn równomiernie rozprowadził na patelni. „Teraz trzeba poczekać, aż się przysmaży z jednej strony” – powiedział Albert, i po chwili specjalnie zagiętym płaskim nożem (jak się później dowiedziałem, zwanym fachowo łopatką) zaczął sprawdzać, czy naleśnik odchodzi od patelni. „Z pierwszym zawsze są kłopoty, lepi się do patelni” – westchnął mój nauczyciel. W końcu udało mu się podciąć i odkleić powierzchnię naleśnika, i zgrabnym ruchem odwrócić go na drugą stronę. Naleśnik był jasno-żółty, gdzie niegdzie lekko przyrumieniony. Gdy podsmażył się z drugiej strony, Albert zsunął gotowy krążek na płaski talerz. „Teraz ty spróbuj” – polecił mi Albert. Najpierw rozlałem olej. „Nie tyle! Ociupinkę tylko trzeba!” – wrzasnął mój gospodarz, i odlał większość oleju do zlewu. „Lej tylko ociupinkę” – podkreślił. Bardzo trudno mi było się powstrzymać przed laniem więcej niż ociupinkę, ale jakoś się nauczyłem. Potem problem był z rozlaniem żółtej masy. Naprawdę trzeba energicznie kręcić patelnią, żeby się szybko zrobiło płaskie koło. Jeśli za wolno kręcimy, masa szybko się ścina i zastyga w dziwnym kształcie. Przez około dziesięć naleśników nie wychodziła mi ta sztuka, i to co wyczyniałem, byłoby raczej adekwatne do przeprowadzania wróżb w andrzejki. Wychodziły mi płaskie, przerażające straszydła.
    W końcu jednak nauczyłem się sztuki smażenia naleśników, i Albert mi nawet pokazał, jak zmienia się stronę naleśnika na patelni podrzucając go do góry. „Musisz jednak uważać, żeby się nie przykleił do sufitu” – ostrzegł mnie szef kuchni.
    Potem gotowe naleśniki zawijaliśmy na różne sposoby z konfiturami lub serkiem homogenizowanym (podobny serek można przygotować z twarogu, śmietany i cukru waniliowego), a potem przyszła Kleopatra, i wszystkie naleśniki znikły.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
29 lipca 2007

Generator niechcianych myśli - odcinek 4

    Od kiedy wpadłem na pomysł, że istnieje we mnie taki sabotażysta, którego początkowo nazwałem niewinnie „generatorem niechcianych myśli”, zacząłem się mieć na baczności, zwłaszcza jak wypowiadałem swoje myśli do innych (ileż to razy nie byłem w stanie zrozumieć, jak mogłem komuś coś tak przykrego czy głupiego powiedzieć), ale też zacząłem długo zastanawiać się nad poszczególnymi „swoimi” pomysłami. Krótko mówiąc, zacząłem stosować zasadę: „dziesięć razy pomyśl, a nie dwa, zanim jakąś myśl uznasz za własną i wartościową”.
    Zauważyłem, że od kiedy zastanawiam się nad moim „generatorem niechcianych myśli”, jego moc, co prawda powoli, ale konsekwentnie spada. Tak jakby on znikał z moich komórek, jakby jego konfiguracja w neuronach ulegała powolnemu, ale konsekwentnemu rozkładowi.
    Czuję to trochę tak, jakby moje zaalarmowane niebezpieczeństwem neurony szukały właściwej konfiguracji, by tego niechcianego lokatora, tego pasażera na gapę jak najszybciej się pozbyć.
    Ale uwaga: to nie jest obce ciało. Tak jak WIRUS w komputerze zajmuje zwykłe komórki bitowe z konkretnymi adresami (jest po prostu pewnym wyrafinowanym zapisem, programem), wyczyniając różne szkody w pamięci komputera, tak, jak przypuszczam, generator niechcianych myśli obejmuje zdrowe neurony, między którymi wytworzyła się osobliwa sieć połączeń o odpowiednich tzw. wagach, które tworzą aktywną konfigurację dezorganizującą pracę NASZEJ świadomości.
    Po co ten generator to robi, jaka jest w tym logika i cel (bo jest!), no i jak dochodzi do powstawania tej wtórnej, chorej a aktywnej struktury neuronowej u wielu, wielu ludzi (ludzie ze stwierdzoną schizofrenią to wierzchołek góry lodowej) – o tym postaram się w przyszłości jeszcze wypowiedzieć.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
28 lipca 2007

Generator niechcianych myśli - odcinek 3

    Długo to obserwowałem, i w końcu znalazłem wspólny mianownik: jakaś część mojego mózgu, jakiś sektor moich neuronów, zajmujący konkretny, wydzielony fragment mózgu, działa na własną rękę i generuje różnego rodzaju myśli, które przysyła do sektora odpowiedzialnego za powstawanie MOJEJ NATURALNEJ ŚWIADOMOŚCI, w ten sposób moje czyste myślenie jest natrętnie zakłócane. W tej chwili jestem prawie pewien, że to nie brak równowagi chemicznej to powoduje, bo za duża logika jest w tych „nieswoich” myślach, za duża konsekwencja, a przecież ja tych sekwencji myślowych nie przygotowywałem, przynajmniej niczego takiego nie pamiętam!
    Moim zdaniem brak równowagi chemicznej jest tylko konsekwencją chaosu myślowego powstałego wskutek konkurowania ze sobą co najmniej dwóch ośrodków władzy, z których jeden jest naturalny (jest to ośrodek generujący naszą świadomość), a pozostałe powstały wskutek różnego rodzaju indoktrynacji, którym poddawano nas we wczesnym dzieciństwie. Jak to jest możliwe, w jaki sposób te indoktrynacje mogą stworzyć coś tak nam nieprzyjaznego w naszej sieci neuronowej – czyli w naszym mózgu, wrócę do tego tematu być może w przyszłości.
    Dlaczego zatem leki działają, skoro ich działanie jest wyłącznie chemiczne? Moim zdaniem ich działanie polega na zmianie przewodnictwa elektrycznego połączeń między neuronami w określonych rejonach mózgu, być może też wpływają one tonująco na działanie samych neuronów, i w ten sposób usypiają one niejako ten chory, aktywny na własną rękę rejon mózgu. Chory ma wtedy mniej nieswoich, obcych myśli, więc ma większą kontrolę nad sobą samym – życie staje się możliwie znośne. Ale rejon odpowiedzialny za naszą świadomość leki też usypiają przy okazji, stąd częsta senność pacjenta po lekach.
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
27 lipca 2007

Generator niechcianych myśli - odcinek 2

    I wtedy wymyśliłem termin „generator niechcianych myśli”: coś w moim mózgu przysyła mi obce myśli, przeszkadzając mi. Początkowo myślałem, że to normalne, że człowiekowi tak przychodzi do głowy wiele skojarzeń, tylko u mnie to jest rozregulowane. Ale w miarę, gdy to obserwowałem coraz wnikliwiej, poczułem, że jest we mnie jakby inna wola, że coś wbrew mojej woli zmusza mnie do roztrząsania niechcianych kwestii. Najgorsze w tym było to, że trudno było rozróżnić, co jest twórczym, korzystnym skojarzeniem, a co rozpraszającą racą.
    Zacząłem o tym opowiadać Albertowi: „czuję, jakby mój umysł chciał czego innego niż ja sam”, albo „ja i mój umysł nie możemy się ze sobą zgodzić”, albo „jak zmusić mój umysł do posłuszeństwa”, albo „mój umysł chce za mnie decydować”.
    Alberta strasznie to drażniło. „Ty i twój umysł to jedno!” – powtarzał – „Nie ma w tobie żadnego podziału. Ty jesteś swoim własnym umysłem”. Często się na ten temat kłóciliśmy, bo ja coraz lepiej potrafiłem dostrzec w sobie działanie jakiejś osobnej mocy, która chce narzucić mi swój tok myślenia.
    Dziś jestem prawie pewien, że w moim mózgu istnieje coś w rodzaju DRUGIEGO ośrodka władzy, który na własną rękę próbuje zająć mój „czas antenowy” w mojej świadomości. To by tłumaczyło różne zjawiska, które mnie do tej pory trapiły: natręctwa (żałowanie bez końca, że zagiął mi się rożek książki, albo kilkukrotne wracanie do drzwi, by sprawdzić, czy są zamknięte); namolne fantazje seksualne, które rozbudzały moją pożądliwość, gdy chciałem co innego robić; myśli depresyjne: „jest źle, będzie gorzej, jesteś do niczego, i tak już pozostanie”, co powodowało cierpienie, głównie ucisk w klatce piersiowej; lęki – boję się tego, boję się tamtego, boję się podjąć decyzję, zabrać głos w dyskusji; rozkojarzenie – nie mam możliwości prowadzenia rozsądnej rozmowy; wyrzuty sumienia: „jak mogłeś to zrobić, ach ty niedobry, jesteś winien, winien, winien!” (zauważmy, że myśli te były formułowane w drugiej osobie liczby pojedynczej); i wreszcie rzecz najgroźniejsza: urojenia, czyli myśli, że ktoś mnie śledzi, że piosenki w radio są dobieranymi specjalnie dla mnie komunikatami, podobnie reklamy w telewizji, że ludzie są sterowani radiem przy pomocy czipów, że ja pewnie też mam w mózgu czipa, i wiele innych dziwacznych myśli, niewiadomego pochodzenia poleceń w środku głowy, czasem wręcz niebezpiecznych dla życia i zdrowia.
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
26 lipca 2007

Generator niechcianych myśli – odcinek 1

    Gdy dziecku się mówi, że ma się uczyć, że ma się zabrać do roboty, dziecku wydaje się, że ono po prostu nie ma ochoty na zdobywanie wiedzy i umiejętności. Dziecko jest złe na swoich opiekunów, że ci próbują je na siłę zmusić do czegoś, czego to dziecko nie chce.
    Gdy przekroczyłem dwudziestkę, poczułem, że bardzo bym chciał coś osiągnąć, ale nic nie wskazuje na to, że cokolwiek osiągnę. Czułem po prostu, że się nie rozwijam. Ułożyłem sobie nawet piosenkę na pianinie, której podstawowe słowa brzmiały: „miiiiijaaaaa mi czas”.
    Z jednej strony marzyłem o jakimś sukcesie, z drugiej tego mi się nie chciało, tamtego mi się nie chciało, wszystko co robiłem, było przypadkowe, a jak chciałem coś skoordynować, by osiągnąć jakiś satysfakcjonujący i wymierny cel, jakąś wiedzę czy umiejętność, to – kij w szprychy.
    Ale dopiero, gdy dobiegałem czterdziestki, trzy lata temu, te dwie sprawy skojarzyłem – brak osiągnięć i rozproszenie myśli. Że to nie jest tak, że to ja podejmuję decyzję, żeby czegoś nie robić, bo mi się nie chce. Że ja tak naprawdę chciałbym to zrobić, ale coś w środku we mnie mi na to nie pozwala – blokując mnie.
    Zacząłem to analizować, obserwować swoją własną świadomość, próbując różnych rzeczy, a to coś przeczytać, a to nauczyć się francuskich słówek czy reguł gramatycznych, a to napisać opowiadanie.
    I wtedy to odkryłem: poczułem, że to co mi przeszkadza, to napływające wartkim strumieniem myśli, których ja wcale nie chciałem, nie przywoływałem, ale które kusiły mnie, żebym się nimi zajął.
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
24 lipca 2007

Straciłem klapki

    W niedzielę wieczorem dopłynęliśmy do Gołej Zośki, która jest już blisko Augustowa, po drugiej stronie jeziora Necko, jakieś 20 minut kajakiem. A w Augustowie jest baza, z której pożyczyliśmy kajaki.
    Więc Włodek zadzwonił do bazy i umówił się z właścicielem, żeby ten przyjechał rano w poniedziałek po kajaki. Zamówił też na poniedziałek rano taksówkę.
    Przenocowaliśmy więc w Gołej Zośce (podoba mi się nazwa tego campingu), i ja z Baltazarem o 8.30 pojechaliśmy do Augustowa z kajakami, by stamtąd najpierw PKS-em do Ełku, a potem koleją dostać się do Trójmiasta, a Włodek z Zenobiuszem pojechali taksówką do Augustowa, by stamtąd koleją pojechać do Warszawy i Krakowa.
    I w tenże sposób wieczorem w poniedziałek byłem już u siebie w domu, gdzie się wykąpałem i opatrzyłem moje rany po komarach i zadrapaniach.
    Ogólnie spływ bardzo się udał - wypocząłem, dotleniłem się i opaliłem, rozruszałem mięśnie. Dużo było też wrażeń i obserwacji. Postaram się jeszcze opowiedzieć o tym w przyszłości, omówić pewne szczegóły, na razie wspomnę tylko, że niedziela była trochę pechowa, bo by wyminąć przeszkodę wlazłem w klapkach do wody, a tam był straszny muł, zapadłem się powyżej pasa, i klapki już zostały w tym mule, nie dało się ich już uratować. Przy okazji poniosłem jeszcze jedną materialną stratę, ale żal nie pozwala mi na razie o niej pisać. No i wstyd za moją głupotę.
    Więc wracałem do domu z beczką zadowolenia, w której znalazła się i łyżka dziegciu. Skłonność do natrętnego martwienia się zwielokrotniła nieprzyjemne poczucie straty.
    Dopiero gdy dotarłem do domu i zobaczyłem w wiadomościach spalony autokar we Francji, pomyślałem, jak bardzo względne jest poczucie pretensji do naszego nie zawsze przychylnego losu.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
20 lipca 2007

No i spływam

Jest nas czterech: Włodek, Zenobiusz, Baltazar i ja. Od wtorku płyniemy kajakami Rospudą, z samej góry. Wczoraj minęliśmy Bakałarzewo i rozłożyliśmy biwak nad jeziorem Sumowo. Fajne miejsce, bardzo zadbane przez gospodarza. W ogóle tu jest fajnie, bardzo dziko, a jednocześnie można liczyć na tubylczą ludność (oczywiście za odpowiednią opłatą).

Dziś ruszyliśmy o 12.00, i właśnie dopłynęliśmy do Kotowiny, małej wsi jakieś pół kilometra od końca jeziora Sumowo. Gospodarz wybudował tu mały skansen, specjalnie dla kajakarzy. Naprawdę jest tu miło, zjedliśmy super pierogi z jagodami, ale nie zatrzymamy się tu na nocleg, bo dopiero godz. 14.36, a dzisiaj i tak mało zrobiliśmy kilometrów.

O dziwo w tej głuszy gospodarz dysponuje interenetem, więc mogę sobie popisać.

Trochę leniwie płyniemy, więc pewnie przedłuży nam się do poniedziałku.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
15 lipca 2007

Przemeblowywanie

    W mojej głowie powstały ostatnio niezwykle silne zawirowania, straciłem znowu zdolność koncentracji, i nie jestem na razie w stanie dokończyć mojej opowieści z Zuzanną. No i jeszcze czeka w kolejce moja teoria dotycząca pochodzenia natręctw.
    Ale wszystko w swoim czasie. Coś czuję, że mózg mi się odblokowuje, paradoksalnie się zaciął, ale tak naprawdę trwa w nim ostatnio wzmożone przemeblowywanie (samoistne), i jak to w czasie przemeblowywania mieszkania bywa, z tegoż mieszkania trudniej się wtedy korzysta. Ale za to potem jest super.
    Najpewniej we wtorek wybieram się z moim kolegą Włodkiem na spływ kajakowy Rospudą, trasa ma 65 kilometrów, więc nie przemęczając się zbytnio zajmie nam to 6 dni, do niedzieli. Gdy wrócę, wszystko opowiem z detalami. Mam nadzieję też, że po powrocie, już wypoczęty, nadrobię dotychczasowe blogowe zaległości.
    Kupiłem sobie ostatnio książkę Richarda Dawkinsa „Bóg urojony”, ale przeliczyłem się po raz kolejny, nie jestem w stanie w ostatnim czasie niczego przeczytać, tak bardzo mi się kotłuje w głowie. Dlatego książka na razie leży na półce, tymczasem na Planete w poniedziałek (czyli jutro) o 20.50 nadadzą 2-godzinny film o Richardzie Dawkinsie i jego najnowszej książce. Postaram się obejrzeć (oglądać jest łatwiej aniżeli czytać), o ile dogadam się z Józefiną (obecną żoną Hilarego), z którą wspólnie korzystamy z telewizora.
    Do 15 sierpnia 2007 można wysłać swój scenariusz 3-minutowej etiudy filmowej na konkurs ogłoszony przez Wejherowskie Centrum Kultury. Obszerniej piszę o tym na Forum (Wydarzenia, Imprezy). Być może wezmę w tym udział, mam proste dwa pomysły (pomysł musi być prosty, przecież to tylko 3 minuty filmu!). Potem, we wrześniu, odbędą się warsztaty operatorskie w Wejherowie, w czasie których wybrane scenariusze spośród nadesłanych będą realizowane.
    Być może gra jest warta świeczki. Wystarczy podumać trochę na łóżku, potem siąść na tyłku przy biurku i produkt dumania w 2 godziny spisać, a potem ktoś to zrealizuje, a następnie my sobie oglądniemy własne wizje na ekranie. Ach, co za wizja!

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
7 lipca 2007

Pogromca kwiatów

    Przerwałem moją opowieść na kilka dni, ponieważ gościłem u siebie Włodka, mego kumpla ze studiów, no i jego rodzinkę: żonę Helenkę i ośmioletniego synka Michałka.
    Synek ma dwa wcielenia: albo jest grzeczny jak aniołek, do rany przyłóż facet, można z nim zagrać w szachy (na razie łatwo byłoby mi go ograć, więc umówiliśmy się, że jak nie będzie mu się podobał jakiś mój ruch, to ma prawo mi go zabronić mówiąc: „O! litości, królu Maciusiu!”, i umówiliśmy się, że ma 5 takich praw), poplumkać na fortepianie, jak i porzucać się Sponge-Bobem, to jego ulubiona wielka miękka maskotka, taka poduszka z oczkami, krawatem i cienkimi dyndającymi nóżkami, podobno u nich jest taka kreskówka, „Sponge-Bob”, podobno „w twoim stylu, musisz to zobaczyć, Maciek”.
    Drugie wcielenie to diabeł. Oczy mu się robią złe, miotające pioruny, i mimo że jest drobny, to tak zaczyna skakać po meblach, że musiałem z całej siły się hamować, by nie dać po sobie poznać, że zaraz go ukatrupię, jeśli nie przestanie mi niszczyć dobytku. Rodzice by mnie znienawidzili, gdybym tylko mruknął, więc robiłem dobrą minę do złej gry: „Ach, jaki ten wasz Michałek jest żywy, istne żywe sreberko!”.
    No i stało się: pieprznął mi w czasie fikołka w kwiatek, mój ulubiony kwiatek składający się wyłącznie z takich elipsoidalnych liści, łodygę ma jak palemka, ale w jednym miejscu jego „pnia” był bardzo słaby, ledwo się trzymał, no i ten diabeł wcielony pozbawił kwiatka połączenia z glebą, myślałem, że mi serce pęknie, bo podlewam go troskliwie raz na trzy dni.
    Włodek na to, żebym się nie martwił, że natura radzi sobie z takimi przypadkami, i na pewno kwiatek sam się uratuje. Zaczęliśmy oględziny kwiatka, lekko go podniosłem, i... okazało się, że Włodek ma rację: jakby przewidując wizytę Michałka, kwiatek wypuścił dodatkowe pędy w ziemię, dzięki którym, gdy go umocowałem na sztywno łyżką stołową, będzie mógł pić wodę, mimo braku naturalnego pnia. Po 10 minutach uspokoiłem się.
    Natomiast diabeł tak się przeraził szkodą, którą mi wyrządził, że w cudowny sposób zamienił się z powrotem w aniołka, i do końca wizyty był już dla mnie bardzo miły, i dla moich sprzętów.
    Jak co roku, Włodkowie pojechali na Hel, i jak co roku miałem ich tam odwiedzić, ale zrobiło mi się niedobrze, nic mi się nie chciało, nie pojechałem do nich, no i straciłem wenę do pisania. Stwierdziłem, że nie odzyskam jej między ludźmi, ludzie mnie strasznie rozpraszają i wybijają z twórczego nastroju. Więc zamknąłem się u siebie, uciekłem nawet od mojego Taty, i powoli dochodzę do siebie.
    A z Włodkiem spotkam się jeszcze raz w tym miesiącu, bo szykujemy wspólną eskapadę. Potem znowu wróci on do siebie za Ocean, i znowu nie będę go widział przez cały rok.
    Mnie będzie smutno, ale moje kwiatki, w tej sytuacji, z pewnością oddychają z ulgą.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
29 czerwca 2007

Spodek

    Taras był dwukondygnacjowy, to znaczy pośrodku był kwadrat jakieś 10 metrów na 10, i z tego kwadratu rozliczne schodki prowadziły do góry na jakby mur obronny, 2 metry powyżej centralnego kwadratu. Wszedłem za Zuzanną na ten mur, który biegł dookoła kwadratu i miał jakieś 3 metry szerokości. Moja gospodyni, ciągle trzymając zielone pudełko, podeszła do balustrady bogato zdobionej metalowymi ornamentami. Na zewnątrz balustrady były wszędzie powywieszane skrzynki pełne kwiatów, głównie bratków wszelakich kolorów. Ktoś musiał o to cholernie dbać.
    „Jak ci się podoba widok?” – spytała. Rzeczywiście, z jednej strony piękny widok na Gdańsk, nawet morze było widać, z drugiej widok na piękny las – mój pierwszy w życiu las. Ale ja nie mogłem oderwać wzroku od czegoś, czego Zuzia zdawała się nie zauważać: na dole, w kwadracie, niewidoczny dla oczu sąsiadów stał... latający spodek! To znaczy to coś, co stało na dole, wyglądało na latający spodek, taki, jaki widziałem na filmach o inwazjach Marsjan, tyle, że kameralnych rozmiarów – o średnicy pięć metrów. Taka okrągła, spłaszczona mydelniczka. Stał na czterech przygiętych nóżkach o płaskich zakończeniach, z dołu był błękitny, od góry brązowy, a na górnej połowie była usytuowana przezroczysta bańka, pod którą było widać dwa fotele i wielką tablicę sterowniczą z komputerowymi ekranami.
    „Podoba ci się mój maluszek?” – widziała, że szczęka mi opadała, opadała, i się w końcu zatrzymała – „To jest Fiat 226p, prezent od tatusia na moje przedostatnie urodziny. Bardzo fajnie się nim lata. Niestety, trochę jest drogi w produkcji, więc jeszcze nie jest szeroko dostępny, mogłeś jeszcze takich nie widzieć nad naszym miastem”. Byłem w szoku. Często w dzieciństwie marzyłem o czymś takim. „Czy... czy... mógłbym to obejrzeć?” – spytałem przejęty. „No przecież o to chodzi. Chodź!” – Zuzia zbiegła po schodkach, a ja za nią. Oboje nachyliliśmy się, by spojrzeć pod spód. „Spójrz, pod spodem nie ma żadnego otworu, nie jest on napędzany żadnym silnikiem odrzutowym” – zaczęła objaśniać wyprostowując się powoli – „Ale spójrz na te otworki” – pokazała na otworki obiegające linię graniczną między dwiema (górną i dolną) połówkami spodka – „to są wyloty miniaturowych silniczków odrzutowych o małej mocy, służących wyłącznie do sterowania, zmiany trajektorii lotu. Chcesz wejść do środka?” No, masz! Pewnie, że chciałem. Po schodkach wspięliśmy się na górę, Zuzia gwizdnęła, i dwie połówki przezroczystej kopułki rozwarły się umożliwiając wejście do kabiny. Zuzia weszła pierwsza siadając na lewym fotelu, ja za nią umościłem się w prawym. Były niewiarygodnie wygodne. Zresztą ich wzajemne położenie było względne: oba, jak się za chwilę okazało, obracały się samoczynnie wyczuwając intencje pilota po jego ruchach tułowia.
    „Jest piękna pogoda, więc na razie nie będę zamykała kopułki. Popatrz, obsługa jest bardzo prosta. Przekręcam kluczyk” – przekręciła, wszystkie wskaźniki się zapaliły, wskazówki zaczęły drgać – „i teraz tą wajchą nastawiam, jakie ma być przyspieszenie do góry lub w dół”. Delikatnie pociągnęła rączkę wajchy do siebie, i powoli zaczęliśmy się unosić. Następnie nacisnęła jakiś guzik, wajcha samoczynnie wróciła do zerowej pozycji, a my zatrzymaliśmy się na wysokości 2 metrów nad kwadratem. Lewitowaliśmy! Czyli już nas sąsiedzi mogli zobaczyć, bo wystawaliśmy ponad taras.
    Czułem lekkie drżenie pojazdu, ale naprawdę ledwie rozpoznawalne. Za to nie było żadnych dymów, żadnych wybuchów czy wycia silników. „Jak do jasnej anielki to działa!!?” – nie ukrywałem emocji. „Wytłumaczę ci po drodze. To jak, zgadzasz się ze mną polecieć do mojego tatusia? Muszę mu to zawieźć – to pilne” – wskazała ręką na zielone pudełko, które już zdążyła umieścić w skrzynce pod okalającą nas tablicą rozdzielczą. „Jasne, że się zgadzam!” – wrzasnąłem, bo poczułem, że się szykuje niezła zabawa. Nawet nie spytałem, gdzie lecimy, i kiedy wrócimy. „Zapnij pasy” – poleciła spokojnie Zuzanna, i sama wykonała tę czynność – „Gotowy?” „Jak najbardziej!” – gębusię musiałem mieć nieziemsko wykrzywioną, takie czułem podniecenie i zadowolenie.
    „Chyba jednak już zamknę kopułkę” – oznajmiła mi moja towarzyszka, cicho gwizdnęła, i po chwileczce kopułka się nad nami z sykiem zamknęła. Wtedy panna pilotka już mniej delikatnie szarpnęła rzeczoną wajchę do siebie, zaciskając przy tym usta.
    Myślałem, że połknę własny język: nasz spodek z przyspieszeniem niemal jednego g=9,81 metra na sekundę do kwadratu poleciał w odwrotną stronę, niż spadające jabłko zauważone dawno temu przez niejakiego sir Izaaka Newtona. Szyję mi wygięło w odwrotną stronę niż zwykle, gdy się garbię, głowa mi opadła na fotel, i tylko w górze ponad sobą widziałem niepokojąco szybko zbliżające się chmurki.
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
27 czerwca 2007

Panna Zuzanna

    Jechałem powoli, gdyż dawno nie prowadziłem samochodu. Bardzo dawno. Do tego całe życie swego czasu jeździłem maluchem, a tu proszę, takie wielkie, acz delikatne cacko. Jechał gładko, ale wiedziałem, że nie czuję długości z przodu i z tyłu tego cadillaca, i jego szerokości. Mogłem łatwo o coś lub o kogoś zahaczyć, na przykład na zakręcie.
    Młoda kobieta siedząca obok przypatrywała mi się z uśmiechem, opierając głowę na ręce, którą oparła łokciem na drzwiczkach. Wyjechałem z podwórka i skierowałem wóz w stronę wrzeszczańskiego lasu. Po chwili usłyszałem: „Ładnie pan prowadzi, tak w kobiecym stylu”. W odpowiedzi skinąłem głową skupiony na drodze przed sobą. „Traktuje pan samochód jakby to było delikatne zwierzątko, którego nie wolno skrzywdzić” – dodała. Wyjaśniłem jej więc, że dawno nie prowadziłem, i po prostu boję się jechać szybciej. Chwilkę patrzyła przed siebie, i nagle wyciągnęła do mnie rękę: „Nazywam się Zuzia. A pan?” Spojrzałem na nią zdziwiony, i wtedy zauważyłem na jej sukience napis srebrną nitką wyszyty: „Panna Zuzanna”. Więc otworzyłem usta, by też się przedstawić: „Mam na imię Ma...”
    „Uwaga, niech pan uważa!” – krzyknęła Zuzanna. Odruchowo wcisnąłem hamulec, a spod zatrzymujących się kół wyleciał z wrzaskiem bury kocur. Strasznie się zdenerwowałem. Czułem jak mi gula rośnie w przełyku. Nigdy w swoim życiu nie przejechałem kota ani psa, i nie miałem ochoty, by stan ten się zmienił. „Niech pan już jedzie, chyba nic mu się nie stało” – Zuzanna patrzyła za znikającym za płotem kotem.
    Ulica Podleśna rzeczywiście nie jest daleko od podwórka, przy którym mieszka Hilary. Jak nazwa wskazuje, ulica ta znajduje się pod samym lasem – lasem mego dzieciństwa. Stoi tam cały szereg dużych, rozbudowanych willi. Przed jedną z ostatnich przed lasem willi zatrzymaliśmy się. „Niech pan naciśnie klakson” – dostałem polecenie. Lekko zdziwiony, po chwili wykonałem je, i natychmiast brama do podziemnego garażu zaczęła się otwierać. „To co, każdy może sobie zatrąbić i wjechać do pani garażu?” – spytałem. Pani Zuzia spojrzała na mnie z dumą: „Na całym świecie jest tylko jeden klakson, przed którym otwiera się ta brama. Mój tatuś o to zadbał” – i skinęła głową, bym zaparkował cadillaca w środku.
    Zatrzymałem wóz, brama zamknęła się za nami, a my sami wyszliśmy z samochodu. Ze zdziwieniem zauważyłem, że moja towarzyszka wcale to a wcale nie kuleje, tylko lekkie otarcie na policzku zdradzało niedawny wypadek. „No, już mi chyba ból w kostce minął” – rzekła mijając mnie – „chodźmy na górę, napijemy się czegoś zimnego”. Poszedłem za nią na górę schodami, i znaleźliśmy się wielkim, pięknym salonie umeblowanym w stylu Ludwika Któregoś Tam. Zuzanna kazała mi się rozgościć, a sama gdzieś znikła.
    Minęło jakieś dziesięć minut, gdy wróciła niosąc na tacy dwie wysokie szklanki z pomarańczowym sokiem, a w drugim ręku trzymała małe plastikowe zielone pudełko. Na policzku miała przyklejony mały plasterek opatrunkowy. „Słuchaj, muszę gdzieś lecieć, ale nie chce mi się samej. Wybierzesz się ze mną?” – spytała, przechodząc bezceremonialnie na ty. Odpowiedziałem, że jak widzę, ona się już dobrze czuje, a ja muszę wracać do domu. Ale ona nalegała: „To nie potrwa długo, zresztą nie chodzi o jazdę samochodem ani o to, byś prowadził, po prostu potrzebuję twojego towarzystwa”. Powiedziała to takim lekkim tonem, jakby zauważyła na przykład, że mi się sznurowadło rozwiązało.
    Powiedziała to tak miło i spontanicznie, że nie mogłem odmówić. Odłożyła szklankę, kiwnęła na mnie ręką, skierowała się do kręconych w górę schodów (cały czas trzymała swoje zielone pudełko) i rzuciła do tyłu: „Chodź za mną. Pokażę ci, co mam na dachu”.
    Schody były długie i kręcone, prowadziły na górny taras na szczycie tej wysokiej, potężnej willi. Doszliśmy w końcu do drzwi, które za dwoma klaśnięciami Zuzanny same się rozchyliły, i wkroczyliśmy na górny taras, czy dach, jak to określiła wcześniej Zuzanna.
    Za chwilę pierwszy raz w życiu miałem zobaczyć Fiata 226p.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
25 czerwca 2007

Różowy cadillac

    Złote, falujące włosy, jak długi ogon komety ślizgały się tuż za jej głową po schodach.
    Z tymi siatkami w obu rękach nie miałem szansy uniknięcia kolizji – blondyna podcięła mnie, ręce mi poleciały do przodu, a ja spadłem na nią, i tak zjeżdżaliśmy razem dalej jeszcze ze dwa metry. W końcu dotarliśmy do zakrętu półpiętra, i... zatrzymaliśmy się.
    Nie poczułem żadnego bólu – miękkie i pulchne ciało blondyny całkowicie zamortyzowało mój upadek. Tylko ona miała pełny kontakt ze schodami. Jednak ja byłem w absolutnym szoku. Gdy się zatrzymaliśmy, miałem oczy mocno zamknięte, i powoli dochodziłem do siebie. Pewnie minęło kilkanaście sekund, gdy usłyszałem zduszony, ale przyjemny, damski głos: „Czy mógłby pan ze mnie zejść? Ledwo oddycham”. Dopiero teraz poczułem, że dziewczyna ciężko oddycha. Ostrożnie zacząłem się podnosić.
    Wokół panował niezbyt przyjemny widok: porozrzucane, zgniecione pomidory, truskawki, papryki, ziemniaki i cebule, do tego zgniecione opakowanie na jaja, z którego wyciekał gęsty, żółtawy płyn. Płakać mi się chciało i śmiać zarazem.
    Dopiero teraz, gdy dziewczyna niezdarnie się też podniosła, zobaczyłem, jaka jest piękna. Włosy w nieładzie, otarta twarz ze skrzywionym wyrazem twarzy, było to niesłychanie pociągające dzięki jej białej, słowiańskiej urodzie. „Bardzo panią przepraszam” – wyjąkałem – „jak mi przykro” – zobaczyłem właśnie, że piękność próbuje stanąć na prawej stopie, jednak było to niemożliwe. „Niech pan nie przeprasza, to moja wina. Chyba zwichnęłam kostkę” – jęknęła z bólu. Chwyciła się mojego ramienia. „Mógłby mnie pan odprowadzić do mojego samochodu?” – spytała. Objąłem ją ostrożnie w tali, ona owinęła mi jedną rękę wokół szyi, i tak kuśtykając powoli zeszliśmy na dół.
    Gdy znaleźliśmy się na zewnątrz, skinęła głową przed siebie. Przed domem, tuż za wysokim klombem z dwoma drzewami, stał zaparkowany długi, różowy cadillac, którego wchodząc nie zauważyłem. „Proszę mnie zaprowadzić do mojego wozu. O, jej, jej, jak mnie kostka boli!” – napłynęły jej do oczu łzy.
    Posadziłem ją za kierownicą, położyła się niemal w obitym brązową skórą fotelu i mocno zacisnęła powieki, chyba z bólu. „Nie dam rady, nie dam rady” – cicho syknęła – „aach, aaach”. Nie wiedziałem, co począć. Stałem tak i myślałem o moich jarzynach na klatce, i rozbitych jajach.
    „Ma pan prawo jazdy?” – spytała spoglądając na mnie swoimi nieszczęśliwymi oczyma. „No... mam” – odpowiedziałem z wahaniem. „Proszę mnie odwieźć do domu. To niedaleko” – widziała, że mam obiekcje – „bardzo proszę, muszę się opatrzyć, moją twarz, przyłożyć lód do kostki. Pomoże pan chyba rannej kobiecie” – wyczułem w jej głosie nutkę żartu, czyli jednak lepiej się poczuła.
    Zmiękłem. Powiedziałem tylko, że pozbieram moje jarzyny, i pobiegłem to zrobić. Jaja były nie do uratowania. Owinąłem pudełko w celofanowy worek, żeby nie ciekło, jarzyny powkładałem do siatek, i tak obładowany pobiegłem do śmietnika wyrzucić to co było do wyrzucenia. Jarzyny uratowałem, część truskawek też wylądowała w koszu. Z dwiema siatami wróciłem do kobiety w potrzebie. Siatki kazała mi schować do bagażnika z tyłu, następnie pomogłem jej się przesiąść na siedzenie pasażera, sam usiadłem za kierownicą. „A teraz niech pan pokaże, co potrafi! Mieszkam na ulicy Podleśnej” – zarzuciła włosy kilka razy do tyłu jak koń swoją grzywę, przeczesała je parę razy rozczapierzonymi palcami, i gromko krzyknęła: „W drogę!!!”
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
24 czerwca 2007

Banalnie, ale fajnie

    Uwaga, uwaga, nadchodzi rozwiązanie zagadki. Zacznijmy od żartobliwej. Z ósemki należy wziąć ze środka zapałkę i... położyć ją poziomo tuż nad jedynką w liczbie 510. W ten sposób otrzymamy równanie 100 = STO. Co oczywiście jest prawdą.
    W swojej natomiast zagadce Albert nie żądał, by równanie pozostało równaniem, ale chciał otrzymać prawdziwe wyrażenie matematyczne ruszając dwie zapałki. I otrzymał: znak równości zamienił na znak nierówności: 100 < 510. Co plafta, to plafta, jak przedrzeźniał mnie Hilary, gdy byłem odrobinę młodszy. Proste.
 
    Postanowiłem, że będę wszystkim mówił, że piszę bloga, żeby wszyscy mogli mnie weryfikować, czy piszę prawdę, i żebym się pilnował, by się nie zagalopować w swoim poszukiwaniu prawdy.
    No i reakcje nie są obiecujące. Hilary stukał się w czoło: „Skąd ty te imiona wytrzasnąłeś, też coś, Hilarego wymyślił”. A gdy Penelopa się dowiedziała, że chcę ją nazwać Andzia, to się obraziła, więc zmieniłem na Penelopa, i znów z nią żyję w zgodzie. Poza tym prawie wszystkim nie bardzo się podoba idea, żebym pisał bloga. Tylko Albert i Kleofas (syn Zygfryda) podeszli do sprawy z humorem, z tym, że Albert wysłał mi maila „Banalnie, ale fajnie”, bo zerknął do mojego bloga, i ja nie wiem, czy to krytyka czy komplement.
    Banalnie, banalnie, jak ma nie być banalnie, jak to jest po prostu tylko moje szare i bezbarwne życie, pełne trosk, potu i wyrzeczeń.
    Trochę przesadzam.
 
    Ale dziś nie będzie banalnie!
 
    Wchodziłem wczoraj z zakupami do góry schodami na mojej klatce. Zobaczyłem skórkę od banana pół piętra wyżej, zwisającą z ostatniego schodka, gdy nagle usłyszałem dobiegający z góry stukot obcasów. Idę powoli dalej, z wysiłkiem, bo siatki były ciężkie, i nagle ją zobaczyłem: piękna blondyna, z figurą latynoskiej gitary, o piersiach jak małe arbuzy, w różowej, obcisłej, krótkiej sukience poprzetykanej srebrną nitką, schodziła pewnym krokiem prosto na mnie.
    Nasze oczy spotkały się, zaparło mi dech w piersiach, aż się zatrzymałem, a ona uśmiechnęła się do mnie zalotnie, odrzuciła włosy do tyłu, zrobiła krok w dół i... no tak, jej szpilka trafiła na sam środek skórki od banana. Na efekt nie trzeba było długo czekać: blondyna wywinęła orła, spadła pupą na kolejny schodek, i zaczęła zjeżdżać na tyłku w dół, prosto na mnie, podskakując na stopniach. Niemal leżała, piersi jej podskakiwały jak piłki, blond głowa obijała się o schodki również, i te rozwarte w kształcie litery V długie nogi zjeżdżały prosto na mnie...
C.d.n.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
22 czerwca 2007

Natręctwa

    Mam różnego rodzaju natręctwa. Najgorsze, to jak żałuję, że mi się na przykład rożek książki zagiął, albo ktoś mi porysował torbą ścianę w mieszkaniu albo obcasem parkiet. Potrafię klęknąć nad rysą na podłodze i lamentować 10 minut nad tym, wlepiając oczy w znienawidzoną ryskę.
    Ale mam też takie natręctwo, które pojawiło się w ciągu ostatnich trzech lat, polegające na tym, że muszę się cofnąć dwa piętra do góry, by sprawdzić, czy dobrze zamknąłem drzwi na wszystkie zamki.
    Potrafię się tak wrócić od trzech do pięciu razy.
    Czasem muszę też z powrotem wejść do mieszkania, by sprawdzić też wszystkie krany i światła, czy są pozakręcane i powyłączane.
    To co powoduje, że czuję przymus cofnięcia się, to myśl, że nie mam pewności, czy daną rzecz wyłączyłem czy zamknąłem. Wynika to z tego, że często się zamyślam w trakcie robienia czegoś, i nie pamiętam później, czy gdy wyłączałem coś – istotnie to wyłączyłem.
    Dziwny to mechanizm, ale mam na jego temat pewną teorię, którą niebawem w kilku odcinkach wyłożę. Zrozumienie tej teorii w przedziwny sposób uruchamia proces leczący tego typu schorzenia (przynajmniej w moim przypadku uruchomił). Niestety proces ten i tak musi potrwać, w moim przypadku trwa już ponad rok (ponad rok temu wymyśliłem moją teorię), i wnioskując z powolnej dynamiki tego procesu, potrwa jeszcze ze dwa lata.
 
    A oto podpowiedź do przedwczorajszej zagadki: jest to zagadka żartobliwa, a więc należy poszerzyć pole możliwych rozwiązań, nie myśleć wyłącznie w wąskim polu, które sugeruje „kalkulatorowa” zagadka.
    Natomiast mój brat Albert potraktował moją zagadkę niezwykle poważnie. „Ze mną nie ma żartów” – powiedział. „Ruszę co prawda dwie zapałki, ale twoje wyrażenie matematyczne stanie się prawdziwe w zupełnie poważny sposób, a nie żartobliwy!”
    Cóż, skoro Albert tak mówi, musiałem się poważnie zastanowić.
    Ale ma rację mój braciszek. Poważny z niego facet.

    Choć i czasem pożartować lubi.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
20 czerwca 2007

108 = 510

Proponuję dziś rozwiązanie następującej zagadki żartobliwej.
    Z zapałek należy ułożyć równanie „108 = 510” w taki sposób, w jaki cyfry są przedstawione w kalkulatorze. Na przykład zero to prostokąt 2 na 1 ułożony z sześciu zapałek, ósemka jest podobna do zera, ale ma w środku jedną dodatkową poziomą zapałkę, a jedynka to pionowy odcinek ułożony z dwóch dotykających się końcami pionowych zapałek.
    A oto sama zagadka: zmienić położenie jednej zapałki tak, by równanie stało się prawdziwe.
    Życzę powodzenia!

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
19 czerwca 2007

Lewa noga Hilarego

    Mieszkam na razie u Hilarego, bo sam u siebie na razie boję się spać, a to z powodu paskudnych snów, które potrafią obudzić mnie pięć razy w nocy, budzę się wtedy, przerażony nawet czasem, idę do ubikacji, tam jest lustro, i z przerażeniem patrzę sobie w czerwone oczy. Te sny powodują, że oczy są czerwone jak u królika.
    A Hilarego zaczęła pięć dni temu lewa noga boleć poniżej kolana. Więc poszedł do lekarza, i dowiedział się, że to zapalenie żyły. Więc lekarz przepisał mu, oprócz antybiotyku, zastrzyki Fraxodi, które mają nie dopuścić do powstawania zatorów w postaci zakrzepów w żyle.
    Hilary poprosił mnie, bym pojechał specjalnie do apteki znajdującej się w domu handlowym Real na Przymorzu, bo tam ponoć mają te zastrzyki, a ponieważ zawdzięczam mu życie (spłodził mnie wiele lat temu), to nie wypadało mi odmówić.
    Pojechałem do tego Reala, kawał drogi szedłem też pieszo, więc zabrało mi to prawie jedną godzinę w jedną stronę. W aptece w Realu dowiedziałem się, że leku tego już nie sprowadzają w tej dawce, więc odwiedziłem jeszcze parę innych, rozrzuconych po Przymorzu i Wrzeszczu, aptek. Nigdzie tych zastrzyków nie mieli, twierdzili, że z hurtowni też sprowadzić nie mogą, bo i tam nie ma.
    Gdy wróciłem do domu, uśmiechnięty Hilary powiedział, żebym się nie martwił, że jest mi bardzo wdzięczny, a lekarstwo on sobie kupi w małej apteczce tuż pod domem Hilarego, bo lekarz mu mówił, że tam mają na pewno. Ubrał się, wyszedł, i za chwilę wrócił z lekarstwem. Po przemyśleniu sprawy spytałem wtedy Hilarego, dlaczego mnie wysłał do tego cholernego Reala, zgrzałem się jak ruda mysz. A on mi na to, radosny, oznajmił, że nie mógł patrzeć, jak siedzę w domu, i chciał, żebym się trochę „przegonił”.
    Cóż, z tego chyba wynika, że się z Hilarym lubimy, bo jak widać, dbamy o swoje zdrowie wzajemnie.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
17 czerwca 2007

Moje rodzeństwo

    Ja się urodziłem ostatni. Najpierw był mój brat Albert, 3 lata później mój brat Zygfryd, 9 lat później ja.
    Tak naprawdę Albert nie nazywa się Albert, a Zygfryd – Zygfryd. Wymyśliłem dla nich te imiona, bo ich prawdziwe imiona są tak pospolite, jak pizza we Włoszech, ślimaki we Francji czy bigos w Polsce.
    Jeśli chodzi o zapatrywania polityczne, to Albert jest wyznawcą PiS-u, Zygfryd zwolennikiem Platformy, a ja wielbicielem Kuby Wojewódzkiego. Dzięki PiS-owi Albert czuje, że jest we własnym kraju, dzięki Platformie Zygfryd czuje, że nie musi z tego kraju jeszcze uciekać, a ja dzięki Kubie przestałem się obrażać o byle gówno.
    Jeśli chodzi o cechy charakteru, to Albert ma nieprawdopodobną zdolność do odwracania uwagi od zmartwień (spływa po nim jak po kaczce), Zygfryd martwi się na okrągło, ale za to jest bardzo sumienny, ja natomiast czasem na okrągło się martwię, a czasem na okrągło wszystko olewam.
    Jeśli chodzi o żony, to Albert ożenił się z Kleopatrą, Zygfryd z Penelopą, a ja postanowiłem, że nigdy się nie ożenię, bo nie znoszę zobowiązań.
    Jeśli chodzi o cechy charakteru, to Kleopatra często się martwi, ale za to jest bardzo sumienna, po Penelopie wszystko spływa jak po kaczce, ale dopiero po jakimś czasie, a moja żona nie istnieje, więc jest bezproblemowa.
    Szkoda, że nie miałem nigdy siostry. Podobno gdy się ma siostrę, to potem lepiej się rozumie kobiety.
    A tak naprawdę, to będę zmieniał imiona osób pojawiających się w moim blogu, bo jak człowiek za dużo o sobie wyjawi, to czuje się potem, jakby zdjął majtki na ulicy.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
15 czerwca 2007

Szczęście według Hrabala

    Dziś sobie trochę pofilozofuję. Mam zresztą pretekst – byłem wczoraj w kinie z moim bratem Albertem i jego żoną Kleopatrą na filmie pt. „Obsługiwałem angielskiego króla”, którego scenariusz jest oparty na książce pod tym samym tytułem nieżyjącego już czeskiego pisarza Bohumila Hrabala.
    Głównie jest to film o forsie, o pragnieniu jej posiadania.
    A przecież pieniądze to tylko krew w krwiobiegu wolnego rynku, dzięki któremu możemy rano kupić mleko, gazetę i rogaliki, a po południu kupić sobie spodnie lub pójść na basen czy do teatru.
    Pieniądze to tylko krew w krwiobiegu wolnego rynku! Czy krew może być przedmiotem pożądania? Jeśli tak, to jest to chore. Pieniądze to tylko krew, dzięki której organizm społeczeństwa funkcjonuje. Dzięki pieniądzom możemy się między sobą rozliczać, ale tak naprawdę nie to jest przecież interesujące. Interesujące są mechanizmy funkcjonowania świata, które warto znać, by móc coś z tym światem ciekawego zrobić.
    Pieniądze to tylko papier służący do rozliczania, i jeśli ten papier nas interesuje, a nie to, dlaczego, na przykład, delfiny i orki maja poziome ogony w odróżnieniu od ryb, to znaczy, że coś z nami jest nie tak.
    Ja byłem kiedyś bardzo łasy na pieniądze. Myślałem w kółko, co by tu zrobić, żeby mieć dużo forsy. Długo myślałem, i... nic nie wymyśliłem. W końcu, gdy ujawniła sie choroba, przestałem myśleć o forsie siłą rzeczy.
    Wracając do filmu, to Hrabal zdaje się mówić: „Pieniądze szczęścia nie dają”. Zgoda. I co proponuje w zamian? Spokój i kufel piwa.
    Nie zgodzę się, że spokój sam w sobie daje szczęście. Pamiętam, że najwięcej szczęścia zaznałem, gdy działałem i jednocześnie rozumiałem, co robię, i w związku z tym to mi wychodziło. Czyli gdy byłem aktywny i skuteczny!
    Tyle tylko, ze zachorowałem, i moja skuteczność działania spadła do zera. Okazało się, że mam chory umysł.
    A zatem: jak uzdrowić umysł, gdy umysł ten chory? I tu dopiero zgodzę się z Hrabalem: wtedy spokój, spokój, i jeszcze raz spokój (ale bez piwa!). Rzeczywiście, według mnie nasz umysł zdrowieje najszybciej, gdy stworzymy sobie warunki, by mieć jak najwięcej spokoju. Spokoju i czasu na spokojne przemyślenia.
    Czyli spokój to warunek, by umysł wyzdrowiał. A gdy umysł zdrowy, to i szczęście się znajdzie.
    Sami będziemy w stanie je znaleźć.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
13 czerwca 2007

Rower, narty i wahadło odwrócone

    Pod takim tytułem był wykład, na który się wczoraj wybrałem na Politechnikę Gdańską. Wykład przygotował i prowadził dr hab. inż. Cezary Orlikowski. Żałuję, że nie dałem cynku na Forum o tym wcześniej, ale się zagapiłem.
    Wykład rozpoczynał się o godzinie 18.00, ale ja przyszedłem wcześniej, i siadłem sobie na ławeczce przed Gmachem Głównym. I poczułem wtedy to coś – że naprawdę jestem ciekaw tego, co za chwilę usłyszę. Słowem – poczułem żyłkę naukowca. Znowu, po wielu latach.
    A wykład był o wahadle odwróconym. Wahadło odwrócone to takie wahadło, którego przegub jest nie na górze, a na dole. Pręt może wahać się na prawo i lewo, ale zaczepiony jest na dole. Jak więc zatem się waha? Przecież jak się puści pręt, to pręt gibnie się w prawo lub w lewo i spadnie na dół bezpowrotnie!
    Otóż wahadło musi mieć na dole, tam gdzie jest przegub, mechanizm stabilizujący. Na pewno każdy z nas pamięta, jak dzieci stawiają sobie patyk na palcu wskazującym, puszczają patyk i starają się zachować patyk w równowadze. Czasem trzeba się nawet nieźle nabiegać, żeby się udała ta sztuka. Trudność tej sztuki zresztą zależy od ciężaru i długości patyka.
    Otóż w tej zabawie rolę układu stabilizującego pełni dziecko, które stabilizuje patyk. Patyk waha się, ale my mu nie pozwalamy upaść korygując na dole jego gibnięcia.
    Podobnie jest z rowerem. Gdyby nie ruchoma kierownica, po przejechaniu 2-3 metrów leżelibyśmy na ziemi. Jest to prawie niewidoczne, ale przed upadkiem naszym z rowerem ratują nas drobne skręty kierownicy, które odruchowo czynimy w trakcie jazdy.
    Podobnie jest z nartami. To my wtedy jesteśmy wahadłem, przyczepieni do nart pełniących rolę przegubu. Szusowanie ratuje nas przed upadkiem.
    Oczywiście moglibyśmy jechać na krechę, bez żadnych skrętów korygujących, ale wtedy trzeba szerzej rozstawić narty, i wtedy nie ma wahadła, tylko jak posąg lecimy na dół. Bez żadnej przyjemności zresztą.
    Udało mi się prawie cały czas uważać (sukces!), co było tym łatwiejsze, że wykład był interesujący i dobrze przygotowany. Na koniec po raz drugi w życiu udało mi się zadać bez żadnej krępacji kilka pytań. Między innymi spytałem, czy urządzenie zwane gingerem, czyli platforma, dwa równoległe kółka i kierownica na słupku, które ma niby być pojazdem przyszłości dla przechodniów przyszłych miast, jest wahadłem odwróconym czy nie. Podobno pojazd ten utrzymuje w równowadze układ żyroskopowy zamontowany w środku platformy i słupka.
    Odpowiedź prelegenta była negatywna. Ale ja wiem swoje: moim zdaniem to jest wahadło odwrócone, gdyż są drobne wahnięcia tego urządzenia, ale ich nie widać, bo są szybko niwelowane przez układ żyroskopowy. I bądź tu mądry.
    Spytałem też, czy możliwe jest sterowanie rowerem kołem z tyłu, a nie kołem z przodu. Odpowiedź była, że prawa fizyki to uniemożliwiają, jest to układ niestabilny, i się tak czy owak wywrócimy.
    Ale ja wiem swoje: widziałem w cyrku, jak clown siedział na kierownicy i jechał do tyłu, i jeszcze podrzucał kuleczki.
    I bądź tu mądry!

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
10 czerwca 2007

Linia najmniejszego oporu

    Natomiast gdy tylko doszedłem do siebie jako tako w tym szpitalu, i sobie zadowolony leżałem na swoim łóżku po tych czterech dniach z rękami założonymi za głowę, to głupia pielęgniarka, która miała dyżur na naszej sali, gdy zobaczyła moją zadowoloną minę (kto by nie miał zadowolonej miny – po wyzwoleniu się z takiej presji), to kazała mi wstawać i się przechadzać po korytarzu, tak w kółko, jak w więzieniu. Po 15 minutach chciałem się położyć znowu, a ta mi nie pozwoliła, tylko kazała tak chodzić przez całe przedpołudnie, do obiadu, i po obiedzie znowu kazała mi chodzić.

    To było najgłupsze babsko, jakie spotkałem w życiu, jejku, jak mi się wtedy chciało leżeć, a tak, chodząc, strasznie się denerwowałem, ale nic nie mogłem zrobić, bo ta baba miała nade mną władzę absolutną, gdyż ledwo kontaktowałem.

    Krótko mówiąc znalazłem się w szpitalu psychiatrycznym tylko po to, żeby trochę wydobrzeć, i znowu się denerwować. Nawet tam mi spokoju nie dali!

    Oczywiście nie opowiadałem Profesorowi D. tego wszystkiego z detalami, tylko w zarysie. I nie dał się chyba przekonać, że w każdej sytuacji lepiej nic na siłę nie robić. Ale myślę, że zrozumiał, że być może chociaż w moim przypadku taktyka forsowania była skazana na porażkę. „Wie pan, być może ja byłem łagodniejszym przypadkiem” – skonstatował, wstał i się pożegnał. Ale widziałem po jego minie, że docenił moją szczerość, i że złapałem z nim nić porozumienia.

    Cóż, po pierwszym pobycie w szpitalu jeszcze parę razy przedwcześnie zrywałem się do lotu (czego efektem między innymi był mój drugi pobyt w szpitalu), aż w końcu zrozumiałem, że najlepszą taktyką powrotu do zdrowia będzie taktyka linii najmniejszego oporu. Owszem próbuję różnych rzeczy, delikatnie kosztuję, żeby się nie poparzyć, i gdy stwierdzam, że na daną rzecz jest jeszcze za wcześnie, wycofuję się nieśpiesznie.
    Najważniejsze: nie robić nic na siłę. Nie forsować.

    I najfajniejsze w tym wszystkim jest to, że gdy to zrozumiałem wreszcie, prawie każdego dnia obserwuję zmiany, jakie we mnie zachodzą, jak powoli robię się zdolny do coraz to nowych zadań, jak coraz więcej możliwości się przede mną otwiera.

    Ale staram się nie zapominać (choć czasem mi się to zdarza), by nie popaść w zbytni entuzjazm i w zbytnią niecierpliwość.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
9 czerwca 2007

Zaciskam zęby i daję z siebie wszystko

    Może najpierw podam rozwiązanie zagadki o czterech śmiałkach i linowym moście (i Bubu). Śmiałek A przechodzi przez most w jedną minutę, śmiałkowa B (bo to była dziewczyna) robi to w dwie minuty, śmiałkowi C zajmuje to 5 minut, a D przedostaje się na drugą stronę mostu w ciągu aż 10 minut. To są dane, teraz rozwiązanie. Najpierw A idzie z B (2 minuty), A wraca z latarką do C i D (1 minuta), C i D idą do B (10 minut), B wraca do A (2 minuty), A i B w ostatniej chwili uciekają sprzed nosa Bubu (2 minuty): 2+1+10+2+2=17. Krócej się nie da. Sedno zagadki polega na tym, żeby dwóch wolniejszych (C i D) puścić razem, bo razem mniej czasu zmarnują.

    Wróćmy do Profesora D. Zacząłem mu opowiadać, jak to powstaje w mojej głowie hamulec, taka kontra, gdy tylko próbuję coś konstruktywnego zrobić z matematyki (na przykład dokończyć moją pracę doktorską). Mówię mu, że w końcu to było tak silne, mimo moich prób, że postanowiłem dać sobie na razie z tym spokój, nic na siłę, i poczekać, aż nie będzie hamulca.

    A on wtedy na to, że nic nie ma bez wysiłku, że on miał podobne kłopoty, ale się zawziął, i jakoś przebrnął przez napisanie pracy i egzamin. Mówił, że doktorat i habilitacja wiele go kosztowały, nie były to łatwe chwile, jak to niektórym naukowcom się zdarza, ale zacisnął zęby i postawił na swoim.
    Cóż, zdecydowałem, że o moich urojeniach nic nie będę mówił, tylko skupię się na tym hamulcu. Więc mu opisuję, jak to pewien psychoterapeuta przez 5 spotkań wzbudził we mnie totalne zaufanie, niemal go pokochałem, bo pozwolił mi się wygadać, i gdy już mu zacząłem ufać jak własnej matce, to on mi wtedy zasugerował, żebym niepomny na moje wcześniejsze kłopoty właśnie zacisnął zęby i dokończył ten cholerny doktorat. „Zobaczy pan, jak świat się przed panem otworzy, jak pan to zrobi, wszystko zobaczy pan w innym świetle, będzie pan z siebie dumny, to niesłychane przeżycie tak zwyciężyć samego siebie, pokonać własne słabości, i przejść przez tę granicę, gdy poczuje pan, że jest pan już prawdziwym naukowcem, naukowcem z prawdziwego zdarzenia. Zobaczy pan, wszystko się wtedy samo potoczy” – obiecywał mi słodkim, przytłumionym głosem, a ja, kretyn skończony, słuchałem go z rozdziawioną gębą i... mu zaufałem.
    Przez trzy miesiące trwałem na posterunku, kułem moją pracę, wykuwałem jak Michał Anioł w kamieniu mój wspaniały doktorat, aż po trzech miesiącach hamulec w postaci potoku niechcianych myśli tak się we mnie nasilił, że poszedłem do mojego psychiatry (tego od leków, nie psychoterapeuty), który zwiększył mi dwukrotnie dawkę rispoleptu (choć nie miałem urojeń na poprzedniej dawce), i to chyba dopełniło czary goryczy, bo ja bardzo źle znosiłem ten rispolept, i jak mi się nie zaczęła deprecha nasilać, jak nie poczułem dwóch ton nacisku na piersiach, jak mnie nie zaczęło nosić, zacząłem walić pięścią w poduszkę, cały byłem w drgawkach (to się nazywa odruchy pozapiramidowe – same z siebie) – krótko mówiąc jeszcze minął miesiąc po mojej ostatniej próbie zmierzenia się z doktoratem, i wylądowałem w klinice psychiatrycznej (po raz pierwszy). To było nie do zniesienia, taki diabeł we mnie wstąpił. Z prawdziwą ulgą złożyłem swój los w rękach lekarzy kliniki, którzy coś mi zaaplikowali, i leżałem bez czucia tam na łóżku przez cztery dni. Było to 6 lat temu.
    Mój ojciec też wcześniej miał do mnie pretensje, że się ze sobą cackam, że nie daję z siebie wszystkiego, i to moja wina, że się zatrzymałem w rozwoju. Gdy widział, że nie siedzę nad kartką, w kółko mnie wyganiał z domu i mówił: „przegoń się, przegoń się, dobrze ci to zrobi”. Natomiast moja kuzynka, która mieszka w Warszawie i jest z zawodu psychologiem, tłumaczyła mojemu tacie przez telefon, żeby się mnie nie czepiał, bo człowiek ze złamaną nogą nie powinien brać udziału w maratonie. Dobry przykład, no nie?
    Więc gdy już znalazłem się w szpitalu, to i tata zrozumiał, żeby się mnie już nie czepiać.
    Dokończę jutro.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
7 czerwca 2007

Pizza w Kwadratowej

    Jeśli chodzi o moją ostatnią zagadkę, to informuję, że da się przeprowadzić śmiałków przez linowy most w czasie 17 minut. Jak to zrobić, opiszę jutro albo pojutrze.

    Przedwczoraj umówiłem się jednak z moim kolegą na kosza mimo tego, że druciane okulary ciągle nie są naprawione. Miałem wielką ochotę, i postanowiłem, że będę grał w ogóle bez okularów. Nie jest to łatwe, gdyż wtedy piłka wydaje mi się sporą, jednak zamazaną pomarańczową kulą, a obręcz kosza jest dla mnie w ogóle niewidoczna, chyba że podejdę pod kosz i zadrę głowę do góry – wtedy coś widzę. Niestety w czasie gry byłoby to niepraktyczne, natomiast widzę tablicę, do której kosz jest przymocowany, więc rzucam mniej więcej w środek tablicy, i wtedy kolega mi mówi, czy wpadło, czy nie. Zazwyczaj nie wpada. Tak przynajmniej twierdzi mój kolega.

    Ale nie przesadzajmy. Mój kolega ma bardzo surowe normy moralne i z pewnością w tak błahej sprawie by nie mijał się z prawdą. Co innego w sprawach poważniejszych – to zupełnie inna sprawa. Wszystko zależy przecież od poziomu naszych norm moralnych.
    Choć muszę przyznać, że ja staram się nie mieć żadnych norm moralnych. Podchodzę do każdej sprawy indywidualnie. Gdy mam podjąć jakąś decyzję, tak długo myślę, aż w końcu ustalę indywidualne normy moralne dla tej właśnie sytuacji, i wtedy, gdy już wszystko mi pasuje, podejmuję decyzję. Trzeba przyznać, że w związku z tym moje życie bardzo powoli się toczy. Ale wolę tak, niż żeby toczyło się szybciej, i co chwile wyskakiwałyby mi jakieś normy moralne, które okazywałyby się przeze mnie właśnie złamane.

    Zanim poszliśmy na tego kosza (mamy takie boisko w Brzeźnie), spotkaliśmy się w gabinecie kolegi, i on powiedział, że jest głodny. Zazwyczaj idziemy wtedy do barku w gmachu głównym, ale teraz przyszło mi do głowy, że chętnie odwiedziłbym po raz pierwszy bar-restaurację, która się mieści w Kwadratowej (tam chyba jest jeszcze dyskoteka, w której dawno temu byłem dwa razy w życiu). Ta Kwadratowa jest dwa kroki od budynku Matematyki.

    Kolega wie, że bardzo nie lubię spotykać innych kolegów z jego pracy, bo oni zawsze pytają co słychać, a ja nie lubię zdawkowo odpowiadać. Więc miał tryumfalną minę, gdy po wejściu do baru okazało się, że w środku przy jednym stole siedzi aż sześciu naszych starszych kolegów. „Widzisz, sam chciałeś tu przyjść, to teraz masz” – powiedział kolega cicho, gdy czekaliśmy w kolejce po pizzę. „Może siądziemy tam w rogu, osobno?” – zasugerowałem w panice. „Nie, nie, nie wypada. Zaraz się do nich przysiądziemy” – powiedział kolega z lekką satysfakcją w głosie.
    Gdy się przysiadaliśmy, kolega usiadł obok profesora D., a ja chciałem usiąść obok kolegi z brzegu. Jednak profesor D. wtedy do mnie krzyknął: „Proszę tutaj, niech pan tutaj siądzie” – i wskazał mi miejsce z drugiej strony, wolne, w samym środku całego tego towarzystwa. „Nie, nie” – odpowiedziałem – „tam leży pana czapeczka, jak widzę, nie będę więc przeszkadzał”. „Do licha z czapeczką” – profesor D. wziął sobie swoją czapeczkę na kolana, ale mój kolega przyszedł mi z odsieczą, wstał ze swoją tacką, na której była jego pizza, i burknął: „Już dobrze, ja tam usiądę w środku”. Odetchnąłem, i usiadłem obok profesora D., ale z brzegu, tak by się nie rzucać w oczy.
    Profesor D. spytał mnie, gdy już się zabrałem do swojej pizzy: „Co u pana słychać? Gdzie pan obecnie pracuje?” Postanowiłem nie owijać w bawełnę. „Nigdzie w tej chwili nie pracuję, wychodzę powoli z ciężkiej choroby, można powiedzieć, że przechodzę okres rekonwalescencji” – powiedziałem jednym tchem, i dodałem: „Jestem obecnie na rencie”. Profesor D. pokiwał w zadumie głową. Postanowiłem się trochę dowartościować: „Nie jest tak, że nic nie robię – piszę sobie notatki, wspomnienia, czasem rozwiążę jakiś problem matematyczny dla przyjemności - taką sobie spokojną terapię wymyśliłem”. Wtedy on spytał: „A co też panu było? Jeśli można spytać, oczywiście.”

    I tu powstaje pytanie: czy można tym ludziom powiedzieć, że się jest chorym na schizofrenię? Słowo schizofrenia budzi w naszym „normalnym” społeczeństwie duże emocje, ludzie boją się tej choroby. Oni nie wiedzą nawet, że ona jest uleczalna, tylko potrzeba trochę czasu, no i właśnie zrozumienia, empatii ze strony tego społeczeństwa, żeby się z tego w miarę szybko wyleczyć.

    Postanowiłem nie używać słowa schizofrenia tym razem (np. mój ojciec nie lubi, gdy używam tego słowa), tylko opisowo wyjaśnić profesorowi, co mi właściwie jest.

    Ale o dalszej mojej z nim rozmowie opowiem jutro albo pojutrze.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
4 czerwca 2007

Zagadki żartobliwe i poważne

    A oto moja obiecana teoryjka. Zagadki dzielą się na żartobliwe i poważne. Zagadki poważne to takie, w których autor przed nami nic nie chciał ukryć (oprócz rozwiązania), wszystko, co trzeba opowiedział jak jest, mamy wszystkie potrzebne, merytoryczne dane. Nie było intencji zrobienia nas w bambuko, trudność polegała wyłącznie na znalezieniu odpowiedzi pasującej do podanych danych.
    Tymczasem w zagadkach żartobliwych okoliczności są podane w taki sposób, by nas wyprowadzić w pole, czyli po prostu byśmy ŹLE zrozumieli treść zagadki. Zazwyczaj jest to sugestia, która powoduje, że bierzemy pod uwagę nie te warianty sytuacji czy możliwości rozwiązań, co trzeba, albo w treści zagadki opacznie rozumiemy na przykład znaczenie poszczególnych słów zagadki.
    I tak jest zagadką o robotnikach. Połowa to po prostu nazwisko jednego z robotników. Czyli Połowa poszedł do domu, a sześciu robotników zostało na budowie.
    Jaki z tego morał? Gdy ktoś nam zadaje zagadkę, i mamy wrażenie, że chce nas zrobić w konia, dobrze się zastanówmy, czy właściwie rozumiemy słowa i treść zagadki. Ot co.
 
    Dziś opowiem zagadkę poważną. Nie ma tu żadnych zmyłek. Trzeba wykazać się umysłem analitycznym, a nie szukać podpuchy.
    Działo się to bardzo daleko, dokładnie na środku Morza Truskawkowego, gdzie leży wysepka o mało znanej nazwie Niutniam. Pod powierzchnią tej wysepki znajduje się ogromny, mroczny labirynt podziemnych korytarzy, w który to labirynt zapuściło się czterech śmiałków o różnym stopniu sprawności fizycznej. Mimo, że szybsi musieli czekać na wolniejszych, to jednak trzymali się razem, bo co prawda znaleźli już skarb, ale ścigał ich straszny potwór, który nazywał się Bubu, a potwór ten dlatego był taki straszny, ponieważ gdy już złapał delikwenta w swoje ogromne, złuszczone łapska, to nie było już ratunku: potwór głaskał, tulił  i łaskotał ofiarę z taką zręcznością, że doprowadzał ją do śmierci ze śmiechu w niecałe trzy minuty.
    Nasi śmiałkowie zbliżali się już do wyjścia z labiryntu, wiedzieli już, gdzie ono jest, ale Bubu był już za nimi tuż tuż, niecałe pół godziny, i mógłby ich znaleźć. Jednak na drodze uciekinierom stanęła przeszkoda: szeroka na 15 metrów szczelina w ziemi, przez którą przerzucony był lichy most linowy, zrobiony z dziurawych desek ledwie się razem trzymających. Strach było po tym iść. Do tego jeszcze ciemno. A nasi poszukiwacze skarbów mają ze sobą tylko jedną latarkę. Przez most można było iść, ale tylko z latarką, bo straszne w nim dziury były. Do tego jednocześnie obok siebie mogło iść tylko co najwyżej dwóch z nich, bo most był bardzo wąski.
    Gdyby szli osobno, to pierwszy z naszych bohaterów (A) szedłby przez most jedną minutę (ćwiczył kiedyś gimnastykę), drugi (B) dwie minuty, trzeci (C) pięć minut, a czwarty (D) był najmniej wysportowany, więc pokonałby most w dziesięć minut. Natomiast gdyby szło dwóch z nich razem, to czas ich przejścia byłby równy czasowi wolniejszego z nich.
    Mogli na przykład zacząć tak: B idzie z C, biorą ze sobą latarkę, potem B wraca z latarką do A i D. Cała ta operacja zajęłaby 5+2=7 minut.
    Jaki najkrótszy czas jest potrzebny, aby cała czwórka przeprawiła się przez most? Za mostem byliby już bezpieczni, bo Bubu, aczkolwiek straszny to był potwór, bał się przechodzić przez most, i dałby już sobie spokój doszedłszy do niego.
    Pamiętajmy: liczy się każda minuta! Śmierć w łapach Bubu nie jest niczym przyjemnym.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
2 czerwca 2007

S.M.L.

    Kolega opowiedział mi kilka dni temu zagadkę, którą on z kolei usłyszał w radio. Brzmi ona tak:

Na budowie pracuje siedmiu robotników. Mają właśnie przerwę. Przychodzi do nich majster i mówi: „Połowa do domu, reszta do roboty”. Ilu robotników zostało na budowie?

    Wydaje się, że nie ma rozwiązania. A jednak jest! Warto trochę pomyśleć, bo nic tak nie mobilizuje naszego umysłu do pozbywania się fałszywych przekonań, które przejęliśmy w dzieciństwie, jak S.M.L. - samodzielne myślenie logiczne.
    Muszę jednak przyznać, że ja osobiście nie rozwiązałem powyższej zagadki. Poprosiłem kolegę o odpowiedź, a gdy mi powiedział, zacząłem się zastanawiać, dlaczego na to nie wpadłem, przecież to takie proste.
    W końcu stworzyłem na ten temat teoryjkę, którą wraz z rozwiązaniem przedstawię za kilka dni. Teoria ta dzieli zagadki na dwa podstawowe typy, czego uświadomienie sobie pozwala chyba na rozwiązanie innych, podobnych zagadek w przyszłości.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
30 maja 2007

Okulary

    Umówiłem się z kolegą na koszykówkę. W tym roku pierwszy raz, bo zimno było do tej pory. Więc wczoraj jadę do niego na PG, bo on tam pracuje jako matematyk. Wszystko sobie zabrałem co trzeba, cały sportowy strój, do plecaczka. I jadę zadowolony taki tramwajem, gdy nagle przypomniałem sobie, że nie mam okularów. To znaczy mam plastikowe, delikatne, zastępcze, bo te druciane rozwaliły mi się dwa tygodnie temu i jeszcze ich nie dałem do zlutowania. Więc panika, bo szkoda mi tych delikatnych, jedno zaliczenie piłki głową – i po nich. A lubię je, bo znajomi mi mówią, że wyglądam w nich „interesująco”.
    Więc z duszą na ramieniu wchodzę do gabinetu mojego kolegi, kombinując, jak by tu odwołać nasz mecz jeden na jednego (gramy zwykle we dwóch pod jednym koszem), ale to niełatwe, gdyż kolega-matematyk, jak się spodziewałem, zaczyna naciskać, że się umówiliśmy, i już, nie ma odwoływania. Obaj zaczęliśmy strasznie marudzić (on nie ma okularów, więc nie wie, co to za ból – stracić je), i już martwiłem się o przyszłość naszego naukowego duetu, gdy nagle…
 … nagle lunął deszcz, i to taki rzęsisty.
    Otworzyliśmy okno i wysunęliśmy głowy. Lało jak z cebra, a ciemnobure niebo zapowiadało deszcz na dłużej. „Udało ci się” – mruknął kolega, i poszliśmy do salki z tablicą rozwiązywać kolejne problemy, które mu ostatnio przyszły do głowy.
    A ja postanowiłem, że dopóki nie naprawię drucianych, to się z nim nie umówię. Na kosza, oczywiście.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
28 maja 2007

Strategia życiowa

    Ostatnio mam parcie na różne imprezy. Strasznie mnie ciągnie, by gdzieś pójść i coś zobaczyć. Więc lecę i patrzę, obserwuję i notuję.
    Ale już mi głowa od tego puchnie. Za dużo tego. Mam w domu cały stos kartek z wrażeniami, do tego jeszcze ten notesik, ale to wszystko w wielkim nieładzie, nie poukładane. Po prostu chaos, żaden z tego pożytek.

    Stanowczo za mało refleksji, za mało poświęcam czasu na przetrawienie tego materiału, na jego uporządkowanie. Głód przebywania między ludźmi jest jednak zbyt silny – wolę zaraz gdzieś lecieć niż opracowywać swoje zdobycze.
    Powoli tracę więc poczucie sensu tego wszystkiego, swoich poczynań. Wiruje mi w świadomości za dużo danych, za dużo idei. A idei, słów-kluczy, jest mnóstwo:
  realny obiekt, obiektowe spojrzenie na świat;
  utrwalanie na papierze, układanie przedmiotów, zaprowadzanie ładu;
  chaos i porządek, struktura porządkująca, struktura drzewa;
  mapy myślowe, schematy orientacyjne;
  projekt, projektowanie;
  selektywny wybór informacji, komunikacja z innymi ludźmi;
  wreszcie cel, motywacja, korzyści, pożytek. Czyli... sens.
    Mam mnóstwo idei, ale nie są one poukładane wg stopnia ważności, nie mają ustalonych priorytetów.
    Więc moja strategia życiowa, strategia postępowania, nie jest jeszcze gotowa. Bo jest niespójna, nie utrwalona. Słowem – nie mogę na niej polegać.
    Mam jednak nadzieję, że to się kiedyś zmieni.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
25 maja 2007

Mój notesik

    Wkurzyłem się, i kupiłem sobie przedwczoraj notesik. Mój pierwszy notes w życiu. Pierwszy notes z prawdziwego zdarzenia. A mam już trochę tych lat w kalendarzu.
    Skąd ten pomysł? Otóż moja bratowa krzyczy na mnie, ilekroć widzi, że rozglądam się za czymś do pisania, by zanotować napływające myśli. Czasem napływające wielką strugą!
    I ona wtedy krzyczy na mnie, chodzi za mną i bije mnie po dłoniach, gdy chwycę już świstek papieru, jakbym obgryzał paznokcie. „Przestań zapisywać te swoje myśli, to jakieś chore!” - wrzeszczy na mnie, a ja nie mogę się powstrzymać, muszę zapisać daną myśl, bo boję się ją stracić. Na przykład ostatnio przypomniało mi się, że z pasją w dzieciństwie zamykałem mojego pekińczyka w tapczanie, bo owładnęła mną wtedy żądza trzymania kogoś w niewoli. I ta myśl tak mi się ważna teraz wydała, że biegałem w poszukiwaniu skrawka papieru, a bratowa biegała za mną (byłem u niej wtedy z wizytą) i krzyczała, bym przestał zapisywać.
    Więc przedwczoraj wpadłem na pomysł, że aby nie szukać luźnych karteluszków, po prostu mogę zaopatrzyć się w notesik. Bez rubryk, bez dat, ot, taki zeszycik z czystymi kartkami, które są zszyte razem. Taki, jaki mają słynni prywatni detektywi.
    Od przedwczoraj już zapełniłem dwie karteczki. I zostało mi ich jeszcze 58 czystych, więc pewnie starczy na jakieś 2 miesiące.
    Mój notesik ma plastikową okładkę, jest bardzo lekki, zgrabny, a kosztował aż 4,50. Ale myślę, że będzie to dobra inwestycja.

Wpis pochodzi z bloga użytkownika: Kalafior      POKAŻ KOMENTARZE [ 0 ]

 
 
 
 
 
 
 
 
Koniec z nadwagą?
Nowe badania wskazują, że stosowana w leczeniu cukrzycy metformina i odpowiedni tryb życia mogą redukować przyrost wagi wynikający z zażywania leków antypsychotycznych.